<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605</id><updated>2012-02-16T12:59:29.142+01:00</updated><category term='pierwszej chili zignorowałyśmy'/><title type='text'>W poszukiwaniu Eldorado</title><subtitle type='html'>Podróżowanie to choroba nieuleczalna. W naszym przypadku, remisja występuje raz w roku, na jesień ...</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>63</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3297614739344913581</id><published>2012-01-06T20:24:00.001+01:00</published><updated>2012-01-06T20:24:30.243+01:00</updated><title type='text'>Miasto Mnichów i wściekły tuk-tukowiec</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przybiliśmy do brzegów Luang Prabang w tak zwanym najlepszym momencie. Kiedy my rozprostowywałyśmy kości po dwóch dniach rejsu, wszędzie wokół stali turyści z aparatami fotograficznymi, ustawionymi na statywach, zawieszonymi na szyjach, trzymanymi w rękach - wycelowanymi prosto w cel, gotowymi do strzału.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po chwili nastąpił ten moment, słońce z gracją, jak gwiazda filmowa chowało się za wzgórzami, jakby chciało uciec przed natrętnymi paparazzi. Słychać było echo masowych strzałów migawek. Tego wieczoru nie brałyśmy udziału w walce o najlepsze ujęcie.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/--c5cr21GrZ4/TwdD3FYou-I/AAAAAAAAGrY/-7RR3PiBJ_c/s1600/Laos+517+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/--c5cr21GrZ4/TwdD3FYou-I/AAAAAAAAGrY/-7RR3PiBJ_c/s320/Laos+517+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ruszyłyśmy w górę piaszczystą, stromą drogą z czterema plecakami na grzbietach w poszukiwaniu tuk-tuka. Transport znalazłyśmy już po chwili. Zanim odjechałyśmy, dokoptowano do naszej trójkołowej limuzyny jeszcze czwórkę turystów. Kierowca porozwoził ich w kilka minut po pobliskich hostelach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-Kd9mXnelFTw/TwdDyRaGK9I/AAAAAAAAGqw/OvUX1ffFpNA/s1600/Laos+385+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="226" src="http://3.bp.blogspot.com/-Kd9mXnelFTw/TwdDyRaGK9I/AAAAAAAAGqw/OvUX1ffFpNA/s320/Laos+385+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wjechaliśmy w miasto na poszukiwanie naszego hostelu Villa Mery nr 1. Kierowca tuk-tuka mknął przez ciasne uliczki, sprawiając wrażenie, że wie gdzie jedzie. Niestety, nie miał zielonego pojęcia. Obwiózł nas po wszystkich hotelach, hotelikach, hostelach, lodgach, resortach o podobnej nazwie, lecz naszego nie znalazł. Po godzinie jeżdżenia w kółko, nerwy mu puściły i się wściekł. Jakimś cudem my byłyśmy bardzo spokojne pomimo, że zapadł już zmrok i zupełnie nie znałyśmy miasta.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-lYOpE23_KDk/TwdD3oUQCyI/AAAAAAAAGrg/ef_zUkhOEp4/s1600/Laos+524+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-lYOpE23_KDk/TwdD3oUQCyI/AAAAAAAAGrg/ef_zUkhOEp4/s320/Laos+524+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Marta wpadła na pomysł by zatrzymać się w kafejce internetowej i tam znaleźć adres hostelu napisany laotańskimi znaczkami. To również nie pomogło. Kierowca dalej jeździł w kółko. W pewnej chwili, nie wiedzieć czemu zatrzymał się przy Merry Guest House. Marta poszła do recepcji po pomoc, ja zostałam z bagażami jako załadunek, z którym nie mógł odjechać. Wróciła już po kilku chwilach w towarzystwie młodziutkiej recepcjonistki, która zawzięcie gestykulując nakrzyczała na pana tuk-tukowca i dokładnie wytłumaczyła jak jechać. Ruszyliśmy ... po kilkunastu minutach jeżdżenia po tych samych miejscach, tym razem nam puściły nerwy. Zawróciliśmy do miłej recepcjonistki, która jako jedyna wiedziała gdzie mamy nocować.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdy tylko zabrałam z paki drugi plecak wściekły tuk-tukowiec odjechał natychmiast pomstując na czym świat stoi. Nasza drobna przyjaciółka odpaliła swój prywatny motór. Pomiędzy nogami postawiła sobie jeden z naszych plecaków i zawiozła Martę do naszego hostelu. Po pięciu minutach wróciła po mnie i drugi bagaż jej rozmiarów. Byłyśmy jej niewyobrażalnie wdzięczne za pomoc.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Luang Prabang okazało się być miastem o niesamowitym klimacie z doskonałymi knajpkami, kawiarenkami i restauracjami. Pierwszy wieczór spędziłyśmy w Lao Lao Garden, magicznym lokalu-ogrodzie, przystrojonym lampkami, lampionami, świecami i świeczuszkami. Na powitanie podano nam kieliszek laotańskiej whiskey, czyli ryżowy bimber zabarwiony na czerwono. Smak - bimber! Jedzenie było znacznie lepsze, klimat wspaniały, muzyka na żywo, polecam z całego serca. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Rankiem wyruszyłyśmy na miasto. Zwiedziłyśmy na bosaka najważniejsze świątynie, w tym Wat Phu Si oraz Royal Palace.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-sjvEonasVkU/TwdD1UGfV0I/AAAAAAAAGrI/2l0zkBeJkso/s1600/Laos+485+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-sjvEonasVkU/TwdD1UGfV0I/AAAAAAAAGrI/2l0zkBeJkso/s320/Laos+485+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-RsRJeoMCFLI/TwdD2cDv-wI/AAAAAAAAGrQ/8g5amaYPd3k/s1600/Laos+488+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-RsRJeoMCFLI/TwdD2cDv-wI/AAAAAAAAGrQ/8g5amaYPd3k/s320/Laos+488+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po rześkim poranku słońce rozgrzało się do czerwoności. Z trudem pokonywałyśmy kolejne schody i ze szczerą niechęcią wyjmowałyśmy aparat. Chwilę otuchy przynosiło jedynie skrycie się w cieniu drzewa lub lekki chłód we wnętrzu świątyni. Mnie szczególnie zauroczyła Wat Phu Si znajdująca się na wzgórzu, z którego roztaczał się bajeczny widok na miasto i odległe prowincje.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-4pSGqcju8jQ/TwdDzq6nPwI/AAAAAAAAGq4/xyiVknXmWaw/s1600/Laos+388+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-4pSGqcju8jQ/TwdDzq6nPwI/AAAAAAAAGq4/xyiVknXmWaw/s320/Laos+388+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-YbYa50meYYE/TwdD0hCY8gI/AAAAAAAAGrA/kVL52fyDJzg/s1600/Laos+445+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-YbYa50meYYE/TwdD0hCY8gI/AAAAAAAAGrA/kVL52fyDJzg/s320/Laos+445+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; To tam przysiadłyśmy w cieniu drzewa Champa, by odurzone jego zapachem oddać się nastrojowi. To tam zapaliłam kadzidło dla ważnej dla mnie Osoby, która odeszła tego dnia kilka lat temu. Ten dzień wypada zawsze podczas wyjazdu, kiedy nie mogę iść na cmentarz zapalić znicz, palę kadzidło w świątyni, gdzieś w Azji przed figurą złotego Buddy. Bo co to za różnica, czy to Kościół, czy Świątynia, czy też Meczet. Ważne by pamiętać. &amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-CKShU6AGKZY/TwdD4eKVeoI/AAAAAAAAGro/Ljhh9abiby4/s1600/Laos+885+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://4.bp.blogspot.com/-CKShU6AGKZY/TwdD4eKVeoI/AAAAAAAAGro/Ljhh9abiby4/s320/Laos+885+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Późnym popołudniem wyruszyłyśmy na zakupy, na nocny market, który w mgnieniu oka rozkłada się na ulicy przed Pałacem Królewskim. Pod kolorowymi namiotami,&amp;nbsp; na słomianych matach laotańskie kobiety prezentują swoje rękodzieła. Można tam kupić koszulki, papcie, lampki, lampiony, torby, torebeczki, portfeliki, medaliki, bransolety, poduszki, maski i całą masę innych pięknych dzieł, których cena z pewnością nie da się porównać z wysiłkiem włożonym w ich powstaniem.&amp;nbsp; Targowanie z&amp;nbsp; Laotańczykami jest krótkie, konkretne i kulturalne. Po godzinie wyszłyśmy z nieco uszczyplonym porfelem, ale wypełnionymi plecakami. Bo my już tak mamy, kochamy zakupy w odległych krajach, dlatego nasze mieszkanie wygląda jak Muzeum Azji i Pacyfiku, z tym że, od Gości nie pobieramy opłaty za bilet.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3297614739344913581?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3297614739344913581/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2012/01/miasto-mnichow-i-wscieky-tuk-tukowiec.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3297614739344913581'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3297614739344913581'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2012/01/miasto-mnichow-i-wscieky-tuk-tukowiec.html' title='Miasto Mnichów i wściekły tuk-tukowiec'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/--c5cr21GrZ4/TwdD3FYou-I/AAAAAAAAGrY/-7RR3PiBJ_c/s72-c/Laos+517+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-1077181015290405806</id><published>2011-12-28T23:14:00.001+01:00</published><updated>2012-01-05T23:43:36.548+01:00</updated><title type='text'>Sabaidee Lao</title><content type='html'>W pierwszą noc w Laosie, spałyśmy jak niemowlaki. Wstałyśmy wczesnym rankiem, gdy poranna mgła jeszcze nie opadła, by zanim wypłyniemy dalej, wspiąć się smoczymi schodami do Świątyni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-_F6BwdKsYIU/TwX-rqJihhI/AAAAAAAAGqo/nqDjUxXd6Go/s1600/Laos+010+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-_F6BwdKsYIU/TwX-rqJihhI/AAAAAAAAGqo/nqDjUxXd6Go/s320/Laos+010+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O 11.00 byłyśmy już na łodzi, którą płynęłyśmy przez brązowe wody Mekongu, aż do Pak Beng. Przez całe 7h szum wody rozbijającej się o dziób, wprowadzał mnie w stan hipnozy i pozytywnego odrętwienia. Mój mózg został jakby częściowo wyłączony. Wyostrzył mi się zmysł wzroku i powonienia. Chłonęłam widoki, których nie da się opisać, wdychałam zapach dżungli i kwiatów rosnących przy brzegu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Płynęło z nami ok 50 osób, w różnym wieku, turyści z całego świata. Po 2h rejsu, na łajbie zaczęła się impreza. W barku, można było zakupić piwko, ale większość ekipy była przygotowana na wielogodzinny melanż. Dziewczyny z Irlandii, opróżniały kolejne butelki whiskey w imponującym tempie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;My odrętwiałe relaksem, rejestrowałyśmy mijające krainy, oblane wszystkimi kolorami soczystej zieleni.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-g7wdq1nNeOE/TwX-HFQNP8I/AAAAAAAAGqE/0TrFhgT6DSo/s1600/Laos+185+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-g7wdq1nNeOE/TwX-HFQNP8I/AAAAAAAAGqE/0TrFhgT6DSo/s320/Laos+185+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-d5USbfgvIBs/TwX-IZsIh8I/AAAAAAAAGqM/uNcEFJrJPv0/s1600/Laos+190+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-d5USbfgvIBs/TwX-IZsIh8I/AAAAAAAAGqM/uNcEFJrJPv0/s320/Laos+190+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&amp;nbsp;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Około 18.00 dobiliśmy do brzegu, by poznać skąpane w różu&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;i pomarańczu Pak Beng. Nocleg znalazłyśmy bardzo szybko i wyruszyłyśmy na poszukiwanie kolacji. Kilka bananów i cukierków przygotowanych przez nas na wodną wyprawę, okazało się zdecydowanie za mało. Byłyśmy wściekle głodne.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pak Beng to właściwie jedna uliczka, wzdłóż której, po obu stronach znajdują się jedynie knajpki, hotele, hostele, bary i restauracyjki. Gdy wyszłyśmy z chłodnego pokoju, zmrok zapadł nagle i bez ostrzeżenia. Knajpki zachęcały migoczącymi lampionami i lokalną kuchnią. Marta pomimo, że głodna odważyła się testować miejscowy specyfik fish lap. Do tej pory twierdzi, że ta błotno-zielona potrawa o odrzucającym zapachu, była smaczna. Ja standardowo wybrałam smażony makaron, niestety nieco za delikatny i nijaki, jak na bogactwa smaków Azji. Po godzinie knajpa wypełniła się po brzegi. Turyści zdawali się wybierać to miejsce z jedynego powodu, bo byli tam inni turyści. Kiedy my zajęłyśmy tam pierwszy stolik, było bajecznie pusto i cicho. Po napływie białych, zaczęłyśmy szukać spokojniejszego miejsca.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-_q2akyWRcIs/TwX-D8L2P2I/AAAAAAAAGp0/kB6rCxEYmBE/s1600/Laos+256+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-_q2akyWRcIs/TwX-D8L2P2I/AAAAAAAAGp0/kB6rCxEYmBE/s320/Laos+256+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; Po drodze zaczepił nas lekko poddenerwowany pan z rozbieganym wzrokiem, oferując sprzedaż miejscowej trawki. Grzecznie odmówiłyśmy. Nasz wzrok przyciągnął inny migoczący kolorami lokalik. Usiadłyśmy na tarasie z widokiem na Mekong, który o tej porze był czarną otchłanią. Było go tylko słychać, co pobudzało naszą wyobraźnię. Tym razem knajpka była prawie pusta, panował w niej niesamowity nastrój, a z głośników leciała dobra muzyka. Tutaj zainteresowało nas menu, które przeglądałyśmy raczej z nudów niż z chęci zamówienia czegoś do jedzenia. W dziale "sałatki" znajdował się specyfik z miejscowej trawki ..., gdy spytałam właściciela o co chodzi, odpowiedział, że źle to rozumiem, że to wodorosty z Mekongu ale ... i tu sciszył głos i bardzo uprzejmie wskazał w dziale "desery" - happy cake, po czym dodał, że jeśli chcemy to nie musi być w ciastku. Byłyśmy w szoku. Klimat prowokował do zakupu i totalnego odprężenia. Jednak rozsądek wziął górę, Marta wypowiedziała tylko tytuł książki "12 x śmierć" i cała ochota odeszła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po piwku poszłyśmy spać, nie wiedząc jaka niespodzianka czeka nas o poranku. Chłodna noc, ciepły pled i cudownie wygodne twarde łóżko, natychmiast utuliły nas do snu. Kiedy złośliwy budzik zaczął nas terroryzować przed 6.00 rano, chciałyśmy zostać na tym krańcu świata. Lodowata woda w kranie, szyko postawiła nas na nogi i wygoniła z pokoju. Miasteczko wolno budziło się ze snu, zaspani mieszkańcy rozstawiali stragany i szykowali się na poranną ceremonię. My jeszcze nie wiedziałyśmy o co chodzi. Wszędzie unosił się zapach gotowanego ryżu, parującego z misternie plecionych wiklinowych koszyczków. Kupiłyśmy bananowe ciasto i trzy bagietki naszpikowane samymi pysznościami, zapakowane w liście bananowaca dla zachowania świeżości. W drodze na śniadanie do miejscowej piekarni, usłyszałyśmy mantrowy śpiew. Przed nami, nad Mekongiem klęczące wzdłuż drogi kobiety, ofiarowywały mnichom poranną strawę, a ci błogosławili je śpiewem i modlitwą. Panował niesamowity nastrój, w powietrzu unosiła się specyficzna cisza i nierozproszony jeszcze sen miasta. Wzgórza skryte we mgle, zdawały się jeszcze spać i nie przeszkadzały w ceremonii tak ważnej dla mieszkańców miasteczka. Pomarańczowe szaty obudziły nasze oczy, a nastrój nas wchłonął.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-7XjGmoE_SNI/TwX-J_zsnmI/AAAAAAAAGqY/YMGCL0EbCIA/s1600/Laos+246+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-7XjGmoE_SNI/TwX-J_zsnmI/AAAAAAAAGqY/YMGCL0EbCIA/s320/Laos+246+%2528Medium%2529.jpg" width="219" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-iQz4oPzk-F4/TwX-JBb42cI/AAAAAAAAGqU/s8qjzO4zNPc/s1600/Laos+240+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="196" src="http://1.bp.blogspot.com/-iQz4oPzk-F4/TwX-JBb42cI/AAAAAAAAGqU/s8qjzO4zNPc/s320/Laos+240+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; O 8.00 nasza łódź wypłynęła dalej, prosto do Luang Prabang, miasta mnichów, gdzie czekały na nas kolejne przygody, nawet te zapierające dech w piersiach, ale tego jeszcze nie wiedziałyśmy.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Uśpiony rybak w mojej duszy, rozbudził się na dobre. Chciałam dalej płynąć, płynąć i płynąć ...&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-1077181015290405806?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/1077181015290405806/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/12/sabaidee-lao.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1077181015290405806'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1077181015290405806'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/12/sabaidee-lao.html' title='Sabaidee Lao'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-_F6BwdKsYIU/TwX-rqJihhI/AAAAAAAAGqo/nqDjUxXd6Go/s72-c/Laos+010+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7587125987410600246</id><published>2011-12-08T21:38:00.001+01:00</published><updated>2011-12-08T23:20:41.179+01:00</updated><title type='text'>... zacznijmy od początku ...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wyznam Wam szczerze, że w poprzednim życiu byłam rybakiem ... lub marynarzem, nie wiem, nie pamiętam. Pomimo, że w duszy jestem lotnikiem i to statki powietrzne zdobyły moje serce lata temu, to mała, zdezelowana łódź, napędzana jakimś silnikiem, powoduje u mnie stan totalnego wyciszenia i relaksu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;To właśnie taką zdezelowaną łódeczką przekroczyłyśmy granicę na Mekongu, pomiędzy Tajlandią a Laosem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-i2nqqk7V2O8/TuEnNgfZ-oI/AAAAAAAAGpk/zZhojQNen5c/s1600/Laos+679+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-i2nqqk7V2O8/TuEnNgfZ-oI/AAAAAAAAGpk/zZhojQNen5c/s320/Laos+679+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Oficerowie w &lt;i&gt;immigration point &lt;/i&gt;byli zafascynowani naszymi paszportami i oglądali je strona po stronie, uśmiechając się, widząc kolejną egzotyczną wizę. Kiedy z namaszczeniem i powagą wkleili nam do paszportów wizę laotańską, poczułyśmy ogromną radość, Marta powiedziała "witaj w Laosie", byłam nieziemsko zmęczona i szczęśliwa.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-Wz3NAlL8yTY/TuElZFd5MPI/AAAAAAAAGpc/PYWVeupz_Y4/s1600/Laos+010+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-Wz3NAlL8yTY/TuElZFd5MPI/AAAAAAAAGpc/PYWVeupz_Y4/s320/Laos+010+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdy dotarłyśmy na miejsce, w &lt;i&gt;Huay Xai&lt;/i&gt; zapadał już zmrok. Kilka knajpek przy głównej ulicy migotało światełkami. Pierwszą przygodą, w nieznanym kraju jest zawsze wymiana pieniędzy. Z kipami musiałyśmy oswajać się kilka dni. Ogromne nominały nie zmyliły czujnej Marty. Wśród miliona kipów, zauważyła, że pani kasjerka się pomyliła i dała nam za mało o 50000 kipów, byłam pod wrażeniem. Obie byłyśmy skrajnie zmęczone, mój mózg nie rejestrował już nic. Marzyłam o prysznicu i kolacji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niewiele pamiętam z pierwszego wieczoru, oprócz chłodu, który nas zaskoczył.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7587125987410600246?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7587125987410600246/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/12/zacznijmy-od-poczatku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7587125987410600246'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7587125987410600246'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/12/zacznijmy-od-poczatku.html' title='... zacznijmy od początku ...'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-i2nqqk7V2O8/TuEnNgfZ-oI/AAAAAAAAGpk/zZhojQNen5c/s72-c/Laos+679+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2170318896877311468</id><published>2011-12-08T20:56:00.001+01:00</published><updated>2011-12-08T23:08:04.808+01:00</updated><title type='text'>Laotańskie retrospekcje</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nasza podróż do Laosu trwała równo 24h. Dotarłyśmy do celu wszystkimi środkami transportu, jakie wymyślił człowiek. Jechałyśmy tramwajem, autobusem, leciałyśmy samolotem, później następnym, potem był kolejny i chyba jeszcze jeden,&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; w międzyczasie następny autobus i łódź.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-pG60z9K5cVg/TuEcXFilq2I/AAAAAAAAGpM/euQdJatFCPw/s1600/Laos+264+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-pG60z9K5cVg/TuEcXFilq2I/AAAAAAAAGpM/euQdJatFCPw/s320/Laos+264+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przez te 24h przeżyłyśmy zmianę czasu, przetrwałyśmy skrajne zmęczenie i u celu byłyśmy szczęśliwe, że to koniec, a właściwie początek drogi.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dziś jesteśmy w jej połowie. Za nami tyle wrażeń i przeżyć, że kiedy zabrałam się do pisania, przeraziła mnie biała kartka w "dzienniku", w którym zawsze piszę. Od czego zacząć? Jak to wszystko opisać, wyrazić własne uczucia? Do tej pory przytrafiło nam się już tak wiele. Marta prowadziła słonia, który wszedł do rzeki, nasz kierowca tuk-tuka zgubił drogę i puściły mu nerwy, jechałyśmy rowerami w upale pokonując wzgórza, przeszłyśmy ponad 25km w dżungli, płynęłyśmy dwa dni łodzią, płynęłyśmy kajakiem raz na wodzie, raz ... pod wodą, gotowałyśmy wyszukane potrawy na cooking lessons, spędziłyśmy chilloutowe godziny w klimatycznych knajpkach w Laosie i ciche chwile w magicznych świątyniach. Na swej drodze spotykamy ludzi z całego świata, ludzi którzy mówią mało i tych którzy mówią za dużo. Każdy ma inny plan, różne cele, jednych rozumiemy, innych nie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-p5ITmKdzrSU/TuEcaGGchlI/AAAAAAAAGpU/h0azgq9pUy8/s1600/Laos+404+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-p5ITmKdzrSU/TuEcaGGchlI/AAAAAAAAGpU/h0azgq9pUy8/s320/Laos+404+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nie rozumiemy jednak, jak można poświęcić tylko tydzień by "zwiedzić" jeden kraj. Już dziś wiemy, że nasze trzy tygodnie na Laos, to za mało. Za mało by Go poczuć, powąchać, dotknąć, posmakować ...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2170318896877311468?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2170318896877311468/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/12/laotanskie-retrospekcje.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2170318896877311468'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2170318896877311468'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/12/laotanskie-retrospekcje.html' title='Laotańskie retrospekcje'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-pG60z9K5cVg/TuEcXFilq2I/AAAAAAAAGpM/euQdJatFCPw/s72-c/Laos+264+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6387804625635731261</id><published>2011-07-08T19:32:00.005+02:00</published><updated>2011-07-08T20:22:22.044+02:00</updated><title type='text'>Sapa</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pisząc o naszych przeżyciach mam tendencję do patetyzmu i opowieści szczerych do bólu. Dziś oddaję "pióro" Olodum - Marcie, która stworzyła karty tego bloga, która przyjaźni się z megabajtami i pikselami, gdzie ja nie wiem kto jest to kto. Do dziś była technicznym mózgiem naszych podróży. To ona nakreśla mapy naszych wypadów, pieczołowicie i skrupulatnie wyszukuje dane.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-wDVpfEf3Odo/Thc-0ONjOXI/AAAAAAAAGHQ/1CFd111WCGw/s1600/Wietnam+2010+551+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-wDVpfEf3Odo/Thc-0ONjOXI/AAAAAAAAGHQ/1CFd111WCGw/s320/Wietnam+2010+551+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-sHFAQjm30FA/Thc-1ERno4I/AAAAAAAAGHU/p9yjoxxlL2o/s1600/Wietnam+2010+557+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-sHFAQjm30FA/Thc-1ERno4I/AAAAAAAAGHU/p9yjoxxlL2o/s320/Wietnam+2010+557+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-rFD2jjF0xAg/Thc-1tYewvI/AAAAAAAAGHY/WDOQP1-GysA/s1600/Wietnam+2010+570+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-rFD2jjF0xAg/Thc-1tYewvI/AAAAAAAAGHY/WDOQP1-GysA/s320/Wietnam+2010+570+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-cwYb49yIDsI/Thc-2nNyvsI/AAAAAAAAGHc/uzQ63ZGtwbw/s1600/Wietnam+2010+632+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-cwYb49yIDsI/Thc-2nNyvsI/AAAAAAAAGHc/uzQ63ZGtwbw/s320/Wietnam+2010+632+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Usiądźcie dziś w swoich komputerowych fotelach, otwórzcie piwo, zapalcie fajka lub blanta i przeczytajcie opowieść Marty, która z reguły nie dzieli się z nikim takimi emocjami. Pamiętajcie, że Wasze wymarzone podróże nie zawsze wyglądają jak pocztówki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Zaledwie 350 km dzieliło nas od Hanoi  do Sapy - kolejnego przystanku w naszej podróży po Wietnamie. W  rzeczywistości te 350 km okazało się odległością nie do pokonania,  nierealną, oddzielającą dwa różne wszechświaty, dwie materie. To co nie  znane, stało się znane. To co zawsze myślimy, że nas nie dotyczy -  dotknęło, poczułam zimny i obślizgły dotyk na swym ciele, czułam go  wtedy, czuję go teraz...&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Od 7 miesięcy pokonuje te 350  km, kręcę się w koło i nadal wydaje mi się, że jestem cały czas tam, w  Sapie, gdzieś nieruchomo zawieszona, jak ta wieczna mgła unosząca się  nad ryżowymi wzgórzami miasteczka.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt; Post ten będzie krótki i jak  najbardziej osobisty, ckliwy i smutny. Nie będę się starać nawet  zachować choć odrobiny reporterskiego obiektywizmu. Ten post jest  skargą, żalem i rachunkiem jakiego nigdy Sapa i Wietnam, nie będą w  stanie mi spłacić...&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Dotarłyśmy rano do Sapy jak  tysiące innych młodych ludzi, szukających przygody i mających w planach  udanie się na trekking. Dodatkową atrakcją miało być nocowanie u jednej&amp;nbsp;  z rodzin, mieszkających w ubogich wioskach pomiędzy zboczami gór. &lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Od początku nad miasteczkiem  unosiła się złowroga mgła. Padało, było zimno... Wyraźnie dało się  wyczuć wszechogarniające napięcie. Byłyśmy poddenerwowane, w sumie nie  wiadomo czym, trekking był wykupiony, wszystko było dopięte na ostatni  guzik. Następnego ranka wraz z niewielką grupką osób wyruszyłyśmy w  drogę. Nie mogłam jednak wyzbyć się nieokreślonego niepokoju. Późnym  popołudniem dotarłyśmy do gospodarzy u których miałyśmy nocować.  Ugościli nas bardzo serdecznie. Siedzieliśmy prawie przez całą noc,  rozmawiając, śmiejąc się i tańcząc. Było przemiło.&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Rano jednak TO się stało. TO  czego bałam się instynktownie przez całe życie, w trakcie każdej  podróży, z dala od domu... Z zaskoczenia, bez ostrzeżenia, bez  pomarańczowego, migającego światełka, krzyczącego swoim jaskrawym  kolorem, że UWAGA, TO TERAZ, TO SIĘ WŁAŚNIE DZIEJE... ! Nadeszła  wiadomość tekstowa, choć niejednoznaczna, wiedziałam czego dotyczy,  wyraźnie czułam, że TO się zdarzyło... Tu w tej głuszy, gdzie od domu  dzieliło mnie 8000 km poczułam bezradność. Poczułam jak ludzkie życie  jest kruche i nietrwałe. Wystarczy jeden pstryk i już po wszystkim...  Pozostaje po Tobie garstka prochu i&amp;nbsp; kartka pocztowa z ostatnich  wakacji.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Z czym mi się kojarzy Sapa?  Nie z plemionami górskimi, które ją zamieszkują, nie z trekkingiem, nie z  mgłą unoszącą się nad miasteczkiem. Sapa to śmierć, Sapa to strata,  Sapa to dzień, w którym stałam się dorosła. Sapa to wszystko to, co nie  chciałabym, żeby się wydarzyło, a jednak ... Sapa nauczyła mnie uczuć,  wiem jak gorzki jest smutek, niezmierzony żal, wiem czym jest zabójcza  złość i gniew, wiem jak nienawidzić i kochać jednocześnie. Sapa dumnie  kroczy w jednym rzędzie ze śmiercią, która zabrała mi najbliższą  Osobę... O ironio, właśnie Tą najdroższą mi Osobę - Mamę - która  nauczyła mnie miłości do podróży, do odkrywania świata i siebie  samego... &lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Sapa to złodziej... Oby Wam, gdy już do niej dotrzecie niczego nie ukradła...&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;OLODUM _ Marta&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6387804625635731261?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6387804625635731261/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/07/sapa-i.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6387804625635731261'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6387804625635731261'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/07/sapa-i.html' title='Sapa'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-wDVpfEf3Odo/Thc-0ONjOXI/AAAAAAAAGHQ/1CFd111WCGw/s72-c/Wietnam+2010+551+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8593755174859766821</id><published>2011-07-02T19:14:00.001+02:00</published><updated>2011-07-08T19:07:29.476+02:00</updated><title type='text'>Ryżowy bimber</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tuż po wschodzie słońca &lt;i&gt;Asia Cruise&lt;/i&gt; wypłynęła z małego portu spośród skał i wolno sunęła wgłąb krainy smoka. Płynęłyśmy w nastrojowej ciszy, łaknąc widoków otaczającego nas świata. A świat ten był jak z bajki,&amp;nbsp; tak piękny, aż nierzeczywisty. Wodę spowijała mgła, zza wzgórz wyłaniało się słońce.&amp;nbsp; Przez ponad godzinę przepływałyśmy pomiędzy wzgórzami i wysepkami. W okolicy nie było widać żadnego innego statku. Byłyśmy same jak pierwsi żeglarze odkrywający nowe tereny, jak &lt;i&gt;Marco Polo&lt;/i&gt; nakreślający mapę &lt;i&gt;Nowego Świata.&lt;/i&gt; Co jakiś czas ciszę przerywał przelatujący ponad masztami ptak o nieznanej nam nazwie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/--z_-91CbbHU/Tg9Ob96fGeI/AAAAAAAAF8E/Pw1mpvwaz0Y/s1600/Wietnam+2010+432+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/--z_-91CbbHU/Tg9Ob96fGeI/AAAAAAAAF8E/Pw1mpvwaz0Y/s320/Wietnam+2010+432+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wiedziałyśmy, że nieuchronnie zbliżamy się do portu, by pozostawić zatokę &lt;i&gt;Ha Long &lt;/i&gt;- najpiękniejszą z pięknych. To był ostatni moment by "naszpikować" aparat widokami z raju skrzydlatego smoka o perłowych łzach. Z każdą chwilą byłyśmy coraz bliżej portu. Wokół nas płynęła zatrważająca ilość statków.&amp;nbsp; Wszystkie zmierzały w to samo miejsce, wszystkie tak jak nasz, z turystami na pokładzie. Jedni byli zahipnotyzowani spokojem i pięknem, inni skacowani po "integracyjnych party".&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-5BFlAYR-UOw/Tg9QJWjHMKI/AAAAAAAAF80/pCRsVSgt8PE/s1600/Wietnam+2010+353+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-5BFlAYR-UOw/Tg9QJWjHMKI/AAAAAAAAF80/pCRsVSgt8PE/s320/Wietnam+2010+353+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-pf81TtbRRqU/Tg9OmzHtUuI/AAAAAAAAF8w/NKvU9ttKh84/s1600/Wietnam+2010+421+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-pf81TtbRRqU/Tg9OmzHtUuI/AAAAAAAAF8w/NKvU9ttKh84/s320/Wietnam+2010+421+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-pAVoFQzQObM/Tg9OmTGuzSI/AAAAAAAAF8s/AxK88Cb0uv0/s1600/Wietnam+2010+419+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-pAVoFQzQObM/Tg9OmTGuzSI/AAAAAAAAF8s/AxK88Cb0uv0/s320/Wietnam+2010+419+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Gdy zacumowaliśmy czar prysł. Ciszę zmąciła praca kilkuset silników, głosy, gwizdy i nawoływania. W powietrzu unosił się smród spalin i smażonego jedzenia dla następnego "sortu" turystów. Czekając ponad godzinę na małą łódkę, obserwowałam z niesmakiem machinę turystycznego przemysłu. Zanim dopłynęłyśmy do portu, nastrój zniknął wraz z poranną mgłą. Oczekiwanie na małą łódkę się przedłużało, traciłyśmy cenny czas przeznaczony na wizytę w narodowym parku &lt;i&gt;Cat Ba&lt;/i&gt;. Nam się spieszyło, miałyśmy zwiedzać park na rowerach, w nasz ulubiony urlopowy sposób. Kiedy się wreszcie udało się udało dopłynąć do brzegu,&amp;nbsp; grupa ze statku została podzielona, na pieszą i rowerową. Rowerzyści pojechali w prawo, a piechurzy poszli w lewo. Droga była wspaniała. Z górki jechałyśmy bardzo szybko, wyprzedzając się nawzajem. Podczas szybkiej jazdy wiatr przyjemnie chłodził rozgrzane ciało. Było gorąco, pierwszy raz od przyjazdu do &lt;i&gt;Wietnamu.&amp;nbsp;&lt;/i&gt; Z okolicznych domów wyskakiwały zaciekawione dzieciaki. Mijałyśmy uprawne poletka, gąszcz lasów, przydomowe ogródki, bananowe sady, wąskie strumyczki, aż ... skończyła się droga. Skonsternowani czekaliśmy, aż dojedzie do nas nasz przewodnik. Liczyliśmy na to, że gdzieś skryta ścieżka poprowadzi nas dalej. Niestety... Koniec drogi, koniec jazdy. W sumie jechaliśmy 30 minut w jedną stronę, wracaliśmy tą samą trasą. Godzina na dwóch kołach to dla nas stanowczo za mało. Z utęsknieniem wspominałyśmy obite i opuchnięte tyłki po rowerowej wyprawie, w khmerskim &lt;i&gt;Angkor Wat.&lt;/i&gt; Nazwanie tej krótkiej przejażdżki trekkingiem to zdecydowanie przesada.&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-IanOSB1vgPo/Tg9Ocythd4I/AAAAAAAAF8I/xfOQXneLR74/s1600/Wietnam+2010+394+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-IanOSB1vgPo/Tg9Ocythd4I/AAAAAAAAF8I/xfOQXneLR74/s320/Wietnam+2010+394+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-VJyEDkghXM0/Tg9OePTD6mI/AAAAAAAAF8M/hQZdItdvfdE/s1600/Wietnam+2010+396+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-VJyEDkghXM0/Tg9OePTD6mI/AAAAAAAAF8M/hQZdItdvfdE/s320/Wietnam+2010+396+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po oddaniu rowerów zawieziono nas do jeszcze innego portu, z którego popłynęłyśmy na wyspę &lt;i&gt;Cat Ba.&lt;/i&gt; Tam czekał na nas bambusowy bungalow, leżaki, słońce, kolorowe drinki i chill out.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-tM_h_xVeShs/Tg9Ogn795UI/AAAAAAAAF8U/mCuG2e709JY/s1600/Wietnam+2010+401+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-tM_h_xVeShs/Tg9Ogn795UI/AAAAAAAAF8U/mCuG2e709JY/s320/Wietnam+2010+401+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-vT60D2s6kr0/Tg9OfVkQyOI/AAAAAAAAF8Q/mS5fptbvKVM/s1600/Wietnam+2010+400+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-vT60D2s6kr0/Tg9OfVkQyOI/AAAAAAAAF8Q/mS5fptbvKVM/s320/Wietnam+2010+400+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po obiedzie niektórzy poszli odwiedzić małpią rodzinę mieszkającą w głębi wyspy. My zostałyśmy, by dokonać ważnej transakcji..&amp;nbsp; Wszyscy turyści, którzy przybyli z nami, mieli wykupioną 1 noc na wyspie, taki był standard (1 noc na łajbie + 1 noc na wyspie). My miałyśmy opłaconą dodatkową noc w bambusowym domku. W Wietnamie byłyśmy tydzień, wiedziałyśmy, że w &lt;i&gt;Hanoi &lt;/i&gt;piwo i inny alkohol są tanie jak przysłowiowy barszcz.&amp;nbsp; Inaczej jest na łodziach i na wyspie. Ceny wzrastają kilkakrotnie. Kiedy większość odpoczywała i bar opustoszał my rozpoczęłyśmy negocjacje. Przedstawiłyśmy przemiłemu barmanowi naszą sytuację, mówiąc, że my to jesteśmy z Polski&lt;i&gt; &lt;/i&gt;- kraju najlepszej wódki i że na alkoholu to my się znamy i te ceny tutaj to są baaaardzo wysokie. Barman szybko zrozumiał o co chodzi i dalej szeptem przedstawił swoją ofertę cenową za 1,5 l bimbru o wdzięcznej nazwie ryżowe wino. Z podanej ceny planowałyśmy jeszcze nieco zejść i wynegocjować by sfermentowany wytwór był zawsze schłodzony, ale przede wszystkim musiałyśmy tego najpierw spróbować. Chłopak poinformował nas, śmiejąc się pod nosem, że to bardzo mocny trunek i że 1,5 l. to nam wystarczy do końca pobytu w Wietnamie&lt;i&gt;.&lt;/i&gt; Raz jeszcze przypomniałyśmy, że jesteśmy z Polski i pijemy prawie tyle co Rosjanie. Barman zniknął w kuchni na kilka minut. Wrócił z metalowym garnuszkiem trunku i ... publiką. Za barem stanęło 6 mężczyzn czekających niecierpliwie na reakcję naszych kobiecych organizmów po degustacji. Ich miny zdradzały brak zaufania do naszych mocnych wschodnio - europejskich głów. Trunek został polany na dwie literatki. Powietrze zgęstniało od napięcia. Czułam się jak aktorka lub sportowiec przed skokiem. Na domiar wszystkiego wrócili turyści i przewodnik. Miałyśmy coraz większą widownię, choć nowo przybyli za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Spojrzałyśmy na siebie powstrzymując się od wybuchu śmiechu. Stuknęłyśmy się literatkami, krzyknęłyśmy dumnie polskie "na zdrowie" i jednym haustem wlałyśmy w siebie wietnamski bimber. Z tą mocą Panowie zdecydowanie przesadzili. Bez skrzywienia czy mrugnięcia odstawiłyśmy puste naczynia na blat. Zza baru dochodziły oklaski i pomruki wyrażające uznanie. Turyści stali zdziwieni nie wiedząc o co chodzi, przewodnik śmiał się do łez - on wiedział. Panowie przynieśli 1,5 l. ryżowego wina, pokazali, że wkładają do lodówki, a my zapłaciłyśmy za trunek, jak za polski bimber, a nie jak za szkocką whisky. Wszyscy byli szczęśliwi.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-dtNgMZF6AXc/Tg9Oi5s6bLI/AAAAAAAAF8c/fgpl6GBFYJ0/s1600/Wietnam+2010+414+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-dtNgMZF6AXc/Tg9Oi5s6bLI/AAAAAAAAF8c/fgpl6GBFYJ0/s320/Wietnam+2010+414+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-pId-LRu63HU/Tg9OkJ14euI/AAAAAAAAF8g/VVzLR7cKAoM/s1600/Wietnam+2010+415+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-pId-LRu63HU/Tg9OkJ14euI/AAAAAAAAF8g/VVzLR7cKAoM/s320/Wietnam+2010+415+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Już po południu, przed kolacją piłyśmy "dziwne" drinki o cierpkim smaku. Trzeci już nam smakował.&amp;nbsp; Następnego dnia wieczorem, plastikowa 1,5 l. butelka po wodzie mineralnej była pusta, a my wciąż trzymałyśmy się na nogach. Gdy odpływałyśmy z &lt;i&gt;Cat Ba &lt;/i&gt;wczesnym rankiem,&amp;nbsp; z tarasu na pożegnanie machali nam wszyscy bimbrownicy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-weZXpVAPDQI/Tg9Oh6WKUVI/AAAAAAAAF8Y/NSlkifP-yyI/s1600/Wietnam+2010+405+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-weZXpVAPDQI/Tg9Oh6WKUVI/AAAAAAAAF8Y/NSlkifP-yyI/s320/Wietnam+2010+405+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do końca pobytu w&lt;i&gt; &lt;/i&gt;Wietnamie&lt;i&gt;,&lt;/i&gt; miałyśmy jeszcze jedno starcie z ryżowym winem i sprawdzaniem mocy głów Wietnam - kontra - Europa. Wynik nie został jasno ogłoszony z powodu zaników pamięci u obu drużyn. &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8593755174859766821?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8593755174859766821/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/07/ryzowy-bimber.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8593755174859766821'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8593755174859766821'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/07/ryzowy-bimber.html' title='Ryżowy bimber'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/--z_-91CbbHU/Tg9Ob96fGeI/AAAAAAAAF8E/Pw1mpvwaz0Y/s72-c/Wietnam+2010+432+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total><georss:featurename>Cat Ba Island, Wietnam</georss:featurename><georss:point>20.7758363 107.03032210000003</georss:point><georss:box>20.696071800000002 106.92655260000004 20.8556008 107.13409160000003</georss:box></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2856327956042459583</id><published>2011-04-11T21:17:00.002+02:00</published><updated>2011-04-11T21:40:17.559+02:00</updated><title type='text'>Smocze łzy w Ha Long Bay</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O zatoce &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; krążą legendy, nam najbardziej podoba się ta...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Dawno, dawno temu, w bajecznej krainie o nazwie Wietnam, w spokojnej zatoce &lt;i&gt;Ha Long &lt;/i&gt;mieszkał potężny smok. Stworzenie choć ogromne i niebezpieczne, nie wadziło nikomu i żyło w zgodzie z mieszkańcami zatoki. Rybacy żartowali, że ich smok (bo tak go nazywali) żyje tylko pięknem, bo nie podjadał im trzody i nie polował w okolicznych lasach. A smok rzeczywiści kochał piękne widoki nad zatoką &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt;. Uwielbiał jej spokojne wody, świeże powietrze, zieleń drzew i błękit nieba nad wzgórzami. Pewnego razu na Wietnam najechał wróg. Palono wioski, wycinano drzewa, zniszczono piękno wietnamskiej krainy. Spokój lazurowej wody &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; został zmącony. Złe wieści dotarły do smoka, wraz z zapachem wojny. Potężne cielsko wynurzyło się ze swej jaskini, by sprawdzić czy ptaki mówią prawdę. Gdy smok wzleciał w zamglone, smutne niebo i ujrzał zniszczone piękno swej krainy, wpadł w nieokiełznany szał i wielką rozpacz. Smocze serce pękło na widok trwającej bitwy, która zostawiała za sobą tylko pogorzelisko i śmierć. Lazurowa woda wypełniła się krwią, niebo poszarzało, drzewa płonęły, ptaki umilkły, a rybacy zginęli w walce.&amp;nbsp; Zrozpaczony smok w ogromnej złości, która przepełniła jego duszę, zaczął uderzać monstrualnym ogonem o spokojną niegdyś powierzchnię wody. Złowieszczy rytm zbudził zatokę. Z wody wypiętrzyły się ogromne skały, ostre jak kolce. Na koniec zapłakał, a łzy zamieniły się w lśniące perły i wpadły do wody. W taki sposób, w starciu wielkiej miłości do piękna i ogromnej rozpaczy, powstał jeden z najpiękniejszych cudów świata - zatoka &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zatoka &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; leżąca 164km od Hanoi, zajmuje około 1500 km² powierzchni, na której rozsianych jest 1900 skalistych wysp i wysepek. Wszystkie zostały policzone, a 989 z nich ma własną nazwę. Wewnątrz niektórych skał, kapiąca od wieków woda wyżłobiła bajecznie, piękne jaskinie. Z całą pewnością matka natura tutaj współpracowała z najlepszymi architektami.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-3v7cjlhijr8/TaNQUfs-mlI/AAAAAAAAF68/Lic3eS8I1rM/s1600/Wietnam+2010+320+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-3v7cjlhijr8/TaNQUfs-mlI/AAAAAAAAF68/Lic3eS8I1rM/s320/Wietnam+2010+320+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zatokę &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; zamieszkuje około 300 szczęściarzy, mający ten widok na co dzień. Żyją na łodziach, bambusowych tratwach lub w "kartonowych" domkach, w wodnych wioskach. Mają elektryczność, telewizję, pływające sklepy oraz "happy room", czyli WC i każdego dnia piękny widok z tarasu.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-kapguSzC67Q/TaNQXL0YQwI/AAAAAAAAF7I/zhM1SZvRn9o/s1600/Wietnam+2010+364+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-kapguSzC67Q/TaNQXL0YQwI/AAAAAAAAF7I/zhM1SZvRn9o/s320/Wietnam+2010+364+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-2wSwIvyMFBc/TaNQX6AmZzI/AAAAAAAAF7M/M3xWFww-asU/s1600/Wietnam+2010+381+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-2wSwIvyMFBc/TaNQX6AmZzI/AAAAAAAAF7M/M3xWFww-asU/s320/Wietnam+2010+381+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O zatoce &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; krążą niestety nie tylko piękne legendy. To miejsce odwiedzane jest przez tysiące turystów z całego świata, ale też i dla Wietnamczyków jest celem podróży. Wpisana w 1994 roku na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, zatoka Ha Long jest łakomym kąskiem dla globtroterów. Jest jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie. Wybierając się na wycieczkę do &lt;i&gt;Ha Long Bay &lt;/i&gt;znałyśmy wszystkie straszne opowieści o braku jedzenia na łajbach, o złym stanie technicznym statków, o niesympatycznej obsłudze, o tłumach turystów i braku klimatu. Naszą wycieczkę kupiłyśmy w sprawdzonym biurze, (http://www.viettours365.com/) z rekomendacją za 120$ za 1 os. (+ dodatkowa noc na wyspie &lt;i&gt;Cat Ba&lt;/i&gt;), a nie jak oferowali oszuści za 40$ za 1 os. Dla nas zmartwieniem i wielkim wyzwaniem, było uczestnictwo w zorganizowanym, grupowym wyjeździe. Próba czegoś podobnego, miała miejsce w Pekinie, podczas wycieczki na Wielki Mur. Niestety nie poszło nam najlepiej. Nastawiałyśmy się na ten wyjazd kilka dni, tłumacząc sobie, że coś za coś. Będziemy grzecznie szły gęsiego za kolorową chorągiewką naszego przewodnika, wraz z innymi "turistas" z całego świata, by tylko zobaczyć&amp;nbsp; to dzieło matki natury.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-9fLoeu_5MGE/TaNQTk8HLwI/AAAAAAAAF64/G-0F9h_FMG4/s1600/Wietnam+2010+307+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-9fLoeu_5MGE/TaNQTk8HLwI/AAAAAAAAF64/G-0F9h_FMG4/s320/Wietnam+2010+307+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z Hanoi wyjechałyśmy&amp;nbsp; wcześnie rano. Droga do portu &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; trwała niewiele ponad 2 godziny. Jadąc mijałyśmy małe miasteczka i wioski o nastroju jak ze starych filmów. Wszędzie dookoła rozpościerały się pola ryżowe, a na nich pracowali ciężko Wietnamczycy w swoich spiczastych kapeluszach. Miałam wrażenie jakbym cofnęła się w czasie. Rozmyślałam ile ucierpiał ten kraj podczas wojny z Amerykanami, która w dzisiejszych czasach stałą się też towarem na sprzedaż, ale o tym później. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Podglądając rolników z okien jadącego autobusu, zauważyłam, że na wielu polach uprawnych stoją pojedyncze groby. Czasem było skupisko dwóch lub czterech, ale nie więcej. Nie znalazłyśmy żadnej informacji na ten temat w przewodniku, ale myślę że to rolnicy chcą być pochowani w swojej ziemi. Kiedy tylko wysiadłyśmy z autokaru, ujrzałyśmy tłum ludzi, setki kolorowych chorągiewek, usłyszałyśmy kakofonię języków świata oraz krzyki i nawoływania "porządkowych". To nie był turystyczny biznes, to była istna fabryka, maszyna czy taśma, po której płynęła fala kolejnego towaru do ometkowania. Gdy nasza grupa została podzielona według ilości wykupionych noclegów (my rozszerzyłyśmy nasz pakiet o dodatkową noc na wyspie &lt;i&gt;Cat Ba&lt;/i&gt;), wręczono nam bilety i skierowano do portu. Pozwolicie, że nie będę opisywać co dokładnie się działo od wręczenia biletów do wejścia na małą łódkę, bo to może Was zniechęcić. Zatoka &lt;i&gt;Ha Long&lt;/i&gt; jest jednym z piękniejszych miejsc świata, wartym tych przepychanek i nie zgadzam się z Autorem "Samsary", że jeden rzut oka&amp;nbsp; zupełnie wystarczy. My jak zwykle chciałyśmy więcej i dłużej.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-ZDNA7cjHE7Y/TaNQREzaKkI/AAAAAAAAF6s/zfVU2PkDEWc/s1600/Wietnam+2010+274+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-ZDNA7cjHE7Y/TaNQREzaKkI/AAAAAAAAF6s/zfVU2PkDEWc/s320/Wietnam+2010+274+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-tVNKdfS9yv0/TaNQRxqD5rI/AAAAAAAAF6w/YT7d_bYFDy4/s1600/Wietnam+2010+278+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://3.bp.blogspot.com/-tVNKdfS9yv0/TaNQRxqD5rI/AAAAAAAAF6w/YT7d_bYFDy4/s320/Wietnam+2010+278+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z małej łódki wskoczyłyśmy sprawnie na naszą łajbę o urokliwej nazwie &lt;i&gt;Asia Cruise&lt;/i&gt;. Plecaki zaniosłyśmy do do małej, przytulnej kajuty i szybko wspięłyśmy się na najwyższy pokład, by najlepiej widzieć.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-pnLtGjW_nsU/TaNQSvoXiTI/AAAAAAAAF60/I3J-ZiQ7UeU/s1600/Wietnam+2010+294+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-pnLtGjW_nsU/TaNQSvoXiTI/AAAAAAAAF60/I3J-ZiQ7UeU/s320/Wietnam+2010+294+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&amp;nbsp; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po kilku minutach łódź odpaliła silniki i wolno płynęła przez krainę smoka. Wpływając w głąb zatoki widoki zapierały dech w piersiach. Skały tworzyły nieznane labirynty. Miałyśmy niesamowite szczęście, pogoda nam dopisała, widoczność była doskonała, od czasu do czasu rozpieszczało nas słońce. Rozsiane po wodach zatoki statki, wyglądały jak zbłąkane duchy. Łódź zacumowała przy jednej z setek skał. Czekała nas przygoda w jaskini smoka. Przesiadłyśmy się na małą łódź, by wpłynąć do wodnej wioski. Byłyśmy w odwiedzinach u smoka, w przepięknej jaskini &lt;i&gt;Thien Cung&lt;/i&gt;, ale go nie zastałyśmy.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-BuT93wB9SbU/TaNQVfzmuUI/AAAAAAAAF7A/eECCplS-pKs/s1600/Wietnam+2010+333+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-BuT93wB9SbU/TaNQVfzmuUI/AAAAAAAAF7A/eECCplS-pKs/s320/Wietnam+2010+333+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pływałyśmy kajakiem, pomiędzy statkami, wokół skalistych wysp. Na początku miałyśmy problem z skoordynowaniem wioseł, ale z każdą chwilą szło nam coraz lepiej. Podpływałyśmy do łodzi (lub czasem zderzałyśmy się z nimi niechcący), na których mieszkali rybacy z rodzinami. Pozdrawiali nas serdecznie, widząc jak niezdarnie mocujemy się z naszym czółnem. Kiedy ujarzmiłyśmy kajak, odpłynęłyśmy kawałek od zgiełku, wpłynęłyśmy w krainę baśni, która pieściła nasze oczy ... i serca. Siedząc w kajaku, pośród tych ogromnych skał, czułam się taka mała i nieistotna wobec praw natury. Czułam się jak intruz, który jest za brzydki by tutaj być.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-FnyiGNcvuIY/TaNQWBUqSYI/AAAAAAAAF7E/tEJ8KXHMIdA/s1600/Wietnam+2010+353+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-FnyiGNcvuIY/TaNQWBUqSYI/AAAAAAAAF7E/tEJ8KXHMIdA/s320/Wietnam+2010+353+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na duży statek wróciłyśmy po kilku godzinach. Na dolnym pokładzie podano nam bogatą w potrawy i pyszną kolację. Po posiłku wszyscy uciekli na górny pokład, łódź płynęła powoli. Z każdą chwilą robiło się coraz ciszej. Panował niesamowity spokój. Wpływałyśmy w krainę magi i czarów, legend i duchów. Nie czułam strachu, szukałam smoka. Łódź kołysała się delikatnie na wietrze. Zachodzące słońce odbijało się w tafli wody. Wszystko dookoła nas było takie piękne, doskonałe, czarujące i bajeczne. Gdy zapadła noc, cisza otuliła nas spokojem. W ciemności majaczyły cienie skalistych wysp. W oddali migotały światła domków na wodzie, księżyc był tak jasny, jakby chciał konkurować ze słońcem. Zatoka &lt;i&gt;Ha Long &lt;/i&gt;zbierała się do snu, a my wraz z nią. Wczesnym rankiem &lt;i&gt;Ha Long Bay&lt;/i&gt; podarowała nam prezent. Widok, którego nigdy nie zapomnę, by opisać to, co zobaczyły nasze zaspane oczy, brakuje mi słów, więc lepiej zobaczcie sami. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-hxw6PQfd2-M/TaNQYuhi63I/AAAAAAAAF7Q/BA-0cDDBkQg/s1600/Wietnam+2010+386+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://1.bp.blogspot.com/-hxw6PQfd2-M/TaNQYuhi63I/AAAAAAAAF7Q/BA-0cDDBkQg/s320/Wietnam+2010+386+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-sY_8qzsZJ-o/TaNQZOEG7SI/AAAAAAAAF7U/YGTcW6AjJts/s1600/Wietnam+2010+392+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://4.bp.blogspot.com/-sY_8qzsZJ-o/TaNQZOEG7SI/AAAAAAAAF7U/YGTcW6AjJts/s320/Wietnam+2010+392+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-_4rQMyPbJ9E/TaNQZdxrQMI/AAAAAAAAF7Y/hf6csNuse1s/s1600/Wietnam+2010+393+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="http://2.bp.blogspot.com/-_4rQMyPbJ9E/TaNQZdxrQMI/AAAAAAAAF7Y/hf6csNuse1s/s320/Wietnam+2010+393+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2856327956042459583?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2856327956042459583/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/04/smocze-zy-w-ha-long-bay.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2856327956042459583'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2856327956042459583'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/04/smocze-zy-w-ha-long-bay.html' title='Smocze łzy w Ha Long Bay'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-3v7cjlhijr8/TaNQUfs-mlI/AAAAAAAAF68/Lic3eS8I1rM/s72-c/Wietnam+2010+320+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6485596980175647563</id><published>2011-03-13T18:34:00.000+01:00</published><updated>2011-03-13T18:34:14.027+01:00</updated><title type='text'>"Vietnamese Coffee"</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Rozkoszowałyśmy się Hanoi przez dwa dni, chodząc leniwie wokół jeziora&amp;nbsp; &lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Hoàn Kiếm lub w jego okolicach. Degustowałyśmy jedzenie w przeróżnej postaci. Kilka razy w ciągu dnie robiłyśmy sobie przerwę na kawę. Wietnamczycy przyrządzają ją na tysiące sposobów, uwierzcie - każdy jest doskonały! Hanoi pachnie kawą i miałam wrażenie, że Miejscowi piją jej więcej niż osławionej zielonej herbaty.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;W jednej z zatłoczonych kawiarenek, w której zamówiłyśmy "vietnamese coffee", najpierw podano nam zimną, zieloną herbatę dla oczyszczenia smaku, a dopiero później kawę. Była aż gęsta od lepkiego mleka, pachniała świeżo zmielonymi ziarnami a smakowała jak czekolada. Drugą tak doskonałą podano nam w zimnej Sapie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-woe-cm_irvc/TXz50TnIKfI/AAAAAAAAF50/gq_kxQIwnjI/s1600/Wietnam+2010+059+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh6.googleusercontent.com/-woe-cm_irvc/TXz50TnIKfI/AAAAAAAAF50/gq_kxQIwnjI/s320/Wietnam+2010+059+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;"Vietnamese Coffee" ;-)&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Spacerując po Hanoi, gubiąc się w ciasnych, zatłoczonych uliczkach, w tak zwanym międzyczasie, robiłyśmy rezerwacje na wycieczki. Kiedy udało nam się coś załatwić, siadałyśmy z Miejscowymi&amp;nbsp; by coś przekąsić lub napić się piwa za 70gr. Przez te dwa dni pobytu w Hanoi spotkałyśmy kilku Polaków, którzy tak jak my lgnęli do piwnego "trójkąta bermudzkiego". Dzieliliśmy się wrażeniami i pomysłami na dalszą podróż. Z zaciekawieniem i przyjemnością słuchałyśmy pary Wędrowców, która od kilku miesięcy podróżuje razem. Mieli w sobie dużo pozytywnej energii i niewiele planów na przyszłość. Byli w drodze ...&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Włóczyłyśmy się po stolicy Wietnamu nie mogąc zmusić się do zwiedzania. Raz skręcałyśmy w lewo, raz w prawo, nie mając pojęcia gdzie zaprowadzi nas ciasna uliczka. W pierwszych dniach pobytu sprawnie zmagałyśmy się z lawirującymi skuterami i brakiem chodników. Najgorsze były popołudnia, kiedy miasto zalewała fala motorów, motocykli i skuterów. Powietrze gęstniało a wraz z nim atmosfera. Siadałyśmy wtedy w lokalu, przy skrzyżowaniu, obserwując niesamowicie kolorowe kaski kierowców. Każdy miał inny, często w tym samym kolorze i wzorze co siedzenie ukochanego jednośladu. Dominowała kratka burberry, ale były też paski, kropki, misie, kwiatuszki, hallo kitty i wiele wiele innych. Jednych kształt był klasyczny, czyli "kaskowy", inne przypominały kapelusze czy czapki. Panowie mieli bardziej wyważone wzory, kaski pań często pasowały do szpilek, w których prowadziły, lub do torebki, która wisiała na kierownicy. Drobne, filigranowe Wietnamki o twarzach dziewczynek poruszały się na skuterach, które również występowały we wszystkich kolorach z palety barw. Jeździły dużo i wszędzie, bo jak można chodzić na takich szczudłach, nie mam pojęcia ile centymetrów miały te obcasy. Wiem na pewno, że ja bym w tym daleko w nich nie zaszła.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh5.googleusercontent.com/-RL4CFma7Fo0/TXz51nAyFBI/AAAAAAAAF54/PFdKvSykZXI/s1600/Wietnam+2010+474+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh5.googleusercontent.com/-RL4CFma7Fo0/TXz51nAyFBI/AAAAAAAAF54/PFdKvSykZXI/s320/Wietnam+2010+474+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;wszechobecne jednoślady&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Po jakimś czasie, gdy nasyciłyśmy się atmosferą - hałas, tłok, smog i dym zaczęły nam przeszkadzać. Dźwięk niemilknących klaksonów wwiercał się w mózg, powietrze dusiło i paliło w oczy. Nadszedł czas na zmiany i ruch. Jednego dnia zwiedziłyśmy więzienie, świątynię literatury i dom Wujaszka Ho Chi Minha, (który w tym czasie był u Wujka Lenina w Moskwie na liftingu i spa). Robiłyśmy to co tak lubimy -&amp;nbsp; biegałyśmy po&amp;nbsp; mieście z mapą w ręku...&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; color: #444444; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;&lt;a href="https://lh3.googleusercontent.com/-k2L7IMlt0Rc/TXz52DUGdUI/AAAAAAAAF58/wox_De1pKBY/s1600/Wietnam+2010+476+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh3.googleusercontent.com/-k2L7IMlt0Rc/TXz52DUGdUI/AAAAAAAAF58/wox_De1pKBY/s320/Wietnam+2010+476+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; H&lt;span class="pv-JH"&gt;oa Lo Prison - Hanoi Hilton&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="pv-JH"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-nCMkX8BWOus/TXz53IK5u6I/AAAAAAAAF6A/USkNTAOQUMc/s1600/Wietnam+2010+477+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh6.googleusercontent.com/-nCMkX8BWOus/TXz53IK5u6I/AAAAAAAAF6A/USkNTAOQUMc/s320/Wietnam+2010+477+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-nCMkX8BWOus/TXz53IK5u6I/AAAAAAAAF6A/USkNTAOQUMc/s1600/Wietnam+2010+477+%2528Medium%2529.jpg" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;/a&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;/span&gt;H&lt;span class="pv-JH"&gt;oa Lo Prison - Hanoi Hilton&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-u7GL2dwLmQY/TXz53oYnkkI/AAAAAAAAF6E/i_q3o8SVJ6A/s1600/Wietnam+2010+479+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh6.googleusercontent.com/-u7GL2dwLmQY/TXz53oYnkkI/AAAAAAAAF6E/i_q3o8SVJ6A/s320/Wietnam+2010+479+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="pv-JH"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; H&lt;span class="pv-JH"&gt;oa Lo Prison - Hanoi Hilton&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-fQm0TZ4qUcw/TXz54ZckOqI/AAAAAAAAF6I/9jElvLzjRi8/s1600/Wietnam+2010+489+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh6.googleusercontent.com/-fQm0TZ4qUcw/TXz54ZckOqI/AAAAAAAAF6I/9jElvLzjRi8/s320/Wietnam+2010+489+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="pv-JH"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Văn Miếu, Temple of Literature&lt;wbr&gt;&lt;/wbr&gt;, Hanoi&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh4.googleusercontent.com/-wE4Y3UzJTAw/TXz55mMtP1I/AAAAAAAAF6Q/sdEZhMGFEJM/s1600/Wietnam+2010+518+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh4.googleusercontent.com/-wE4Y3UzJTAw/TXz55mMtP1I/AAAAAAAAF6Q/sdEZhMGFEJM/s320/Wietnam+2010+518+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Hồ Chí Minh Mausoleum&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-2AJJSWAVRL8/TXz55INBXQI/AAAAAAAAF6M/9NE8Obv4zdk/s1600/Wietnam+2010+514+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh6.googleusercontent.com/-2AJJSWAVRL8/TXz55INBXQI/AAAAAAAAF6M/9NE8Obv4zdk/s320/Wietnam+2010+514+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Hồ Chí Minh Mausoleum&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh4.googleusercontent.com/-8t8y3ylswEI/TXz56hMBq0I/AAAAAAAAF6U/QodMieskWLA/s1600/Wietnam+2010+534+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh4.googleusercontent.com/-8t8y3ylswEI/TXz56hMBq0I/AAAAAAAAF6U/QodMieskWLA/s320/Wietnam+2010+534+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp; &amp;nbsp;&amp;nbsp; Ho Chi Minh House, Hanoi&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6485596980175647563?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6485596980175647563/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/03/vietnamese-coffee.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6485596980175647563'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6485596980175647563'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/03/vietnamese-coffee.html' title='&quot;Vietnamese Coffee&quot;'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='https://lh6.googleusercontent.com/-woe-cm_irvc/TXz50TnIKfI/AAAAAAAAF50/gq_kxQIwnjI/s72-c/Wietnam+2010+059+%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8518398654162683588</id><published>2011-03-13T16:14:00.000+01:00</published><updated>2011-03-13T16:14:53.535+01:00</updated><title type='text'>Thăng Long (Hanoi) - miasto wzlatującego smoka</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Hanoi zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Choć nie pachniało moją Azją i nie przywitało upałem, byłam zauroczona. Nasz samolot wylądował późnym popołudniem. Jechałyśmy taksówką prawie 2 godziny, zamiast 40 minut. W okolicach jeziora &lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Hoàn Kiếm - wietnamskim "gettcie" turystów, kierowca wolno sunął autem pomiędzy falą skuterów.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh4.googleusercontent.com/-C01fLKZ88Gs/TXzaXpu9JLI/AAAAAAAAF5M/QCjSbazi2Y4/s1600/Wietnam+1%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh4.googleusercontent.com/-C01fLKZ88Gs/TXzaXpu9JLI/AAAAAAAAF5M/QCjSbazi2Y4/s320/Wietnam+1%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;jezioro &lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Hoàn Kiếm, Hanoi&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;To było istne tsunami barwnych jednośladów. Samochód sprawiał wrażenie za dużego, poruszając się mozolnie w wąskich uliczkach. Było tak ciasno, że niektórzy kierowcy skuterów, by utrzymać równowagę, opierali się o naszą taksówkę. Pomimo zmęczenia chłonęłyśmy widoki i magnetyzujący klimat za oknem. Miasto mieniło się światłami. Kierowcy aut, rowerów, riksz i skuterów cierpliwie gnieździli się w lejach skrzyżowań. Nikt nie był mniej lub bardziej poirytowany. Siedząc w klimatyzowanym aucie wyobrażałam sobie jaką zupą spalin jest powietrze. Kakofonia uporczywych, natarczywych, irytujących klaksonów była nieco stłumiona w zamkniętym samochodzie. W Hanoi również klakson ma ostrzegać i informować, że "uwagę jadę i nie ma zamiaru się zatrzymać". Jak tu biedny pieszy ma przejść przez ulicę ...? Podobnie, czyli zdecydowanym krokiem, pewnie, prosto przed siebie, z miną mówiącą "uwagę idę i się nie zatrzymam, jak ty się nie zatrzymasz to wjedziesz we mnie". Nie wiem kto tu byłby bardziej poszkodowany. Wiem jedno, chcesz przejść, to nie możesz się zawahać, tylko idź. Jeśli się boisz, zamknij oczy i idź.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh3.googleusercontent.com/-qPJHZwSvtMc/TXzaYWix_-I/AAAAAAAAF5Q/3L_4qOOuV_0/s1600/Wietnam+3+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh3.googleusercontent.com/-qPJHZwSvtMc/TXzaYWix_-I/AAAAAAAAF5Q/3L_4qOOuV_0/s320/Wietnam+3+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh3.googleusercontent.com/-3VaULhrOWDY/TXzaa52zOrI/AAAAAAAAF5c/3eaJg-Saw-U/s1600/Wietnam+2010+004+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh3.googleusercontent.com/-3VaULhrOWDY/TXzaa52zOrI/AAAAAAAAF5c/3eaJg-Saw-U/s320/Wietnam+2010+004+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Hanoi&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Rejs z Warszawy do Hanoi trwał 9 godzin. Na lotnisku coś było nie tak z naszą wizą. Odesłano nas do biura straży granicznej, gdzie 6 panów podawało sobie nasze paszporty z ręki do ręki. Każdy z nich oglądał dokumenty i mruczał po wietnamsku coś na podobieństwo "aha, aha". Jeden z funkcjonariuszy postawił stempel i mogłyśmy iść dalej. Do dziś nie wiemy o co chodziło. Po odebraniu bagaży byłyśmy&amp;nbsp; zmuszone wziąć taksówkę, ponieważ transport hotelowy po nas nie przyjechał. Jazda taksówka z lotniska jest tradycją każdej naszej podróży.&amp;nbsp; Jadąc zawsze towarzyszą nam te same emocje. Głodnymi oczami wpatrujemy się w pierwsze krajobrazy, które są mglistym wyobrażeniem kraju, do którego przyleciałyśmy. Jesteśmy ciekawe, podekscytowane, czujne i ostrożne. Tym razem jechałyśmy już tak długo, że zmęczenie dało nam się we znaki.&amp;nbsp; Stałyśmy się łatwym kąskiem dla mafii taksówkarsko - hotelarskiej. Zostałyśmy oszukane w pierwszej godzinie pobytu Hanoi, nie zdając sobie z tego zupełnie sprawy.&amp;nbsp; Pewności nabrałyśmy dopiero po tygodniu, bo kto myśli, że jest oszukany, jeśli zaoferowano mu lepszy pokój, w lepszym hotelu, za mniejsze pieniądze, niż ten zarezerwowany wcześniej. Wiedziałyśmy, że coś jest nie tak, ale robiło się coraz ciemniej, byłyśmy bardzo zmęczone i marzyłyśmy o zimnym Bia Hanoi.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh3.googleusercontent.com/-zfLWmqSLRRk/TXzab-9X6lI/AAAAAAAAF5g/uGujDG8LSyI/s1600/Wietnam2+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh3.googleusercontent.com/-zfLWmqSLRRk/TXzab-9X6lI/AAAAAAAAF5g/uGujDG8LSyI/s320/Wietnam2+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Hanoi&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Nie tracąc czasu, odświeżyłyśmy się nieco, pełne buty wymieniłyśmy na sandały i ruszyłyśmy głodne i spragnione na poszukiwanie kolacji. Jak zwykle szerokim łukiem mijałyśmy restaurację z białymi obrusami i szukałyśmy lokalnych prawdziwych przysmaków.&amp;nbsp; W pewnej chwili naszym oczom ukazał się wielki wok, duży ogień i ogromna micha pełna makaronu mix.&amp;nbsp; Usłyszałyśmy gwar rozmów, nasze nosy pochłaniały łapczywie zapach przypraw i sosu sojowego. Na skrzyżowaniu ulic, pomiędzy ścianą a krawężnikiem znajdowała się "restauracja", czyli 3 długie stoły otoczone maleńkimi, dziecięcymi taboretami, na których swobodnie siedzieli Wietnamczycy, konsumując swoją cudownie pachnącą kolację. Obsługa uwijała się jak w ukropie, klientów było mnóstwo, wszyscy głodni. Podeszłyśmy, bo nie mogę napisać weszłyśmy, czy stanęłyśmy w drzwiach, bo nigdzie nie wchodziłyśmy, nadal byłyśmy na ulicy a drzwi nie było, bo niczego nie otwierały, ani nie zamykały.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh3.googleusercontent.com/-3nvTLIApvew/TXzaZNOeiWI/AAAAAAAAF5U/hkbgZLUxu6c/s1600/Wietnam+5+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh3.googleusercontent.com/-3nvTLIApvew/TXzaZNOeiWI/AAAAAAAAF5U/hkbgZLUxu6c/s320/Wietnam+5+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; Hanoi&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span class="gphoto-photocaption-caption"&gt;Podeszłyśmy do jednego ze stołów, z trudnością wcisnęłyśmy się w miniaturowe krzesełeczka i czekałyśmy na możliwość zamówienia pierwszej potrawy w Hanoi. Byłyśmy raczej pewne, że w tym miejscu nie dogadamy się po angielsku. Zamawiałyśmy danie całym swoim ciałem, pokazując palcami na talerze Wietnamczyków, którzy ochoczo pokazywali, że to dobry wybór. Udało się!!! Zamówiłyśmy smażony makaron z kurczakiem i warzywami i oczywiście lodowate Bia Hanoi.&amp;nbsp; Siedziałam vis a vis "kuchni",&amp;nbsp; ogień pod wokiem lizał sufit budki 1,5 m &lt;/span&gt;x 1 m&lt;span id="search"&gt;². Szef kuchni sprawnymi ruchami mieszał łopatką makaron z kurczakiem. Wspaniały zapach drażnił bezlitośnie nasze żołądki. Z minuty na minutę przychodziło coraz więcej ludzi. Robiło się ciasno. Każdy przysuwał się do drugiej osoby z miską lub talerzem, by zrobić miejsce innemu głodnemu.&amp;nbsp; Pod stołami panowała okropny bałagan. Wszędzie leżały porozrzucane, zużyte husteczki, kapsle i resztki jedzenia. Stoły lepiły się od sosu sojowego. Nikomu to nie przeszkadzało, nam tylko odrobinkę. Wietnamczycy zajadali się serwowanymi daniami cały czas rozmawiając. W jednej chwili postawiono przed nami kilka malutkich miseczek z rozmaitymi cieczami, małe półmiski z daniami i jeden duży z ogromną ilością pysznej zieleniny niewiadomego pochodzenia. Miałam wrażenie, że wszyscy zamarli na chwilę, by przyjrzeć się nam, jak poradzimy sobie z potrawami. Chwyciłyśmy pałeczki i następne co pamiętam, to rozkosz podniebienia. Po kilku sekundach pałaszowania tych pyszności, zebrałyśmy gratulację i aprobaty, wyrażane co drugą kiwającą się głową i pomrukiwaniami. Poddałyśmy się chwili, każdym zmysłem czułam, że jestem w Azji. Z minuty na minutę coraz bardziej najedzona, napojona i szczęśliwa.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh5.googleusercontent.com/-dM5I6GEnVhA/TXzaZ_GplUI/AAAAAAAAF5Y/kLFgeR7uE1Y/s1600/Wietnam+6+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="212" src="https://lh5.googleusercontent.com/-dM5I6GEnVhA/TXzaZ_GplUI/AAAAAAAAF5Y/kLFgeR7uE1Y/s320/Wietnam+6+%2528Medium%2529.jpg" width="320" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="https://lh6.googleusercontent.com/-Z7vsYZBaRB0/TXzacVN48CI/AAAAAAAAF5k/qvKrpEZwn9E/s1600/Wietnam7+%2528Medium%2529.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" height="320" src="https://lh6.googleusercontent.com/-Z7vsYZBaRB0/TXzacVN48CI/AAAAAAAAF5k/qvKrpEZwn9E/s320/Wietnam7+%2528Medium%2529.jpg" width="212" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span id="search"&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span id="search"&gt;&lt;/span&gt;&lt;span id="search"&gt;Wracałyśmy ciemnymi uliczkami, idąc przy samym krawężniku. Chodniki w Hanoi są parkingami dla skuterów, terenem pod "restaurację",&amp;nbsp; miejscem picia herbaty, zakładem szewskim lub pokojem stołowym z biesiadującą rodziną. Jeśli chodzisz pieszo, przemykasz pomiędzy drzewami, stoliczkami,&amp;nbsp; taboretami, rowerami i skuterami. Zdecydowanie nie jest to relaksujący spacer. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8518398654162683588?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8518398654162683588/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/03/thang-long-hanoi-miasto-wzlatujacego.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8518398654162683588'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8518398654162683588'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2011/03/thang-long-hanoi-miasto-wzlatujacego.html' title='Thăng Long (Hanoi) - miasto wzlatującego smoka'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='https://lh4.googleusercontent.com/-C01fLKZ88Gs/TXzaXpu9JLI/AAAAAAAAF5M/QCjSbazi2Y4/s72-c/Wietnam+1%2528Medium%2529.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6960407704164527598</id><published>2010-07-19T14:15:00.000+02:00</published><updated>2010-07-19T14:15:02.015+02:00</updated><title type='text'>Tęczowe zaproszenie!!!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Szanowni Podróżnicy! Drodzy  Przyjaciele!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zapraszamy Was do wyjątkowej galerii zdjęć, odbiegającej od tematu bloga, ale równie kolorowej jak nasza ukochana Azja!!!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/TERBjDP2mqI/AAAAAAAAFL0/8SltyDU7J4Y/s1600/.parada+17.07.2010+029+%28Medium%29.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/TERBjDP2mqI/AAAAAAAAFL0/8SltyDU7J4Y/s320/.parada+17.07.2010+029+%28Medium%29.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Olodum - Grzybek&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6960407704164527598?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6960407704164527598/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/07/teczowe-zaproszenie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6960407704164527598'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6960407704164527598'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/07/teczowe-zaproszenie.html' title='Tęczowe zaproszenie!!!'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/TERBjDP2mqI/AAAAAAAAFL0/8SltyDU7J4Y/s72-c/.parada+17.07.2010+029+%28Medium%29.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-1456274613720974646</id><published>2010-03-15T21:17:00.004+01:00</published><updated>2010-03-15T22:03:16.512+01:00</updated><title type='text'>Bajka o Królu</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tajlandia jest monarchią konstytucyjną. Władzę wykonawczą sprawuje  rząd z  premierem na czele. Głową państwa jest &lt;i&gt;Król Rama IX. Bhumibol  Adulyadej&lt;/i&gt;, czyli &lt;i&gt;Jego Wspaniałość, Wielki Pan, Siła Ziemi,&lt;/i&gt;  &lt;i&gt;Nieporównywalna Moc, Syn Mahidola, Potomek Boga Wisznu, Wielki Król  Syjamu, Jego Królewskość&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Wspaniała Ochrona&lt;/i&gt; to imiona ceremonialne  tajskiego Monarchy.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56SSn-UT3I/AAAAAAAAEvs/4A6kbcar89k/s1600-h/home_043.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56SSn-UT3I/AAAAAAAAEvs/4A6kbcar89k/s320/home_043.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Rama IX z Małżonką&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Król&lt;i&gt; Rama IX&lt;/i&gt; urodził się 5 grudnia 1927 roku w USA. W roku 1946, po śmierci brata &lt;i&gt;Ananda Mahidola&lt;/i&gt; odziedziczył tron, ale zasiadł na nim, cztery lata później, po ukończeniu studiów w Szwajcarii. Przez lata panowania zdobył sobie szacunek, zaufanie i ogromną sympatię u poddanych. Tajowie wprost uwielbiają swojego Monarchę. Urodziny Króla są jednym z najważniejszych świąt, obchodzonych w &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt;. Przygotowania do tej uroczystości trwają kilka dni.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Podczas ostatniego pobytu w &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt;, w drodze powrotnej do domu, miałyśmy okazję być świadkami tego wydarzenia. Przyleciałyśmy do stolicy Tajów z &lt;i&gt;Phnom Penh&lt;/i&gt; 3-go grudnia. Już na dwa dni przed urodzinami Monarchy, całe miasto mieniło się światełkami jak świąteczna choinka. Ulice były&amp;nbsp; ozdobione żółtymi wstążkami (kolor monarchii). Na skrzyżowaniach poustawiano swoiste "ołtarze" z wizerunkiem &lt;i&gt;Ramy&lt;/i&gt; &lt;i&gt;IX&lt;/i&gt;. Każdy urząd, sklep, bar, hotel był udekorowany&amp;nbsp; na tą wyjątkową okazję. Taksówkarz z dumą poinformował nas o urodzinach Króla.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tego samego wieczoru wybrałyśmy się na spacer po &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt;. Z każdą chwilą miasto było coraz bardziej strojne. Każde drzewo, palma, krzaczek i krzew jarzyły się, przystrojone lampkami. Cały &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; migotał światłem i to wszystko od Tajów, w prezencie dla Króla. Spacerując po wąskich uliczkach, z dala od turystycznego &lt;i&gt;Khao&lt;/i&gt; &lt;i&gt;San Road&lt;/i&gt;, zauważyłyśmy, że wiele osób ma na sobie różowe koszulki polo. Po chwili zdałyśmy sobie sprawę, że wszystkie ubrania na wystawach są właśnie w tym kolorze. Przypomniała nam się wtedy historia jak to tajski Król wychodząc ze szpitala, po przebytej chorobie, powitał podwładnych w różowej koszulce polo. Od tego czasu, Tajowie ubierają róż na znak sympatii i jedności z ukochanym Monarchą.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56R2Kl4l1I/AAAAAAAAEvM/NNeYxnUOMx0/s1600-h/bhumiboladulyadejap_468x783.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56R2Kl4l1I/AAAAAAAAEvM/NNeYxnUOMx0/s320/bhumiboladulyadejap_468x783.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Król rzadko rozstaje się z aparatem &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Król Tajów nazywany Wielkim, pomimo iż pełni jedynie funkcję reprezentacyjną, jest obdarzony wyjątkową czcią przez swoich poddanych. Portrety z jego wizerunkiem wiszą w prywatnych domach, nie tylko w dniu jego urodzin. Za obrazę Króla, można trafić za kratki nawet na 15 lat. Dziś Król ma 81 lat i jest najdłużej panującym Monarchą na świecie i podobno również najbogatszy. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;4-go grudnia, późnym wieczorem miałyśmy odlatywać do domu. Cały dzień spacerowałyśmy leniwie po mieście, żegnając się ze słońcem, urlopem, upałem i Azją. W godzinach popołudniowych zauważyłyśmy, że niektóre ulice są zamknięte. Wszyscy Tajowie ubrani na różowo, podążali w jednym kierunku. Ponieważ miałyśmy jeszcze sporo czasu do odlotu, udałyśmy się zaciekawione za nimi. Dotarłyśmy do jakiegoś głównego skweru, na którym zbudowano wielką scenę jak na rockowy koncert. Wielkie telebimy rozwieszone były na cztery strony świata, tak by każdy mógł dobrze widzieć. Otaczał nas różowy tłum, wyczekujący swojego Króla. Ludzie trzymali w rękach flagi i zdjęcia &lt;i&gt;Ramy IX&lt;/i&gt;, byli uśmiechnięci, szczęśliwi i podekscytowani. Nam również udzielił się ten nastrój i chciałyśmy zobaczyć samego Władcę. Nie byłyśmy pewne, którego dokładnie dnia Król obchodzi urodziny. W pewnej chwili wystrzeliły petardy. Niebo rozbłyskało kolorowymi światłami. Wszyscy świetnie się bawili. Zapytałyśmy stojącego obok policjanta, kiedy przyjedzie Król i do której godziny ulice będą zamknięte dla ruchu. Policjant z uśmiechem wyjaśnił nam, że urodziny Monarchy są jutro, a to co się dzieje to tylko próba generalna, żeby następnego dnia, wszystko wypadło idealnie. Ta informacja zaskoczyła nas zupełnie. Próba generalna! Wszyscy tak tłumnie przybyli, na różowo, by uczestniczyć w próbie, bez Króla. Nie do wiary!&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56SGwNQmbI/AAAAAAAAEvk/jSmPKqmFWg4/s1600-h/_44223914_thaiking_afp416.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56SGwNQmbI/AAAAAAAAEvk/jSmPKqmFWg4/s320/_44223914_thaiking_afp416.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp;Tajowie tym razem w żółtym kolorze monarchii&amp;nbsp; &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wróciłyśmy do hotelu, lekko zaniepokojone wstrzymaniem ruchu w &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt;. Domyśliłyśmy się, że złapanie taksówki na lotnisko i przedarcie się przez wzmożone korki, będzie graniczyło z cudem. Dla zabicia czasu włączyłyśmy telewizor i pakowałyśmy plecaki. Na każdym kanale leciał program poświęcony Królowi i reportaż z obchodów urodzin Jego Wysokości.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56R65x7DgI/AAAAAAAAEvU/rFh3TcSW7jQ/s1600-h/2274968311_dd4edfcac0.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56R65x7DgI/AAAAAAAAEvU/rFh3TcSW7jQ/s320/2274968311_dd4edfcac0.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Zdjęcie Króla w oprawie za jedyne 660 THB&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na poszukiwanie taksówki wyruszyłyśmy z dużą rezerwą czasu. Nie obyło się bez problemów. Większość głównych ulic była pozamykana. Całą szerokością szosy tłumnie wracali "różowi" uczestnicy próby. Cwani taksówkarze wykorzystali idealnie panujący chaos&amp;nbsp; i oferowali nam dowóz na lotnisko za podwójną cenę. Dziękując cynicznie jednemu z oszustów usłyszałam "nie masz pieniędzy, to idź na pieszo". Wiarę w ludzi, przywrócił nam uczciwy kierowca, którego różową taksówkę udało nam się znaleźć, kilka przecznic od epicentrum obchodów. Kierowca sprawnie wyminął korki i urodzinowe zamieszanie. Jechałyśmy nowoczesną autostradą, nazwaną drogą &lt;i&gt;Ramy IX&lt;/i&gt;. Dotarłyśmy na lotnisko o czasie. Samolot niestety nie był opóźniony ;( Opuściłyśmy świętującą Tajlandię ... Z każdą godziną przybliżałyśmy się do listopadowej, na pewno nie różówej Polski...&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56RxE4y9sI/AAAAAAAAEvE/VlCE3O56n14/s1600-h/Bhumibol_Adulyadej_afp.jpeg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56RxE4y9sI/AAAAAAAAEvE/VlCE3O56n14/s320/Bhumibol_Adulyadej_afp.jpeg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&amp;nbsp; &lt;i&gt;Bhumibol Adulyadej, Król Rama IX&amp;nbsp; &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-1456274613720974646?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/1456274613720974646/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/03/bajka-o-krolu.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1456274613720974646'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1456274613720974646'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/03/bajka-o-krolu.html' title='Bajka o Królu'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S56SSn-UT3I/AAAAAAAAEvs/4A6kbcar89k/s72-c/home_043.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8173881812514034890</id><published>2010-03-15T17:07:00.006+01:00</published><updated>2010-03-15T17:31:35.132+01:00</updated><title type='text'>One night in Bangkok ;)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Nasza podróż do &lt;i&gt;Kambodży&lt;/i&gt; wiodła przez  &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; i bynajmniej nie było to zło konieczne.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; - miasto świateł, świątyń, tuk-tuków, zakupów i wolności jest miejscem obowiązkowym do zobaczenia, dla każdego Podróżnika. Jest Mekką turystów, jest schroniskiem dla każdego globtrotera, jest przewodnikiem-niezbędnikiem dla backpakerów. &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; jest rajem dla biednych i bogatych. Jest duszny, zabałaganiony, głośny i intensywny od wszystkiego. &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; powita każdego łańcuchem orchidei, rozpieści masażem zmęczone stopy, nakarmi każdego z dolarem w kieszeni.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Stolica &lt;i&gt;Tajlandii&lt;/i&gt; sama w sobie jest esencją Azji. W samym mieście jest tak wiele rzeczy do zobaczenia, że z żalem się je opuszcza i wyrusza dalej. Dla nas była to już kolejna wizyta w stolicy Tajów. Podczas poprzednich zwiedziłyśmy &lt;i&gt;Grand Palace&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Wat Pho&lt;/i&gt;, czyli miejsca obowiązkowe. Uwierzcie! Nawet najtwardszemu z twardzieli, ugną się kolana i zmięknie serce od widoku czerwonych dachów, mozaikowych ścian i atmosfery panującej w tym kompleksie świątynnym. Tym razem postanowiłyśmy zwiedzić pominięte wcześniej cuda. Udałyśmy się promem na drugą stronę rzeki &lt;i&gt;Chao Phraya&lt;/i&gt;, by zobaczyć jedną z najpiękniejszych i najstarszych świątyń &lt;i&gt;Wat Arun,&lt;/i&gt; czyli &lt;i&gt;Świątynię Jutrzenki&lt;/i&gt;. &lt;i&gt;Wat Arun&lt;/i&gt; to przepiękna budowla, której konstrukcja bazuje na hindusko-buddyjskiej kosmologii. Główna wieża symbolizuje mityczną górę &lt;i&gt;Meru&lt;/i&gt; (siedziba Bogów), a jej ozdobione kondygnacje reprezentują światy wewnątrz światów.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZstPvZ4I/AAAAAAAAEu0/4XN604mjJVQ/s1600-h/DSC_0201+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZstPvZ4I/AAAAAAAAEu0/4XN604mjJVQ/s320/DSC_0201+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Wat Arun&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Wat&lt;/i&gt; &lt;i&gt;Arun&lt;/i&gt; zbudowana w stylu khmerskim, jest ozdobiona misterną mozaiką z porcelany. Zewnętrzne ściany strzegą rzędy demonów, ozdobionych porcelanowymi kwiatami. Ceramika, którą ozdobiona jest świątynia jest darem miejscowej ludności. Ten&amp;nbsp; niekonwencjonalny materiał spowodował oszałamiający efekt i nadał &lt;i&gt;"Jutrzence"&lt;/i&gt; wyjątkowy charakter.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55Zv74FIYI/AAAAAAAAEu8/4CTjGW2bIL4/s1600-h/DSC_0203+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55Zv74FIYI/AAAAAAAAEu8/4CTjGW2bIL4/s320/DSC_0203+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Wat Arun&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do świątyni prowadzą strome schody, które są symbolem trudności osiągnięcia wyższego poziomu istnienia. Ja zdecydowanie go nie osiągnęłam, nie pokonałam schodów, mnie pokonał lęk wysokości. Przycupnęłam w cieniu mniejszego &lt;i&gt;prangu&lt;/i&gt;, kiedy Marta dzielnie pokonywała mordercze schody i osiągała wyższy poziom. Wróciła upocona jak mysz i "duchowo ulepszona" ;-). &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55Zol4KaGI/AAAAAAAAEus/xIfCUV3ma58/s1600-h/DSC_0180+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55Zol4KaGI/AAAAAAAAEus/xIfCUV3ma58/s320/DSC_0180+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Olodum zdobywający symboliczną górę Meru - Wat Arun&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Wat Arun&lt;/i&gt; jest cudem architektury. Misterna i wyniosła, elegancka i dumna konkuruje oszałamiającą urodą z okolicznym &lt;i&gt;Grand Palace&lt;/i&gt;. Nie pytajcie mnie kto wygrywa w tym konkursie piękności. Gdybym była sędzią, &lt;i&gt;"Jutrzenka"&lt;/i&gt; otrzymałaby tytuł Miss Gracji.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Następnego dnia udało nam się dotrzeć na&lt;i&gt; Złotą Górę&lt;/i&gt; z &lt;i&gt;Wat Saket&lt;/i&gt;, która kiedyś pełniła rolę krematorium dla najuboższych. Dziś na 76-metrowe wzgórze prowadzą schody z rzędami nagrobków i pomników. Z galerii Sanktuarium rozciąga się wspaniały widok na &lt;i&gt;Wielki Pałac&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Wat Arun&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Wat Pho.&lt;/i&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZkSU39CI/AAAAAAAAEuk/yG-4DAyeXyg/s1600-h/DSC_0129+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZkSU39CI/AAAAAAAAEuk/yG-4DAyeXyg/s320/DSC_0129+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Widok z Wat Saket na Bangkok&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do lat 60-tych &lt;i&gt;Złota Góra&lt;/i&gt; była jednym z najwyższych punktów &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt;. Dziś nowoczesne wieżowce na &lt;i&gt;Sukhumvit&lt;/i&gt; &lt;i&gt;Road&lt;/i&gt;, przerosły ją kilkakrotnie, ale i tak warto się tam wdrapać, by podziwiać widoki lub zawiesić własny dzwoneczek z modlitwą lub życzeniem.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZgHd9-KI/AAAAAAAAEuc/ZzMK3TbwhQY/s1600-h/DSC_0126+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZgHd9-KI/AAAAAAAAEuc/ZzMK3TbwhQY/s320/DSC_0126+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Złota Góra&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Lądując w &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt;, już na lotnisku zapiera ci dech w piersiach. Dosłownie! Upał w &lt;i&gt;Bangkoku &lt;/i&gt;jest wyjątkowo trudny do wytrzymania. Miasto jest duszne. Powietrze stoi w miejscu. Ulice są zatłoczone i zakorkowane. Każdy por twojego ciała wydala litry potu. Nogi puchną, jakby ktoś je wychłostał bambusem. Nawet najwygodniejsze buty, zaczynają tam obcierać, bo całe ciało puchnie jak balon. Ale tylko w &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt; można poczuć się całkowicie wolnym. To miasto przyciąga jak magnes, uzależnia jak heroina.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Epicentrum życia &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt; jest &lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt; i okoliczne uliczki. W dzień uśpione, spokojne i puste, nocą stają się ogromnym bazarem z setkami straganów. Gdy zajdzie słońce na &lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt; spacerują tysiące ludzi, wszystkich nacji z całego świata. To tutaj ciągle jesteś spragniony i głodny. Zapachy cię oblepiają, wtapiają się w skórę, wszystko dookoła pachnie tak pysznie, że wciąż chce ci się jeść. &lt;i&gt;Pad Thai&lt;/i&gt; z jajkiem, bez jajka, z kurczakiem, krewetkami, pyszne podroby grillowane na patykach czy kukurydza z masłem to dania, obok których my nigdy nie możemy przejść obojętnie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZTcxTADI/AAAAAAAAEuE/CG5Tf7on0G0/s1600-h/DSC_0011+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZTcxTADI/AAAAAAAAEuE/CG5Tf7on0G0/s320/DSC_0011+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; pozwala zapomnieć o problemach, zagłusza muzyką, radością i otwartością wszystkie nieszczęścia. To miasto rozluźnia, łamie zasady, przełamuje lody. Pozwala się zapomnieć i zatracić. Tolerancyjnym okiem patrzy na każdego rodzaju wariatów, świrów, odmieńców i mniejszości. &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; przygarnia, daje nowe życie i nową tożsamość. W piątek jesteś Karolem, a w sobotę Karoliną z długimi rzęsami.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Pisząc o &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt; i &lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt; nie mogę nie wspomnieć o zakupach, które w subtelny sposób uszczuplają twój budżet. Każdego wieczoru dźwigasz do hotelu kilkanaście reklamówek z koszulkami, butami, kadzidłami, bransoletkami, przyprawami, sosami i innymi gadżetami, którym nikt nie potrafi się oprzeć. Jeszcze kilka lat temu, robiąc zakupy na &lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt; w dobrym tonie było się targować. Trzeba było negocjować cenę, odgrywając zawsze to samo przedstawienie. Miało to swój wyjątkowy urok. Dzisiaj &lt;i&gt;Bangkok &lt;/i&gt;się zmienił, zmienił się &lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt;. Tajowie sprawiają wrażenie zmęczonych i znudzonych. Stracili chęć obcowania z turystami. Pomimo tego, podczas pobyty w stolicy Tajlandii, nasze plecaki z każdą chwilą robią się coraz cięższe od upominków i pamiątek.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZaS9PjQI/AAAAAAAAEuU/RbIRLkvC46k/s1600-h/DSC_0051+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZaS9PjQI/AAAAAAAAEuU/RbIRLkvC46k/s320/DSC_0051+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Khao San Road&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; niezaprzeczalnie jest stolicą Azji. Jest wielkim transferowym &lt;i&gt;hubem&lt;/i&gt; we wszystkie strony świata. &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; jest tak intensywny jak tajskie curry. Odurza zapachami, mami ferią barw, kusi grillowanymi sercami na patyku. &lt;i&gt;Bangkok&lt;/i&gt; ugasi pragnienie świeżym sokiem z pomarańczy, nakarmi owocami z rajskiej wyspy, rozpieści zmysły sandałowym kadzidłem, podniesie ciśnienie podczas &lt;i&gt;crazy&lt;/i&gt; drive tuk-tukiem przez miasto.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZWZxWQDI/AAAAAAAAEuM/_IrIaAlTIXs/s1600-h/DSC_0020+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZWZxWQDI/AAAAAAAAEuM/_IrIaAlTIXs/s320/DSC_0020+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Grzybciu i Chang Beer ;-)&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W &lt;i&gt;Bangkoku&lt;/i&gt; warto spędzić nie tylko jedną noc ;)&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8173881812514034890?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8173881812514034890/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/03/one-night-in-bangkok.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8173881812514034890'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8173881812514034890'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/03/one-night-in-bangkok.html' title='One night in Bangkok ;)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S55ZstPvZ4I/AAAAAAAAEu0/4XN604mjJVQ/s72-c/DSC_0201+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2849550099852298589</id><published>2010-03-14T16:48:00.012+01:00</published><updated>2010-03-14T20:32:03.750+01:00</updated><title type='text'>List do Azji ;)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Oj Azjo! Ukochana Azjo! Druga miłości mojego życia. Kocham Twoje czerwone drogi i soczyście zielone palmy. Kocham Twoje gorące serce, którego bicie czuję bosymi stopami. Zakochałam się w Twoim zapachu, dusznym od intensywności. Pokochałam od pierwszego wejrzenia Twoją piękną twarz, ogorzałą od słońca, z turkusowymi oczami i uśmiechem dla każdego Przybysza.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Kocham Cię Azjo za Twoje świątynie, za Twoje towarzystwo, za Twoje ananasy, banany i krewetki, największe na świecie. Kocham Cię miłością odwzajemnioną i dlatego wciąż się spotykamy.&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dq0yWjrI/AAAAAAAAEts/G1WOG-H4ucc/s1600-h/DSC_1344+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dq0yWjrI/AAAAAAAAEts/G1WOG-H4ucc/s320/DSC_1344+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Azji wszystko jest piękne, z natury doskonałe. Niesamowite i nasycone zapachem i kolorami. Inaczej jest z jej mieszkańcami, czyli pięknie ale nie do końca. Azjaci zaczynają coś, tworzą, budują i pod sam koniec, zasypiają znużeni słońcem. Układają się w hamaku z błogim uśmiechem i odpływają bezwiednie w suchą krainę snów.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Piękne klimatyczne, ośrodki otaczają cię ciepłem i spokojnym nastrojem, a gdy wzejdzie słońce i jego blask zaleje pokój, nie rozumiem okien ubryzganych farbą i ruszających się kranów w pięknej łazience. Nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem braku szacunku do matki ziemi i do jej pięknej córki - Azji. Śmieci porozrzucane na ulicach, są wyrzucane bez skrępowania z tuk-tuków, samochodów czy autobusów. Nie pojmuję wyrzucania "kiepów" z płynącej łódki, wprost do turkusowej wody. Nie godzę się na tysiące kolorowych reklamówek, latających jak złe duchy po polach, plażach i palmach. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tutaj w &lt;i&gt;Kepie&lt;/i&gt; wszystko wydaje się czystsze. Ulice są pozamiatane, z grubsza nie widać śmieci. Kiedy jednak spojrzysz głębiej, znów jest to samo. Woda przy brzegu jest aż czarna od brudu. Wystają stare, brudne szmaty, metalowe puszki, zgubione klapki. Mam jednak nadzieję, że Azjaci - ludzie żyjący i współżyjący z przyrodą, pochylą się kiedyś z pokorą by podnieść z rajskiej plaży skórkę od banana. Nie jestem przecież jakimś zagorzałym ekologiem, ale Azja jest zbyt piękna i wyjątkowa pod każdym względem. My ludzie jesteśmy tylko gośćmi, na jej pięknym terenie. W Azji rządzi przyroda, której należy się pokora i przede wszystkim szacunek.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50DuQnfDzI/AAAAAAAAEt0/hgntiA5KUDU/s1600-h/DSC_1364+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50DuQnfDzI/AAAAAAAAEt0/hgntiA5KUDU/s320/DSC_1364+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Grzybek w Kep-ie &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Od trzech dni jesteśmy w &lt;i&gt;Kepie&lt;/i&gt;, o którym&amp;nbsp; nieco świat zapomniał. Panuje tutaj tak niesamowity spokój, że pierwszego dnia czułam się nim nieco skrępowana. Nie ma tu barów, sklepów, sprzedawców i naganiaczy. W niektórych godzinach, nawet tuk-tuka trzeba poszukać. Kontrastem do tego "niczego"&amp;nbsp; są wspaniałe, klimatyczne ośrodki i hotele. Wszystkie dziś wypełnione po brzegi turystami, choć każdy zabarykadował się w swoim świecie, bo nikogo nie widać. Mieszkamy pod &lt;i&gt;Kep Moutain&lt;/i&gt;, jedynym problemem dnia jest czytać czy pisać. Bujamy się leniwie w hamaku, patrząc bezmyślnie na zatokę. Czasem ze snu budzi nas delikatne pacnięcie w głowę, roztańczonym na wietrze liściem bananowca. To może popływamy? A może coś zjemy? Najpiękniejsze dylematy świata!!! ;)&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dh9pdwGI/AAAAAAAAEtc/jfSU--qPgZo/s1600-h/DSC_1306+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dh9pdwGI/AAAAAAAAEtc/jfSU--qPgZo/s320/DSC_1306+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Marcia w stanie hipnozy ;) &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Kep&lt;/i&gt; słynie przede wszystkim z upraw pieprzu i marketu krabów i krewetek. Wieczorami łączymy te dwie sławy w jedno i zamawiamy krewetki z zielonym pieprzem. Ogromne, brzydkie stwory, udekorowane gałązkami zielonego pieprzu, popijane zimnym piwem &lt;i&gt;Angkor&lt;/i&gt; o różowym zachodzie słońca, rozpieszczają nasze dusze, do granic rozkoszy. Zatapiamy się w przyjemności chwili i poddajemy hipnotycznemu dźwiękowi fal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dfn76FuI/AAAAAAAAEtU/wVQMXJ4jlA0/s1600-h/DSC_1288+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dfn76FuI/AAAAAAAAEtU/wVQMXJ4jlA0/s320/DSC_1288+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Kep - Krab Market &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Oj Azjo! Ukochana Azjo! Działasz na mnie jak narkotyk, bez którego nie mogę już żyć. Pamiętam pierwszą gościnę i kolejną i tę teraz, która jeszcze trwa. Pamiętam i nie zapomnę i po to jestem, by pisać o Tobie i do Ciebie! Pochłaniasz mnie całą. Zdobyłaś moje serce i duszę. Rozpieszczasz mnie przygodami, testujesz niepewnością, rozleniwiasz, kusisz jak kochanka zachodami słońca i bukietem orchidei, którymi obdarowujesz mnie codziennie. A ja muszę Cię zostawić, porzucić na rok. Nie płacz i nie czuj się zdradzona, bo już za rok, wrócę do Ciebie stęskniona, spragniona i zakochana jeszcze mocniej!&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50DbwEnX0I/AAAAAAAAEtM/8dfYgQwf5Dg/s1600-h/DSC_1277+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50DbwEnX0I/AAAAAAAAEtM/8dfYgQwf5Dg/s320/DSC_1277+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Kep ;)&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2849550099852298589?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2849550099852298589/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/03/list-do-azji.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2849550099852298589'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2849550099852298589'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/03/list-do-azji.html' title='List do Azji ;)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S50Dq0yWjrI/AAAAAAAAEts/G1WOG-H4ucc/s72-c/DSC_1344+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2384338300142587227</id><published>2010-02-24T00:28:00.003+01:00</published><updated>2010-03-03T20:54:14.921+01:00</updated><title type='text'>Zaproszenie ;)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Szanowni Podróżnicy! Drodzy Przyjaciele!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zapraszamy Was do oglądania unikatowej, w naszym przypadku, galerii zdjęć pt. "Ludzie Azji".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Od lat, podczas naszych podróży nie miałyśmy odwagi i śmiałości fotografować mieszkańców. Trudno nam było, przysłowiowo wchodzić z buciorami w Ich życie. W tym roku było inaczej. Za sprawą naszego "długiego obiektywu", pozwalałyśmy sobie na podglądanie. Tym razem też nie przyszło nam to łatwo. Podglądałyśmy Ludzi w ich codziennych czynnościach, obserwowałyśmy czasem każdy gest, emocję czy ruch. Mamy nadzieję, że nie uraziłyśmy nikogo i nikt nie ma do nas żalu.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Efekty działań naszego obiektywu, możecie obserwować w nowych galeriach. Obiecujemy, że zauroczą Was kolory, nastrój, orientalny klimat i ciepło płynące od Ludzi z tak daleka, których tak kochamy i za którymi tak tęsknimy!&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Rkgx6pHlI/AAAAAAAADHM/3v6GEBSdgY8/s1600-h/DSC_0574+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Rkgx6pHlI/AAAAAAAADHM/3v6GEBSdgY8/s320/DSC_0574+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zapraszamy!!!!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wystarczy "kliknąć" na migające, w poszczególnych galeriach zdjęcie!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niezapomnianych Podróży i Boa Viagem&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;życzą&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Olodum-Marta i Grzybek-Oliwia!&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2384338300142587227?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2384338300142587227/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/zaproszenie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2384338300142587227'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2384338300142587227'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/zaproszenie.html' title='Zaproszenie ;)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Rkgx6pHlI/AAAAAAAADHM/3v6GEBSdgY8/s72-c/DSC_0574+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2678048359110686812</id><published>2010-02-22T21:19:00.001+01:00</published><updated>2010-02-22T21:26:08.052+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pierwszej chili zignorowałyśmy'/><title type='text'>Wojna tuk-tukowa!</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wracając z &lt;i&gt;Bamboo Island &lt;/i&gt;do hostelu, po raz enty musiałyśmy minąć szereg tuk-tuków, ustawionych wzdłuż drogi. Zaczęła się druga i ostatnia bitwa. Było gorąco!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przez całe trzy dni, właściwie za każdym razem idąc z hostelu do sklepu, ze sklepu, na kolację, po wodę, po bilet mijałyśmy zwartym szykiem ustawione tuk-tuki i ich natrętnych kierowców. Za każdym razem, chórem lub nie zbyt zwartym chórem proponowali swoje usługi&amp;nbsp; transportowe, czyli dowóz gdzieś. A gdzie miałyśmy jechać, skoro wszystko czego nam było trzeba znajdowało się w zasięgu kilku metrów. Odmawiałyśmy więc za każdym razem. Najpierw cierpliwie i grzecznie, z czasem stanowczo i ostro. Każdego dnia byli to ci sami tuk-tukowcy. Ta sama klika, jak taksówkarska na lotnisku Chopina w Warszawie. Te same twarze, te same tuk-tuki.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Owego dnia, po wspaniałej przygodzie na rajskiej wyspie, szala się przelała. Tuk-tukowcy zaatakowali z dubeltówki.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Kambodży wszystkie kobiety mają długie włosy i oczywiście kruczo czarne. Nie mają żadnych fryzur ( w przeciwieństwie do wystylizowanych, męskich osobników ), po prostu mają długie, nijakie włosy. W głowach Khmerów wprost się nie mieści wizerunek kobiety czy dziewczyny z krótką fryzurą. W trakcie całej podróży kilka razy spotykałyśmy się z ogromnym zdziwieniem, że jako kobiety mamy krótkie włosy. Wiele razy zwracano się do nas z daleka, per - pan. Na dworcu autobusowym w &lt;i&gt;Phnom Penh&lt;/i&gt;, jeden ze sprzedawców (młody mężczyzna), z którym rozmawiałyśmy nie ukrywał zdziwienia na widok naszych fryzur i palenia przeze mnie papierosów. Nie dowierzając w to co widzi, ale z uśmiechem na twarzy powiedział " dziewczyna może mieć tylko długie włosy i kobiety nie palą!!!". Szok! powiedział to młody chłopak, mniej więcej w naszym wieku, żyjący i pracujący w mieście stołecznym, na dworcu autobusowym, czyli młynku turystów. To przecież właśnie tam, każdego dnia, setki turystów i turystek z różnymi fryzurami, w przeróżnych kolorach, rozjeżdżają się w różne strony khmerskiego kraju. A jednak, nie mógł uwierzyć, nie mieściło się to w jego kanonach piękna i nie był w stanie tego zaakceptować. Pomimo tego rozmawialiśmy długo i żartowaliśmy. Niczym nie chciał nas urazić, ani obrazić. Przed odjazdem pożegnaliśmy się serdecznie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Inaczej było w &lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt;, na polu bitwy z tuk-tukowcami. Znudzeni nic nie robieniem i zirytowani brakiem zleceń, na setną naszą odmowę, zareagowali słowną agresją. Głośno się z nas naśmiewali, zwracając się do nas po raz kolejny, rozciągniętym do granic możliwości słowem -siiiir, pytali prześmiewczo " do you need a tuk-tuk Siiiir???".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W pierwszej chwili zignorowałyśmy zaczepki. Po kilku minutach w hostelu, zorientowałyśmy się jednak, że czar rajskiej wyspy prysł. Leżałyśmy milczące na bajecznie wielkim łożu, w klimatycznym pokoju, bez humoru. Wiedziałam, że coś muszę zrobić by poprawić zdruzgotany nastrój. Założyłam pospiesznie klapki i jak burza wypadłam z pokoju, kierując się w stronę wroga. Stanęłam przed grupą miłych już tuk-tukowców (myśleli że chcę wynająć tuk-tuka) i nawciskałam im ile wlezie o gościnności, grzeczności, różnicach kulturowych i tolerancji. Mój monolog trwał kilka minut. Panowie stali przede mną z&amp;nbsp; szeroko otwartymi oczami i buziami. Jak mali chłopcy, przegrzebywali butami piasek, by nie patrzeć w moje wściekłe oczy. Żaden już&amp;nbsp; nic nie powiedział, ani wtedy, ani następnego dnia.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LmCTBjnJI/AAAAAAAAC28/jvtFOjZpX4w/s1600-h/DSC_1132+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LmCTBjnJI/AAAAAAAAC28/jvtFOjZpX4w/s320/DSC_1132+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Zwycięski Grzybek &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wygrałyśmy bitwę! Polegli natrętni tuk-tukowcy. Zamarli i już nie nagabywali nas podczas następnych spotkań. Odjechałyśmy z &lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; mini busem, spod samego hostelu, nie korzystając z usług żadnego tuk-tuka. Odjechałyśmy w stronę &lt;i&gt;Kep-u&lt;/i&gt;!&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LmFFmSjwI/AAAAAAAAC3E/1PeoaZ-WPms/s1600-h/DSC_1216+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LmFFmSjwI/AAAAAAAAC3E/1PeoaZ-WPms/s320/DSC_1216+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Marcia podczas pożegnalnej kolacji &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2678048359110686812?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2678048359110686812/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/wojna-tuk-tukowa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2678048359110686812'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2678048359110686812'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/wojna-tuk-tukowa.html' title='Wojna tuk-tukowa!'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LmCTBjnJI/AAAAAAAAC28/jvtFOjZpX4w/s72-c/DSC_1132+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-4066934652646752880</id><published>2010-02-22T19:29:00.001+01:00</published><updated>2010-02-22T20:03:22.792+01:00</updated><title type='text'>Ucieczka na Bamboo Island</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trzeciego dnia istniało ryzyko, że nie wytrzymamy dłużej na plaży odmawiając setnej propozycji kupienia owoców, bransoletki, okularów czy zrobienia manicure-u. Wykupiłyśmy za 15$ od łebka całodniową wycieczkę na &lt;i&gt;Bamboo Island&lt;/i&gt;. To był strzał w dziesiątkę. O ósmej rano przyszedł po nas młody chłopak, by zaprowadzić nas na łódkę, która czekała zacumowana przy brzegu. Razem z nami płynęli dwaj koledzy z Słowenii i młoda para Chińczyków.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LK3LGKYUI/AAAAAAAAC2c/dG0lpb78-ic/s1600-h/DSC_1165+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LK3LGKYUI/AAAAAAAAC2c/dG0lpb78-ic/s320/DSC_1165+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;W drodze na Bamboo Island&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp;&lt;/i&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Płynęliśmy około 40 minut do pierwszego przystanku, pierwszej wyspy, przy rafach koralowych, czyli raju dla snurków. Z poszczególnych łódek, bo było ich kilkanaście oprócz naszej, wyskakiwali ludzie w kosmicznych maskach, by wkroczyć nieproszonym w podwodny świat. Marta dzielnie wyskoczyła za burtę i z pupą nad wodą, podglądała miejscowe rybki i dziwne wodne stworki.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LLVR4cN8I/AAAAAAAAC20/aXHCq3MJ4OQ/s1600-h/DSC_1166+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LLVR4cN8I/AAAAAAAAC20/aXHCq3MJ4OQ/s320/DSC_1166+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Marta - snurek&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt; &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z obawy przed wodą na łodzi zostałam sama. Jednak już po kilkunastu minutach płynęliśmy dalej. W miarę jak oddalaliśmy się od brzegu, widoki były coraz piękniejsze. Mijaliśmy maleńkie, dzikie wysepki bez nazwy. Woda była ciemno turkusowa i spokojna. Co jakiś czas, łódkę wyprzedzała spłoszona ryba i jak puszczana kamieniem kaczka, przecinała wodę w histerycznej ucieczce. Płynęliśmy urzeczeni widokami, zahipnotyzowani monotonnym dźwiękiem silnika i pluskiem fal o burtę. Dotarliśmy na &lt;i&gt;Bamboo Island&lt;/i&gt;.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LK8PFncLI/AAAAAAAAC2k/hW3A0pLhMcM/s1600-h/DSC_1175+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LK8PFncLI/AAAAAAAAC2k/hW3A0pLhMcM/s320/DSC_1175+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Bamboo Island&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp; &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Czekała na nas szeroka plaża z brudno brązowym piaskiem, muszelkowy dywan, który znacznie obskubałyśmy i spokojna, czysta woda.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Na bambusowej wyspie (nikt nie wie dlaczego nosi taką nazwę), spędziłyśmy kilka godzin. Na obiad podano nam grillowaną pod palmą rybę i talerz świeżych owoców. Była to najlepsza ryba, jaką w życiu jadłam. Po obiedzie, jedni czytali książki, inni pili piwko, grali w piłkę, pływali w turkusowej wodzie. My spotkałyśmy pierwszego od kilku tygodni Polaka, który był zainteresowany wymianą z nami polskich książek. Punkty wymiany książek w Kambodży ( i całej Azji ) są wszędzie. Zostawiasz swoją książkę, bierzesz inną i wymieniasz kiedy chcesz, kilkaset kilometrów dalej, gdzieś indziej, biorąc następną. Niestety są to głównie pozycje w języku angielskim, choć polskie książki również można znaleźć.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LLG6r6d9I/AAAAAAAAC2s/90nl7tSa9BU/s1600-h/DSC_1182+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LLG6r6d9I/AAAAAAAAC2s/90nl7tSa9BU/s320/DSC_1182+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Bamboo Island&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: justify;"&gt;Minęły rajskie godziny, na bezludnej, bambusowej wyspie. Wsiedliśmy do łodzi i popłynęliśmy dalej, przecinając wodę jak brzytwa. Dopłynęliśmy do kolejnej małej wysepki, by głodne widoków snurki mogły nakarmić swoją ciekawość, zwiedzając rafy. Ja znów zostałam na łodzi, ale już nie siedziałam bezczynnie, tylko kruszyłam do wody bagietkę, wabiając rybki. Po kilku minutach przypłynęły. Były ich setki. Bajecznie kolorowe, jedne w kropki, inne w paski. Siedziałam na łódce i podziwiałam to, czego ze strachu przed wodą nie mogę zobaczyć pod wodą.&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LKwlh59lI/AAAAAAAAC2U/gp1rw8_pa0Q/s1600-h/DSC_1161+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LKwlh59lI/AAAAAAAAC2U/gp1rw8_pa0Q/s320/DSC_1161+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Grzybek na łodzi&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W drodze powrotnej, tak samo urzeczeni patrzyliśmy na zatokę bez końca i bez początku. Patrzyliśmy na turkusową kałużę wylaną wokół nas, kryjącą świat tak inny od naszego.Wróciliśmy późnym popołudniem, na wybrzeże, szykujące się jak co wieczór na niekończącą się imprezę.&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-4066934652646752880?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/4066934652646752880/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/ucieczka-na-bamboo-island.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4066934652646752880'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4066934652646752880'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/ucieczka-na-bamboo-island.html' title='Ucieczka na Bamboo Island'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4LK3LGKYUI/AAAAAAAAC2c/dG0lpb78-ic/s72-c/DSC_1165+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-4757028706616834000</id><published>2010-02-22T17:27:00.000+01:00</published><updated>2010-02-22T17:27:09.669+01:00</updated><title type='text'>Zagubieni w czasie</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;24.11.2009-28.11.2009&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; okazało się dość sporym miastem, którego w ogóle nie poznałyśmy, bo nie przyjechałyśmy tu szukać miejskich atrakcji, a wręcz przeciwnie, od nich uciec. Mieszkałyśmy w hostelu prowadzonym przez grupę Europejczyków, kilka metrów od plaży.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku0VoAZvI/AAAAAAAAC10/GRXbAa2cr6c/s1600-h/DSC_1129+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku0VoAZvI/AAAAAAAAC10/GRXbAa2cr6c/s320/DSC_1129+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wzdłuż wybrzeża poukładane były, jak kolorowe klocki lego, bary i restauracje. W dzień kusiły wystawionymi leżakami, wieczorem bambusowymi fotelami i barwnymi światłami neonów. &lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; to miejsce idealne na trzy, cztery dni, jak dla nas. Spędzasz leniwie dni na plaży, patrząc bezmyślnie na piękną zatokę, z zarysowanymi na horyzoncie niewielkimi wysepkami. Przez trzy dni cierpliwie odmawiasz hordom sprzedawców, żebrzącym dzieciom i błagającym o dolara kalekom. Czy czwartego dnia by Ci się podobało, jeśli nie jesteś ciągłym imprezowiczem? Nie wiem (...)&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Kuu8zyy7I/AAAAAAAAC1k/Sj9YIxOnIO4/s1600-h/DSC_1115+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Kuu8zyy7I/AAAAAAAAC1k/Sj9YIxOnIO4/s320/DSC_1115+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; - &lt;i&gt;Serendipity Beach&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KuxGZtZvI/AAAAAAAAC1s/eNl7NHj0dq4/s1600-h/DSC_1120+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KuxGZtZvI/AAAAAAAAC1s/eNl7NHj0dq4/s320/DSC_1120+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; - &lt;i&gt;Serendipity Beach&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W ciągu tych kilku dni, spotkałyśmy ludzi zagubionych w czasie. Zawieszonych pomiędzy błogą rzeczywistością a świadomą nieświadomością. Współcześni hipisi, których wiza już dawno wygasła, a oczy każdego wieczoru coraz bardziej bledną i szklą się, niczym w malarycznej gorączce. W dzień na plaży, wieczorami w barach unosi się słodkawy zapach marihuany.&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Sihanokville&lt;/i&gt; zebrał w jedno miejsce grupę różnych ludzi. Dzisiejszych hipisów, którzy zbyt mocno wzięli sobie do serca hasło "chill out", backpackerów z brudnymi dredami i tysiącem bransoletek na każdej kończynie, bogatych turystów i tych średniaków takich jak my. &lt;i&gt;Sihanokville&lt;/i&gt; otwarte jest na każdego, na każdego czeka i każdego przygarnie.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O tym co robiłyśmy w &lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt;, nie będę długo pisać, bo nic nie robiłyśmy. Dwa dni spędziłyśmy na plaży, sącząc niespiesznie kolorowe soki lub mrożoną kawę. Co jakiś czas, gdy robiło się zbyt gorąco, wskakiwałyśmy do chłodnej wody by pobaraszkować z falami. Ale co ja Was będę denerwować, gdy teraz jest Wam zimno i źle.Wieczorami, gdy wybrzeże mieniło się światełkami, które odbijając się w wodzie, tworzyły magiczne, kolorowe impresje, naszym głównym problemem była decyzja gdzie zjeść kolację i który bar wybrać by wypić piwo. Wszystkie były klimatyczne, w każdym były bambusowe, rozłożyste fotele, w których człowiek zapadał się jak w babciną pierzynę i po kilku piwach, nie mógł wstać.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku5vVjeNI/AAAAAAAAC2E/qbqtLAgAlJg/s1600-h/DSC_1146+%28Medium%29.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku5vVjeNI/AAAAAAAAC2E/qbqtLAgAlJg/s320/DSC_1146+%28Medium%29.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; - &lt;i&gt;Serendipity Beach&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku3eB5IzI/AAAAAAAAC18/cTGZ3A1YHZs/s1600-h/DSC_1141+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku3eB5IzI/AAAAAAAAC18/cTGZ3A1YHZs/s320/DSC_1141+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; - &lt;i&gt;Serendipity Beach&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; Siedziałyśmy tak godzinami, patrząc na bajeczne zachody słońca i uśpione łódki, które jak duchy kołysały się leniwie kilka metrów od brzegu.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-4757028706616834000?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/4757028706616834000/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/zagubieni-w-czasie.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4757028706616834000'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4757028706616834000'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/zagubieni-w-czasie.html' title='Zagubieni w czasie'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4Ku0VoAZvI/AAAAAAAAC10/GRXbAa2cr6c/s72-c/DSC_1129+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7735701266456227731</id><published>2010-02-22T16:30:00.003+01:00</published><updated>2010-02-22T17:36:44.055+01:00</updated><title type='text'>Pierwsza bitwa ;)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;24.11.2009&lt;br /&gt;Kiedy w &lt;i&gt;Kratie &lt;/i&gt;okazało się, że możemy kupić "łączony" bilet do &lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt;, tylko z kilkunastominutową przesiadką w &lt;i&gt;Phnom Penh&lt;/i&gt;, byłyśmy bardzo szczęśliwe.&lt;br /&gt;Rano, tuż po wschodzie słońca nad &lt;i&gt;Mekongiem&lt;/i&gt;, wsiadłyśmy do autobusu&amp;nbsp; &lt;i&gt;Kratie-Phnom Penh&lt;/i&gt;. Kolejny terkoczący wehikuł, który z każdą chwilą coraz bardziej przypominał lodownię, wiózł nas w dalszą drogę.&lt;br /&gt;W autobusową podróż zawsze trzeba wziąć ciepłą bluzę z długim rękawem i skarpetki, by nie zamarznąć na zawsze. Regulacja klimatyzacji nigdy nie działa, więc niezbędną rzeczą w podróży są reklamówki, którymi zapycha się wywietrzniki. Jak mawiają podróżnicy - autobusy w Azji trzeba polubić. Jazda nimi jest specyficzna i czasem można oszaleć. Mam na myśli wiecznie włączony telewizor z podłączonym dvd, na którym przez caluteńką drogę lecą rzewne teledyski gwiazd współczesnej muzyki kambodżańskiej (to jest ta lepsza wersja) lub khmerskie skecze (wersja gorsza), trudne do wytrzymania. W trakcie naszych podróży po Kambodży korzystałyśmy z usług kilku firm przewozowych. Zawsze było tak samo czyli klima na maksa, telewizor, dvd, z którego leci przeważnie ta sama płyta czyli jakieś &lt;i&gt;Top 10 of Cambodia&lt;/i&gt;. Często też ktoś śpiewa, bo owe teledyski to karaoke.Uwierzcie, pierwsza podróż - zwijasz się ze śmiechu i padasz z rozbawienia, druga - mówisz "o nie, znowu", trzecia - chcesz&amp;nbsp; wysiąść ale nie masz wyjścia, musisz jechać dalej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KiFog2CZI/AAAAAAAAC1M/4dXvoFaZYVY/s1600-h/DSC_1113+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KiFog2CZI/AAAAAAAAC1M/4dXvoFaZYVY/s320/DSC_1113+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Do &lt;i&gt;Phnom Penh&lt;/i&gt; dojechałyśmy prawie o czasie, czyli na styk. Jak oparzone biegałyśmy po dworcu, odganiając jak muchy natrętnych tuk- tukowców , szukając naszego połączenia do&lt;i&gt; Sihanoukville&lt;/i&gt;. Okazało się, że nabazgrana godzina na naszym bilecie to nie 14.15&amp;nbsp; ( miałyśmy wtedy 2 minuty na transfer), a 14.45. Nasz autobus stał kilka metrów dalej i pomimo, że w rozkładzie miał odjechać o 14.45, wyruszyliśmy niespiesznie nie wiedzieć czemu 30 minut później. Pamiętaj Podróżniku! Nerwy w konserwy! W Azji rozkłady jazdy rzadko wcielane są w życie. Autobus odjedzie jak przyjedzie. Pośpiech nie jest wskazany, masz szczęście jak nie czekasz aż wypełni się po brzegi.&lt;br /&gt;Ruszyliśmy, przed nami była już tylko czterogodzinna podróż. Za nami, osiem godzin w poprzednim autobusie. Tym razem było ciężko. Klima dawała jak w zamrażarce, nie pomogły ani bluzy, ani skarpetki a nawet wywietrzniki zatkane reklamówkami. Wszyscy chórem kichali, kierowca jechał jak szalony ciemnymi drogami, w tv leciały skecze, czyli najgorsza wersja. Marta miała dosyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KxkLp-L0I/AAAAAAAAC2M/aQkZlrGCKbs/s1600-h/CSC_1150+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KxkLp-L0I/AAAAAAAAC2M/aQkZlrGCKbs/s320/CSC_1150+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;Po czterech godzinach, wysiadłyśmy w &lt;i&gt;Sihanoukville&lt;/i&gt; na dworcu autobusowym. Było po 19.00, czyli zupełnie ciemno. I tu, w tym długo oczekiwanym raju zaczęła się nasza wojna. Wojna tuk- tukowa. Wynik 2:0 dla nas. Tuk-tukowcy oblegli nas jak muchy miód. Byłyśmy jedynymi turystkami w tym autobusie, więc atak był bezwzględny. Jak krwiożercze komary, zaatakowali bez uprzedzenia. Nie dało się wysiąść z autobusu, bo zablokowali drzwi, każdy zaciekle walczył o swoją zdobycz, czyli nas. Miałyśmy za sobą dwanaście godzin podróży, nerwy mi&amp;nbsp; puściły. Machałam rękami, żeby się odsunęli, jakbym rzeczywiście odganiała natrętne muchy. Przesuwałyśmy się z ciężkimi plecakami dalej, by zyskać odrobinę przestrzeni. Wróg podążał za nami. Otoczyli nas. Po kilku minutach, wybrałyśmy jak zwykle, najspokojniejszego kierowcę, który stał na uboczu całego zamieszania. Za jedyne 2$ wywiózł nas z roju swoich pobratymców i zawiózł do raju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KiRG_87ZI/AAAAAAAAC1U/7qARn_MuHVs/s1600-h/DSC_1122+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KiRG_87ZI/AAAAAAAAC1U/7qARn_MuHVs/s320/DSC_1122+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Sihanoukville &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;/div&gt;Pierwszą bitwę miałyśmy za sobą, decydujące starcie było przed nami, o czym nie wiedziałyśmy.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7735701266456227731?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7735701266456227731/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/pierwsza-bitwa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7735701266456227731'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7735701266456227731'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/02/pierwsza-bitwa.html' title='Pierwsza bitwa ;)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S4KiFog2CZI/AAAAAAAAC1M/4dXvoFaZYVY/s72-c/DSC_1113+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7935257375749796616</id><published>2010-01-28T22:06:00.011+01:00</published><updated>2010-01-29T10:36:43.243+01:00</updated><title type='text'>Vomitus, delfiny i Mekong ;-)</title><content type='html'>22.11.2009&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do &lt;i&gt;Kratie&lt;/i&gt; przybyłyśmy dwa dni temu późnym popołudniem. Ponad ośmiogodzinna podróż z &lt;i&gt;Phnom Penh&lt;/i&gt;, tak dała mi się we znaki, że resztę dnia spędziłam zamknięta w hotelowej łazience. Po 2 tygodniach podróży, dopadło mnie azjatyckie zatrucie. Jak to bywa w tropikach, takie choroby są dość intensywne i męczące, ale trwają na szczęście tylko jeden dzień. Kiedy ja "umierałam" w dość obskurnym pokoju, Marta robiła rekonesans nowego miejsca. Następnego dnia, trochę osłabiona po wibracjach żołądka, ale już zdrowa, byłam gotowa na nową przygodę i spotkanie z delfinami.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4Merk1II/AAAAAAAACy0/K5nuQXSN4Xw/s1600-h/DSC_0853+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4Merk1II/AAAAAAAACy0/K5nuQXSN4Xw/s320/DSC_0853+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Nad &lt;i&gt;Mekongiem&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Kratie&lt;/i&gt; to mała prowincja na wschodzie Kambodży, która słynie przede wszystkim z swoich honorowych mieszkańców - delfinów rzecznych&lt;i&gt;&amp;nbsp;&lt;b&gt; &lt;/b&gt;- Irrawaddy Dolphins. &lt;/i&gt;W czasach dyktatury Czerwonych Khmerów,&amp;nbsp; te piękne stworzenia były zabijane dla tranu. Przez granaty wrzucane w &lt;i&gt;Mekong, &lt;/i&gt;populacja delfinów o mało nie wyginęła. Dziś delfinie rodziny odrodziły się tak jak całe to państwo i żyją szczęśliwe w mętnej wodzie &lt;i&gt;Mekongu&lt;/i&gt;. To właśnie one, przyciągają tutaj turystów, którzy tak jak my wypływają łodziami na środek rzeki ,by zobaczyć ich radosne igraszki o zachodzie słońca. Na łodzi była nas piątka: my dwie, para Holendrów + kapitan. Płynęliśmy nie wiedząc czego się spodziewać. Aparaty były gotowe i zniecierpliwione by uchwycić choć nosek lub płetwę tych cudnych stworzeń. Widok &lt;i&gt;Mekongu&lt;/i&gt;, krajobraz wokół i cisza mącona jedynie pluskiem wody o burtę, spowodowały, że na chwilę zapomnieliśmy po co tam jesteśmy.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4OnQ4VtI/AAAAAAAACzE/Tw2c_jMM0zo/s1600-h/DSC_1000+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4OnQ4VtI/AAAAAAAACzE/Tw2c_jMM0zo/s320/DSC_1000+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Mekong&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Uśpieni, zrelaksowani, rozmarzeni płynęliśmy przez glinianą rzekę i nagle pojawił się pierwszy delfin. Trudno opisać uczucia na jego widok. Byłam podniecona, szczęśliwa i już zupełnie zapomniałam, że coś wczoraj mnie bolało. Z czasem pojawiły się następne. Pływały raz bliżej, raz dalej, raz same, w parach lub całą rodziną. Słońce schodziło coraz niżej. &lt;i&gt;Mekong&lt;/i&gt; wydawał się pomarańczowy, a delfiny bawiły się z nami w kotka i myszkę. Wypływały raz z prawej, raz z lewej strony i chowały się w głąb tej pięknej rzeki, budzącej respekt. W takich miejscach jak to, na łodzi, na środku rzeki, gdzie obok mnie pływają delfiny, czuję się wolna, bezpieczna i szczęśliwa.&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H--WctajI/AAAAAAAAC0c/NASeWncB5WE/s1600-h/DSC_0939+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H--WctajI/AAAAAAAAC0c/NASeWncB5WE/s320/DSC_0939+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp; Irrawaddy Dolphins&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H_VW5f8jI/AAAAAAAAC0k/nOdY2AStJis/s1600-h/CSC_1039+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H_VW5f8jI/AAAAAAAAC0k/nOdY2AStJis/s320/CSC_1039+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Irrawaddy Dolphins &lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dziś przepłynęłyśmy promem, na drugą stronę &lt;i&gt;Mekongu&lt;/i&gt;. Pokonałyśmy kilkadziesiąt metrów z rowerem na plecach, po wysuszonym leju rzeki. Upocone i umęczone, dotarłyśmy na wyspę &lt;i&gt;Ko Treung&lt;/i&gt;, gdzie czas się zatrzymał. Przekroczyłyśmy rzekę, ale też jakąś niewidzialną granicę. Niebo nad &lt;i&gt;Mekongiem&lt;/i&gt; wyglądało jak z dziecięcych malowanek. Radosne chmurki, wolno sunęły po błękitnym niebie. Mętna, gliniana rzeka, raz się pojawiała, raz znikała wśród drzew w trakcie jazdy po wyspie. Po obu stronach drogi, wyrastały przed nami charakterystyczne khmerskie domki na palach, schowane w cieniu bananowych ogrodów.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4XdivfPI/AAAAAAAACz0/-OpC77w1VDw/s1600-h/DSC_1079+%28Medium%29.jpg" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4XdivfPI/AAAAAAAACz0/-OpC77w1VDw/s320/DSC_1079+%28Medium%29.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ko Treung&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4RQjv6JI/AAAAAAAACzU/v_YQS9eBzbw/s1600-h/DSC_1055+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4RQjv6JI/AAAAAAAACzU/v_YQS9eBzbw/s320/DSC_1055+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ko Treung&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ciszę przerywały jedynie radosne, subtelne okrzyki miejscowych dzieci. Z drzew, z domów, z krzaków, zewsząd machały nam małe rączki i brzmiało wdzięczne "hello".&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4Sta1v5I/AAAAAAAACzc/4RUIeIW4gAs/s1600-h/DSC_1054+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4Sta1v5I/AAAAAAAACzc/4RUIeIW4gAs/s320/DSC_1054+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ko Treung&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4UbZUgtI/AAAAAAAACzk/JAMYHWHcoF8/s1600-h/DSC_1058+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4UbZUgtI/AAAAAAAACzk/JAMYHWHcoF8/s320/DSC_1058+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ko Treung&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jechałyśmy wolno, oblepione pomarańczowym kurzem. Prowadziły nas motyle tak barwne i duże jak podstawki pod filiżanki. Co jakiś czas, drogę zatarasowała nam uśpiona upałem krowa lub kura z małymi kurczakami, które wystraszone rowerami, rozbiegały się na boki. Jechałyśmy przez krainę kokosów, bananowców, drzew chlebowych, gdzie człowiek i przyroda tworzą jedność. Mijani ludzie uśmiechali się do nas gościnnie i szczerze. Mijałyśmy pola uprawne, gdzie całe rodziny w wiklinowych kapeluszach pracowały nad plonami.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4VxdKrdI/AAAAAAAACzs/lZrXyCBIZfY/s1600-h/DSC_1060+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4VxdKrdI/AAAAAAAACzs/lZrXyCBIZfY/s320/DSC_1060+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ko Treung&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dotarłyśmy na skraj wyspy, do świątyni. Zatrzymałyśmy się na chwilę, by napić się wody, zrobić kilka zdjęć i odpocząć. Rozpieszczając oczy, rozpościerającym się przed nami &lt;i&gt;Mekongiem&lt;/i&gt;, usłyszałyśmy cichutkie - "hello". Obok nas stał kilkuletni chłopiec, zaciekawiony jak każde dziecko na świecie. Zaczęliśmy rozmawiać w stary,&amp;nbsp; niezawodny sposób, czyli trochę po angielsku, resztę całym ciałem i dłońmi. Cała nasza trójka wypowiedziała swoje imiona. Mały Hu, był bardzo zainteresowany aparatem fotograficznym, więc Marta zrobiła mu zdjęcie i oczywiście je pokazała, co sprawiło mu ogromną radość. Przypomniało mi się, że jak zwykle, mam w plecaku cukierki, czyli &lt;i&gt;mniam-mniam &lt;/i&gt;(w międzynarodowym języku), więc podarowałam Hu kilka.&amp;nbsp; On w zamian, pomógł mi z moją oporną stopką przy rowerze, kopiąc w nią dziarsko, aż odskoczyła na swoje miejsce. Prawdziwy mężczyzna.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4PjjWXbI/AAAAAAAACzM/_UzZALo9SK0/s1600-h/DSC_1050+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4PjjWXbI/AAAAAAAACzM/_UzZALo9SK0/s320/DSC_1050+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Mały dzielny Hu &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wytyczona ścieżka, zaprowadziła nas do promu. Z oddali widziałyśmy, że wypełnia się ludźmi, co oznacza, że niebawem odpłynie. Bo tutaj nie ma rozkładu, czas płynie wolno, niespiesznie. I znów, przez piaszczystą, spękaną, wysuszoną rzekę,&amp;nbsp; brnęłyśmy z rowerami, które z każdą chwilą stawały się coraz cięższe.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4YYyIxoI/AAAAAAAACz8/KIsJV7EDlSI/s1600-h/DSC_1086+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4YYyIxoI/AAAAAAAACz8/KIsJV7EDlSI/s320/DSC_1086+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;&lt;i&gt;Mekong&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Cały prom, czyli zdezelowana, drewniana, nieco większa łódź, czekała na nas wraz z lokalnymi pasażerami. Płynęłyśmy do &lt;i&gt;Kratie&lt;/i&gt;, gdzie życie toczy się wokół miejskiego marketu, a kilkunastu turystów odpoczywa w małych knajpkach przy piwie, bo kucharz śpi i teraz nie można zamówić jedzenia.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4auQCk4I/AAAAAAAAC0M/eNiWehH10-8/s1600-h/DSC_1101+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4auQCk4I/AAAAAAAAC0M/eNiWehH10-8/s320/DSC_1101+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;&amp;nbsp;Kratie&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4ZgL5K0I/AAAAAAAAC0E/GVesD4Y401Q/s1600-h/DSC_1099+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4ZgL5K0I/AAAAAAAAC0E/GVesD4Y401Q/s320/DSC_1099+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Kratie Market&lt;/i&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Tutaj kobiety i dziewczynki całymi dniami chodzą w słodkich pidżamkach w misie, w serduszka i kwiatuszki, w landrynkowych kolorach. &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7935257375749796616?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7935257375749796616/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/vomitus-delfiny-i-mekong.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7935257375749796616'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7935257375749796616'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/vomitus-delfiny-i-mekong.html' title='Vomitus, delfiny i Mekong ;-)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S2H4Merk1II/AAAAAAAACy0/K5nuQXSN4Xw/s72-c/DSC_0853+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2794790934906990259</id><published>2010-01-13T12:15:00.000+01:00</published><updated>2010-01-13T12:15:46.507+01:00</updated><title type='text'>Motorowe miasto</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;19.11.2009&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Do Phnom Penh wracałyśmy kilka razy, czy nam się to podobało czy nie. Gdziekolwiek chcesz jechać podróżniku, transfer masz w stolicy. Po kilku takich pobytach i powrotach, zaczynałam mieć dosyć stołecznego chaosu. Na każdym wolnym metrze, stoi tuk-tukowiec i nagabuje tyle razy ile razy go mijasz. Po godzinie masz szczerze dosyć i zaczynasz być niemiła. Kilka miejsc, które chciałyśmy zobaczyć znajdowało się w okolicy, zamieszkałej przez nas, spokojnej 57 Street. Bojkotowałyśmy więc usługi tuk-tukowców, motodriverów i taksówek i poruszałyśmy się na własnych nogach.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qlDqvHrI/AAAAAAAACyc/GGtKQRl_e6Y/s1600-h/DSC_0813+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qlDqvHrI/AAAAAAAACyc/GGtKQRl_e6Y/s320/DSC_0813+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Royal Palace&lt;/i&gt;, Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt; &lt;br /&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qnSYhH1I/AAAAAAAACyk/EFO2Bn3FWB0/s1600-h/DSC_0825+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qnSYhH1I/AAAAAAAACyk/EFO2Bn3FWB0/s320/DSC_0825+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Royal Palace&lt;/i&gt;, Phnom Penh&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&amp;nbsp;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zwiedziłyśmy w Phnom Penh rzeczy obowiązkowe, czyli&amp;nbsp;&lt;i&gt;&lt;/i&gt;&lt;i&gt;Royal Palace &lt;/i&gt;i &lt;i&gt;Silver Pagoda&lt;/i&gt;. Nie wiem co mam napisać bo nie zrobiły na mnie zbyt dużego wrażenia. Być może zbyt wiele oczekiwałam. Spodziewałam się takich wspaniałości jak w tajskim &lt;i&gt;Grand Palace&lt;/i&gt;. Tu było dużo skromniej, dzikie tłumy turystów i zero nastroju. Na zdjęciach wszystko wygląda pięknie i z całą pewnością jest, ale ja doskonale pamiętam przeżycia z tajskiego kompleksu świątyń. To była gama emocji i przeżyć. Tajski &lt;i&gt;Grand Palace&lt;/i&gt; to emanująca duchowość, misterne zdobienia i wszechogarniający spokój. Z &lt;i&gt;Royal Palace&lt;/i&gt; zapamiętałam jedynie piękną salę koronacyjną, żółtozłociste dachy i cztery twarze na stupie pałacu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qjTTrVHI/AAAAAAAACyU/VDBI99BeEq4/s1600-h/DSC_0805+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qjTTrVHI/AAAAAAAACyU/VDBI99BeEq4/s320/DSC_0805+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt; &lt;i&gt;Royal Palace&lt;/i&gt;, Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Miałyśmy już szczerze dosyć Phnom Penh. Z radością czekałyśmy na wyjazd do spokojnego, prowincjonalnego Kratie. Następnego dnia rano, wyruszyłyśmy kolejnym autobusem, w następną podróż, która tym razem mnie powaliła. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qgXsg1GI/AAAAAAAACyE/bRUX5cp9ySQ/s1600-h/CSC_0320+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qgXsg1GI/AAAAAAAACyE/bRUX5cp9ySQ/s320/CSC_0320+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt; &lt;br /&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qh1y5DYI/AAAAAAAACyM/YpxMERuEz-Q/s1600-h/DSC_0802+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qh1y5DYI/AAAAAAAACyM/YpxMERuEz-Q/s320/DSC_0802+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Royal Palace&lt;/i&gt;, Phnom Penh &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2794790934906990259?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2794790934906990259/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/motorowe-miasto.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2794790934906990259'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2794790934906990259'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/motorowe-miasto.html' title='Motorowe miasto'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S02qlDqvHrI/AAAAAAAACyc/GGtKQRl_e6Y/s72-c/DSC_0813+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8014075360767676665</id><published>2010-01-12T22:55:00.011+01:00</published><updated>2010-01-13T10:50:01.107+01:00</updated><title type='text'>W objęciach Angkoru</title><content type='html'>16.11.2009&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wcześnie rano, po pysznym śniadaniu, podanym przy basenie, przy pierwszych promieniach słońca czekały na nas wypożyczone rowery. Otrzymałyśmy mapę &lt;i&gt;Angkoru&lt;/i&gt; i dokładne wskazówki dojazdu do głównej bramy. Bajeczny &lt;i&gt;Angkor &lt;/i&gt;można zwiedzać na kilka sposobów: tuk-tukiem, samochodem, busem i rowerem. Wyznaczone są dwie trasy dla zwiedzających: mała ok. 12 km i duża ok. 30 km. Bilety można kupić na 1 dzień, 3 dni i tydzień. Nasz 3-dniowy bilet kosztował 40$. Przy kasie zapozowałyśmy do zdjęcia (bez rowerów), które było wydrukowane na bilecie i pełne emocji wyruszyłyśmy w drogę. Upał był niemiłosierny, słońce paliło ostro pomimo wczesnej godziny. Plecaki z zapasem wody i aparatem z obiektywami, z minuty na minutę stawały się coraz cięższe. Nic się jednak nie liczyło. Najważniejsze było to, że z każdym kilometrem zbliżałyśmy się do jednej z najsłynniejszych świątyń świata - &lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt;. Jechałyśmy wyznaczona ścieżką, wśród wysokich drzew. Mijałyśmy stare, malownicze baseny wodne. Po kilkunastu minutach jazdy wyrosła przed nami brama &lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt;...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsQwbWdnI/AAAAAAAACws/ohLpsfOEcSw/s1600-h/DSC_0393+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsQwbWdnI/AAAAAAAACws/ohLpsfOEcSw/s320/DSC_0393+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt;, Siem Reap&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Charakterystyczny szary kamień zapraszał do wejścia. Zaparkowałyśmy rowery i prawie biegiem udałyśmy się do świątyni. Już sama brama była dziełem architektury. W pustych oknach korytarzy zobaczyłyśmy &lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt; w całej okazałości. Stał dumny, majestatyczny, tajemniczy, nieodgadniony. Szara elewacja kontrastowała z otaczającą zielenią. Nie mogłam uwierzyć, że Go widzę. Był piękny i ogromny. Nie potrafię opisać wrażeń. Stałam przed jedną z najpiękniejszych świątyń świata. Patrzyłam na &lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt; - dumę Kambodży, wizytówkę tego kraju, tajemniczą kartę historii.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsTFjkjlI/AAAAAAAACw0/sj9HBq_ZC0I/s1600-h/DSC_0395+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsTFjkjlI/AAAAAAAACw0/sj9HBq_ZC0I/s320/DSC_0395+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Grzybek i&lt;i&gt; Angkor Wat&lt;/i&gt;, Siem Reap&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt; powstał w 1113 do 1150 r. n.e., za panowania  &lt;i&gt;Suryavarmana II,&lt;/i&gt; zbudowany ku czci bóstwa &lt;i&gt;Wisznu&lt;/i&gt;. Niszczony i odbudowywany przez lata. Dziś nadgryziony zębem czasu, miejscami zabezpieczony przed tłumami turystów z kraju i całego świata. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;O &lt;i&gt;Angor Wat&lt;/i&gt; można by pisać długo. Zwiedzałyśmy grafitowe korytarze, szare galerie, historyczne schody, tajemnicze zakamarki przez dwie godziny. W upiornym upale, z tłumem turystów w każdym kącie świątyni trudno o klimat i duchowy nastrój, choć świątynia sama w sobie jest dziełem jedynym w swoim rodzaju.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zawsze w takich miejscach jak to, beczę jak pszczoła i dziękuję losowi, że dane mi było to zobaczyć, nie w albumie ze zdjęciami, nie w książce, czy na martwym ekranie telewizora, ale na własne oczy, które zapamiętają to do końca życia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsfUfQLjI/AAAAAAAACw8/3SNaKEgZ_Vw/s1600-h/DSC_0419+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsfUfQLjI/AAAAAAAACw8/3SNaKEgZ_Vw/s320/DSC_0419+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Olodum i&lt;i&gt; Angkor Wat&lt;/i&gt;, Siem Reap&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Opuściłyśmy &lt;i&gt;Angkor Wat&lt;/i&gt;, kilka razy oglądając się za siebie i ruszyłyśmy dalej. Po kilku minutach jazdy, poczułyśmy na sobie czyjś wzrok. To spokojne twarze &lt;i&gt;Bayonu&lt;/i&gt;, spoglądały na nas z charakterystycznym khmerskim uśmiechem. Kamienne kolosy patrzyły na nas, uśmiechały się i zapraszały do swojej świątyni, której strzegą od setek lat. Przyjęłyśmy zaproszenie i wniknęłyśmy w grafitowe zaułki, by schronić się od palącego słońca i tłumów zwiedzających. Tu, w zakamarkach kamiennych korytarzy, odnalazłyśmy ciszę i spokój. Nawet lekki, chłodny wiatr znalazł tu schronienie i rozpieszczał naszą rozgrzaną skórę. Chwilami zapadała niebiańska cisza, pełna nastroju i tajemniczej niesamowitości. 216 pięknych twarzy &lt;i&gt;Bayonu&lt;/i&gt;, oprowadzało nas po świątyni, równie pięknej i mistycznej jak osławiony &lt;i&gt;Angkor&lt;/i&gt;. Podziękowałyśmy za gościnę szczerym uśmiechem i ruszyłyśmy dalej przez dżunglę, prowadzone głośnym dźwiękiem klekoczących owadów. Były ich tysiące, ukryte w konarach wysokich drzew. Wygrywały wspólnie jakiś, tylko im znany rytm, tworząc niesamowitą kakofonię brzmień, które jak werble ogłaszały nadejście przygody.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsnaukutI/AAAAAAAACxM/mSpgKfO1leQ/s1600-h/DSC_0489+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsnaukutI/AAAAAAAACxM/mSpgKfO1leQ/s320/DSC_0489+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Bayon&lt;/i&gt;, Siem Reap&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Jechałyśmy drogami, glinianymi ścieżkami, mijałyśmy pola uprawne, małe wioski, co jakiś czas zatrzymując się by zrobić zdjęcie i zwiedzić kolejną, piękną świątynię. Na naszej rowerowej trasie było ich wiele. Każda inna, każda wyjątkowa, z własną historią i&amp;nbsp; tajemnicą. Czym dalej jechałyśmy, tym mniej turystów spotykałyśmy. Pojedyncze osoby, tak jak my wybierały dłuższą trasę, by cały dzień obcować z cudami architektury i duchem tamtych czasów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsjWTM1WI/AAAAAAAACxE/fMc8WAI2fyI/s1600-h/DSC_0461+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsjWTM1WI/AAAAAAAACxE/fMc8WAI2fyI/s320/DSC_0461+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;Marta - Olodum w drodze przez Angkor ... &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zs8Yqr13I/AAAAAAAACx8/-sQgZC_tN-M/s1600-h/DSC_0589+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zs8Yqr13I/AAAAAAAACx8/-sQgZC_tN-M/s320/DSC_0589+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;Grzybek po czerwonych drogach Kampuczy ... &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zssN9g13I/AAAAAAAACxc/EBaDioGPnZo/s1600-h/DSC_0579+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zssN9g13I/AAAAAAAACxc/EBaDioGPnZo/s320/DSC_0579+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ta Som&amp;nbsp;&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Dzień mijał bardzo szybko, słońce zniżało się ku zachodowi. Coraz bardziej czułyśmy zmęczenie. Na końcu trasy czekała nas nagroda. Jak dziecko, nie mogłam się doczekać by zobaczyć &lt;i&gt;Ta Prohm&lt;/i&gt;. Świątynia drzewo, świątynia dżungla ze ścianami z korzeni kolosalnych drzew, omszała, magiczna, niesamowita, bajkowa ukazała się przed nami. Mury wyparte przez korzenie chyliły się tajemniczo, uginały pod ciężarem dżungli, która szumiała, grała i rosła głośno, chcą ostatecznie pochłonąć stare ściany. Wielkie i grube korzenie, jak tłuste węże wpełzały pomiędzy szaro-zielonkawe mury. Oplatały, wiły się, wrastały w same trzewia duszy świątyni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zs3F3VXVI/AAAAAAAACx0/HEK4UOgvcLE/s1600-h/DSC_0593+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zs3F3VXVI/AAAAAAAACx0/HEK4UOgvcLE/s320/DSC_0593+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Ta Prohm&lt;/i&gt;, Angkor, Siem Reap &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wyjątkowości, piękna i mistycyzmu tego miejsca nie da się opisać. Tam trzeba być, patrzeć, słuchać, poczuć i dotknąć serca świątyni, której bije głośno w rytm serca dżungli.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;i&gt;Ta Prohm &lt;/i&gt;wprowadza cię w magiczny trans, narkotyzuje swoim nastrojem, wypełnia serce niezapomnianym uczuciem. &lt;i&gt;Ta Prohm&lt;/i&gt; jest jak najpiękniejszy zachód słońca, jak niebiańska plaża, jak najjaśniejsza gwiazda, która świeci oślepiającym, szmaragdowym blaskiem. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Słońce zachodziło, miałyśmy niewiele czasu na powrót przed zmrokiem i kilka kilometrów do domu. W tropikach&amp;nbsp; zmrok zapada nagle; jakby ktoś zaciągnął czarną kotarę na niebo.Przy rowerach nie było świateł, drogę powrotną coraz trudniej było rozpoznać. Opuściłyśmy teren &lt;i&gt;Angkoru &lt;/i&gt;i jechałyśmy dalej w kierunku &lt;i&gt;Palm Village&lt;/i&gt;. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno, zapamiętane wcześniej newralgiczne punkty, gdzieś zniknęły w mroku i tumanach kurzu. Na drogach roiło się od motorów, tuk - tuków i&amp;nbsp; samochodów. Wszyscy spiesznie wracali do domów. Dopadło nas skrajne zmęczenie i wątpliwości czy jedziemy w dobrym kierunku. Czerwone drogi nie mają nazw, domki na palach nie mają numerów, mapka stała się zbędna. Z dala od punktów turystycznych ludzie nie mówią po angielsku, nie było kogo zapytać o drogę. Na skrzyżowaniu dróg straciłyśmy pewność siebie i nie wiedziałyśmy gdzie jechać. W stary niezawodny sposób, czyli na migi dogadałyśmy się z miejscowym, który wskazał nam drogę. W zupełnych ciemnościach, otoczone czarną masą, dotarłyśmy do naszej bambusowej wioski, która otuliła nas spokojem i bezpieczną ciszą. Szczęśliwe, spełnione, zmęczone i pełne niezapomnianych wrażeń poszłyśmy spać, po długim, niesamowitym dniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsx9qFdgI/AAAAAAAACxk/_2b_F7U-e2s/s1600-h/DSC_0581+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsx9qFdgI/AAAAAAAACxk/_2b_F7U-e2s/s320/DSC_0581+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;w drodze ...&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8014075360767676665?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8014075360767676665/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/w-objeciach-angkoru.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8014075360767676665'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8014075360767676665'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/w-objeciach-angkoru.html' title='W objęciach Angkoru'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0zsQwbWdnI/AAAAAAAACws/ohLpsfOEcSw/s72-c/DSC_0393+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3844375772824310360</id><published>2010-01-12T19:11:00.007+01:00</published><updated>2010-01-12T19:16:59.870+01:00</updated><title type='text'>To w drogę ..</title><content type='html'>15.11.2009&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Opuściłyśmy Phnom Penh na kilka dni, by wyruszyć do Siem Reap. Tam czekała nas przygoda, której z pewnością nie zapomnimy do końca życia.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5rPdU0FI/AAAAAAAACv8/sAPvIqRBHRg/s1600-h/DSC_0349+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5rPdU0FI/AAAAAAAACv8/sAPvIqRBHRg/s320/DSC_0349+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Marta - Olodum gdzieś w drodze do Siem Reap&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Siem Reap&amp;nbsp; mieszkałyśmy z dala od miasta, w pięknym, bajecznym kurorcie Palm Village&lt;i&gt;&lt;a href="http://www.palmvillage.com.kh/index.html"&gt;&lt;/a&gt;. &lt;/i&gt;Odpoczywałyśmy od miejskiego zgiełku w bambusowym domku nad basenem, wśród bananowych drzew i pachnących kwiatów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;a href="http://www.palmvillage.com.kh/index.html"&gt;http://www.palmvillage.com.kh/index.html&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5tKClbUI/AAAAAAAACwE/lpptNex_0xw/s1600-h/DSC_0372+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5tKClbUI/AAAAAAAACwE/lpptNex_0xw/s320/DSC_0372+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Oliwka - Grzybek w Palm Village, Siem Reap&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y50bCYdsI/AAAAAAAACwk/_r-qtB10JDs/s1600-h/DSC_0756+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y50bCYdsI/AAAAAAAACwk/_r-qtB10JDs/s320/DSC_0756+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;Palm Village, Siem Reap &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Późnym popołudniem pojechałyśmy tuk-tukiem do centrum, by bliżej poznać Siem Reap. Przyjemne małe miasteczko, żyjące głównie z turystyki powitało nas tysiącem klimatycznych knajpek, barów i restauracji. Każda miała do zaoferowania pyszne, zimne piwko o dumnej nazwie &lt;i&gt;Angkor&lt;/i&gt; i dziesiątki wspaniałych, prostych i wyszukanych potraw khmerskiej kuchni. Rozpieściłyśmy żołądki, ugasiłyśmy pragnienie a dusze poddały się nastrojowi migających świateł i egzotycznych zapachów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5uoWBD3I/AAAAAAAACwM/SrPhNZXWNvY/s1600-h/DSC_0702+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5uoWBD3I/AAAAAAAACwM/SrPhNZXWNvY/s320/DSC_0702+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Siem Reap&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5ysTkItI/AAAAAAAACwc/3A-VEMNSbVA/s1600-h/DSC_0706+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5ysTkItI/AAAAAAAACwc/3A-VEMNSbVA/s320/DSC_0706+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Siem Reap&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Siem Reap poczułyśmy urlop, odpoczynek i spokój. Po spacerze na nocnym bazarze i małych zakupach wróciłyśmy do naszej palmowej wioski by odpocząć przed tak ważnym dla nas dniem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5wycsZEI/AAAAAAAACwU/HSiGFtjVgnY/s1600-h/DSC_0704+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5wycsZEI/AAAAAAAACwU/HSiGFtjVgnY/s320/DSC_0704+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Siem Reap&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3844375772824310360?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3844375772824310360/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/to-w-droge.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3844375772824310360'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3844375772824310360'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/to-w-droge.html' title='To w drogę ..'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0y5rPdU0FI/AAAAAAAACv8/sAPvIqRBHRg/s72-c/DSC_0349+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3860458743420471457</id><published>2010-01-12T18:33:00.001+01:00</published><updated>2010-01-12T19:13:59.566+01:00</updated><title type='text'>Duchy przeszłości</title><content type='html'>14.11.2009&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Sobotni dzień, pierwszy w Kambodży spędziłyśmy na spotkaniu z historią.&amp;nbsp; Niestety smutną historią. Wczesnym rankiem wynajęłyśmy tuk-tuka by pojechać na Pola Śmierci - &lt;i&gt;Killing Fields&lt;/i&gt;, oddalone od miasta kilkanaście kilometrów. Pola Śmierci to teren dawnego chińskiego cmentarza, który w czasach reżimu &lt;i&gt;Pol Pota&lt;/i&gt; był miejscem masowych morderstw khmerskiej ludności. Kilka razy w tygodniu przywożono tam ludzi w jednym celu - by ich zabić. Zabijano natychmiast, tuż po wyjściu z ciężarówki. &lt;i&gt;Czerwoni Khmerzy&lt;/i&gt; nie używali broni do zabijania, by oszczędzać kule. Mordowali z zimną krwią, masakrując ludzkie głowy. Na jednym z drzew wisiał głośnik, który zagłuszał krzyki katowanych ludzi. Na Polach Śmierci zabijano wszystkich, mężczyzn, kobiety i dzieci. Jedno z drzew było specjalne, przeznaczone tylko do mordowania dzieci. O jego pień żołnierze &lt;i&gt;Pol Pota&lt;/i&gt; roztrzaskiwali dziecięce główki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Dziś Pola Śmierci porośnięte są soczystą zielenią. Masowe groby z setkami zwłok niewinnych ludzi, porosła świeża trawa. Idziesz wydeptanymi, wąskimi ścieżkami, ostrożnie by nie nadepnąć wystających z ziemi resztek ubrań zabitych ludzi. Nie możesz uwierzyć, ale Oni naprawdę tam są. Pochowani głęboko, uśpieni na zawsze, zabici za nic. Tysiące ludzi wrzuconych niedbale w mokrą ziemię. Zakopani by więcej nie krzyknąć. Powietrze ma kwaśny zapach stęchlizny. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W niewielkim muzeum oglądamy krótki film o odkryciu tego miejsca. Na sali panuje grobowa cisza. Para starszych ludzi nie ukrywa wzruszenia. Na ekranie tysiące czaszek, drobnych kości oblepionych czerwonym błotem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zaraz za główną bramą, wyrasta wielka biała stupa. Z daleka wygląda jak inne. Dopiero podchodząc bliżej widzimy, że wypełniona jest ludzkimi czaszkami. Podzielona na półki. Kobiety 20-40 lat, mężczyźni 30-60 lat.Wielka piramida cierpienia, postawiona by pamiętać, nie zapomnieć i nigdy więcej do tego nie dopuścić. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Wszystko zaczęło się w 1975 r., kiedy &lt;i&gt;Czerwoni Khmerzy &lt;/i&gt;opanowali państwo. Rozpoczął się rok 0 - nowa historia rewolucyjnej Kampuczy. Na czele "nowego" państwa, fanatycznego reżimu stanął &lt;i&gt;Pol Pot&lt;/i&gt; (&lt;i&gt;Saloth Sar&lt;/i&gt;). Człowiek będący w młodości mnichem buddyjskim, który ukończył francuską Sorbonę, przez kilka lat zdusił ducha swojego kraju, zmiażdżył serce Kambodży, zmazał khmerski uśmiech z ludzkich twarzy i zabił 1/3 ludności.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W czasach rządów &lt;i&gt;Pol Pota &lt;/i&gt;zakazane było dosłownie wszystko. Przede wszystkim pielęgnowanie tradycji, wyznawanie religii i czytanie książek. W roku 0 miejska ludność była masowo wysiedlana na wiejskie tereny i zmuszana do ciężkiej pracy. Ci którzy, nie chcieli opuścić swoich domów byli zabijani na miejscu. Chora ideologia &lt;i&gt;Pol Pota&lt;/i&gt; miała przede wszystkim wyniszczyć intelektualistów, lekarzy i ludzi wykształconych. Obywateli noszących okulary zabijano. Reszta społeczeństwa pracowała ciężko w okrutnych warunkach za miskę ryżu. Kambodża umierała, gasła w zastraszającym tempie. Ludzie umierali z głodu i chorób. Inni ze strachu, by przeżyć przyłączali się do &lt;i&gt;Czerwonych Khmerów&lt;/i&gt;, ślepo wierząc, że jest to jedyne wyjście.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Phnom Penh w jednym z liceów przy ulicy &lt;i&gt;Tuol Sleng&lt;/i&gt;, &lt;i&gt;Pol Pot&lt;/i&gt; stworzył jedno z najokrutniejszych więzień w historii. Tysiące kobiet i mężczyzn było tam torturowanych i w brutalny sposób zmuszanych do nieprawdziwych zeznań. Liceum - więzienie, czyli &lt;i&gt;S-21&lt;/i&gt;, było naszą kolejną lekcją historii. Ciasne, ciemne cele, narzędzia tortur, tysiące zdjęć niewinnych ludzi, katowanych z zimną krwią w imię rewolucji.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0yyA1RVFLI/AAAAAAAACvs/BQ7d5UdBd8I/s1600-h/CSC_0274+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0yyA1RVFLI/AAAAAAAACvs/BQ7d5UdBd8I/s320/CSC_0274+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Tuol Sleng &lt;/i&gt;S-21, Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z całego dnia mamy tylko dwa zdjęcia - dwie fotografie budynku liceum. Ani na Polach Śmierci, ani w &lt;i&gt;S-21 &lt;/i&gt;nie byłyśmy w stanie fotografować dowodów tych strasznych zbrodni. Nie możemy zrozumieć ludzi, którzy biegali z aparatami i kamerami, uwieczniając wszystko jak szczęśliwe chwile z urlopu nad morzem.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0yyDHUJNFI/AAAAAAAACv0/CBgUNmqOS4k/s1600-h/DSC_0275+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0yyDHUJNFI/AAAAAAAACv0/CBgUNmqOS4k/s320/DSC_0275+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;i&gt;Tuol Sleng&lt;/i&gt; S-21, Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Przy stupie czaszek na Polach Śmierci, jedna z turystek poprosiła Martę, by zrobiła jej zdjęcie na tle "czaszkowej piramidy". Marta spytała cynicznie "&lt;i&gt;Are you sure?&lt;/i&gt;". Dziewczyna odpowiedziała głupim uśmiechem. Zdjęcie zrobione, turystka szczęśliwa, my zniesmaczone.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;"Wyzwolenie" Khmerów przyszło od sąsiedniego Wietnamu w 1979 r. &lt;i&gt;Pol Pot&lt;/i&gt; uciekł do dżungli, przy granicy z Tajlandią i tam po kilkunastu latach zmarł śmiercią naturalną, nie ponosząc żadnych konsekwencji swoich krwawych rządów.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kiedy 02 listopada 1979 r., dziennikarz &lt;i&gt;Tiziano Tarzani &lt;/i&gt;przybył na granicę tajlandzko - kambodżańską, usłyszał od tajskiego żołnierza: "podążaj za smrodem trupów, a trafisz do Kambodży". Wtedy Kambodża była jednym, wielkim cmentarzem. Ludzie umierali przy drogach, na polach, w prowizorycznych chatkach. Umarła kultura, duchowość, wiara i uśmiech. &lt;i&gt;Pol Pot &lt;/i&gt;zabił wszystko, co w jego kraju było najpiękniejsze. Dziś podróżując po czerwonych drogach Kambodży, poznajemy kraj odrodzony, soczysty i kolorowy. Spotykamy ludzi szczerych, ciepłych i uśmiechniętych. Drogi są czerwone, jakby wsiąkła w nie krew historii, ale przyroda, miasta i wioski tętnią życiem i świeżością.&amp;nbsp; Dziś Kambodża pachnie egzotycznymi kwiatami, słodkimi owocami i świeżą bagietką. &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3860458743420471457?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3860458743420471457/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/duchy-przeszosci.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3860458743420471457'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3860458743420471457'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/duchy-przeszosci.html' title='Duchy przeszłości'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0yyA1RVFLI/AAAAAAAACvs/BQ7d5UdBd8I/s72-c/CSC_0274+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6276474398162832787</id><published>2010-01-12T17:06:00.004+01:00</published><updated>2010-01-12T17:17:20.793+01:00</updated><title type='text'>Welcome to the Kingdom of Wonder</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;13.11.2009 &lt;br /&gt;Stolica Kambodży&lt;i&gt; Phnom Penh&lt;/i&gt;&amp;nbsp; przywitała nas uroczym małym lotniskiem, gdzie wszystko było razy 3. Trzy rękawy (mosty łączące samolot z portem), trzy taśmy bagażowe i nawet w toalecie były trzy kabiny, a na postoju czekały trzy taksówki. Obległo nas więcej niż trzech tuk-tukowców, oferujących dowóz do miasta z a 7$. Po pierwszym szoku wybrałyśmy jednak taksówkę z 9$ i ruszyłyśmy w miasto na spotkanie z Kambodżą, dla nas nieznaną i nieodkrytą.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybf0R8H6I/AAAAAAAACvk/qY3P1RVOsv0/s1600-h/DSC_0779+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybf0R8H6I/AAAAAAAACvk/qY3P1RVOsv0/s320/DSC_0779+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybf0R8H6I/AAAAAAAACvk/qY3P1RVOsv0/s1600-h/DSC_0779+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;57 Street, Phnom Penh, widok z balkonu Goldie Boutique Guesthouse &amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&amp;nbsp;&amp;nbsp; &lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po kilkunastu minutach jazdy utknęłyśmy w korku. Normalne, szerokie ulice, których według zebranych wcześniej informacji miało tu nie być, były totalnie zakorkowane przez nadciągające zewsząd samochody, tuk-tuki i oczywiście motory. Ta część Azji ewidentnie zwariowała na punkcie tych jednośladów. Jeżdżą nimi wszyscy, młodzi, starzy, biedniejsi, bogatsi, dosłownie wszyscy. Motory są tak kolorowe i "wypasione" jak u nas auta. Spełniają się w tych warunkach doskonale i bynajmniej nie są, jak myślimy&amp;nbsp; dla dwóch osób. Jeżdżą nimi całe rodziny, max. naliczyłam pięć osób na jednym motorze. Przewozi się nimi wszystko: pasażerów, kilogramy towarów, kilkanaście świnek, inny motor. Można także jechać na motorze&amp;nbsp; z podłączoną kroplówką. Ten widok pamiętam z pierwszych świateł, na przedmieściach &lt;i&gt;Phnom Penh&lt;/i&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybb8p2iuI/AAAAAAAACvU/7VUCgFr1Efo/s1600-h/DSC_0292+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybb8p2iuI/AAAAAAAACvU/7VUCgFr1Efo/s320/DSC_0292+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybZCAaLZI/AAAAAAAACvM/DCzX4iT9i9Q/s1600-h/DSC_0282+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybZCAaLZI/AAAAAAAACvM/DCzX4iT9i9Q/s320/DSC_0282+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&amp;nbsp; Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Kiedy dotarłyśmy do hostelu było już późno. Ulice stolicy były ciemne i nieoświetlone. Trudno było się zorientować gdzie jesteśmy i jak tu właściwie jest. Zrobiłyśmy sobie krótki spacer po okolicy i instynktownie wybrałyśmy restaurację pełną miejscowych. Khmerskie potrawy okazały się gamą delikatnych smaków o zapachu świeżej Azji. Kuchnia Kambodży rozpieszcza, bawi i już od pierwszego kęsa zabiera w podróż po kolorowej krainie przypraw.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybeJbpNSI/AAAAAAAACvc/x-8eub_wjUU/s1600-h/DSC_0343+%28Medium%29.JPG" imageanchor="1" style="margin-left: 1em; margin-right: 1em;"&gt;&lt;img border="0" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybeJbpNSI/AAAAAAAACvc/x-8eub_wjUU/s320/DSC_0343+%28Medium%29.JPG" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Independence Monument, Phnom Penh&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6276474398162832787?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6276474398162832787/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/welcome-to-kingdom-of-wonder.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6276474398162832787'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6276474398162832787'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2010/01/welcome-to-kingdom-of-wonder.html' title='Welcome to the Kingdom of Wonder'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/S0ybf0R8H6I/AAAAAAAACvk/qY3P1RVOsv0/s72-c/DSC_0779+%28Medium%29.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7727885173215384601</id><published>2009-06-09T17:19:00.053+02:00</published><updated>2009-06-09T18:51:31.750+02:00</updated><title type='text'>Truskawkowe miasto</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Wyruszając z &lt;em&gt;Kuala Lumpur&lt;/em&gt; do &lt;em&gt;Cameron Highlands&lt;/em&gt;, byłyśmy przekonane, że jedziemy do krainy herbaty, do malezyjskiego Cejlonu. To jak się myliłyśmy okazało się już przy wjeździe do miasteczka &lt;em&gt;Tanah Rata&lt;/em&gt;, gdzie przywitała nas monstrualna truskawka. Byłyśmy nastawione na herbaciane szaleństwo, na herbaciane zakupy, sklepy z herbatą, fabryki herbaty, a tu wszyscy byli zwariowani, ale na punkcie truskawek. W każdym sklepie pełno było pluszowych truskawek, truskawek- parasolek, poduszek w kształcie truskawek, koszulek w truskawki. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345364788701190418" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6M9FFqWRI/AAAAAAAABp8/W6K4f5n1jMA/s320/DSC05938+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni wcześniej w KL zastanawiałam się dlaczego wszystkie foldery o &lt;em&gt;Cameron Highlands&lt;/em&gt; obsypane są graficznymi truskawkami. Na miejscu wszystko stało się jasne. Okolice &lt;em&gt;Tanah Rata&lt;/em&gt;, to nie tylko plantacje herbaty, ale jedna wielka farma truskawek. Pomiędzy wzórzami znajdują się szklarnie, w których uprawia się truskawki. Nieco inaczej niż u nas. Sadzonki rosną w workach z ziemią, które umieszczone są na drewnianych stelażach, na wysokości ok. 1,5m od gruntu. Dzięki wężykom, bezpośrednio do woreczków z ziemią doprowadzana jest woda i substancje odżywcze. A wszystko po to by uchronić owoce od szkodników i owadów buszujących w tym regionie. Zbieranie tak rosnących truskawek jest proste i przyjemne. Owoce są soczyście czerwone, mają nieco bardziej wydłużony kształt od naszych rodowitych, a smak jakby mniej truskawkowy. Przy każdej farmie znajduje się sklepik z truskawkowymi produktami. Można tam kupić rozmaite dżemy, konfitury, ciastka, cukierki i suszone truskawki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nasz przewodnik opowiadał nam z dumą o truskawkowej produkcji. Dla niego ten owoc był wyjątkowy i jakby egzotyczny. Wyglądał na zawiedzionego, gdy powiedziałyśmy mu, że w Polsce również rosną truskawki. Na truskawkowo - herbacianej wyprawie były z nami dwie dziewczyny z Holandii, które również nie popadły w truskawkowe szaleństwo. Nic dziwnego, przecież zanim urosną polskie truskawki, mamy w sklepach wyjałowione holenderskie. &lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345365304989830018" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6NbIady4I/AAAAAAAABqE/IN4sZUYPDYo/s320/DSC05967+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345365573027393186" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6Nqu7mbqI/AAAAAAAABqM/2_J0tefkHTM/s320/DSC05972+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345367768596570498" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6PqiEFYYI/AAAAAAAABqs/Wy0H_9OoTYA/s320/DSC05977+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;Rozbawione truskawkowym wariactwem wyruszyłyśmy na plantacje herbaty. Po raz kolejny krajobraz herbacianego gaju, zrobił na nas ogromne wrażenie. Biegałyśmy urzeczone widokiem i zapachem wśród krzaczków herbaty. Wszędzie otaczała nas soczysta zieleń, we wszystkich odcieniach, rywalizująca z błękitem nieba. Nie potrafię opisać co jest tak magicznego w plantacjach herbaty. Pewne jest, że nie chce się stamtąd odjeżdżać. Chciałoby się jedynie spacerować wśród liści, karmić oczy tym wspaniałym widokiem i oddychać powietrzem tak świeżym i pachnącym. &lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345366704701869858" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6Osmv0jyI/AAAAAAAABqU/nJmfvG-vXK0/s320/DSC05963+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345368810059240674" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6QnJ0IlOI/AAAAAAAABq0/wctz1AYdVyo/s320/DSC05966+(Medium)+(2).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;W drodze powrotnej odwiedziłyśmy świątynie buddyjską, różany ogród i farmę motyli. Wieczorem wybrałyśmy się na spacer i kolację. &lt;em&gt;Tanah Rata&lt;/em&gt; to małe, urocze miasteczko, klimatem przypomina lankijskie&lt;em&gt; Nuwara Eliya&lt;/em&gt;. Jest otoczone zielonymi wzgórzami, klimat jest łagodny a powietrze czyste i rześkie. &lt;/p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345367278402559842" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6PN_8uX2I/AAAAAAAABqk/2P0eLvOhwj0/s320/DSC05913+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;Na kolację zjadłyśmy hinduską potrawę podaną na liściach bananowca, popijając piwkiem. W drodze do hostelu towarzyszyła nam kakofonia dźwięków budzącej się do życia natury. O zmroku każde drzewo, krzaczek, źdźbło trawy pełne było gości. Wolałyśmy jednak nie zastanawiać się co spaceruje obok nas. Zmarznięte i pogryzione przez komary poszłyśmy spać marząc już o śniadaniu.&lt;br /&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345369138479203026" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6Q6RRjgtI/AAAAAAAABrE/Fm4IG8nWf2Y/s320/DSC05992+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="justify"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5345369001534968226" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6QyTHgUaI/AAAAAAAABq8/mLtSrdkQjOg/s320/DSC05990+(Medium).jpg" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;Dużo piszemy o jedzeniu bo uważamy, że kuchnia to część kultury danego kraju. Nie potrafimy zrozumieć ludzi, którzy będąc w dalekich zakątkach Azji, żywią się w McDonalds, czy restauracjach hotelowych, w których potrawy nie mają nic wspólnego z narodowymi. Smakowanie, próbowanie i degustowanie to podróż i przygoda, często w nieznane. Z tym przekonaniem wcześnie rano poszłyśmy na śniadanie do knajpki, gdzie zamiast tostów z dżemem zjadłyśmy pyszne &lt;em&gt;Roti Canai&lt;/em&gt;. To słynna malezyjska potrawa w postaci lekkich naleśniczków podawanych z sosem curry. Popijając do tego mocną kawę z lepkim mlekiem podaną w kufelku z grubego szkła, wdychałyśmy świeże i zimne powietrze, nastrajając się na dalszą podróż. Żegnając się z &lt;em&gt;Cameron Highlands&lt;/em&gt; nie wiedziałyśmy jak szybko znów tam wrócimy...&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7727885173215384601?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7727885173215384601/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2009/06/truskawkowe-miasto.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7727885173215384601'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7727885173215384601'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2009/06/truskawkowe-miasto.html' title='Truskawkowe miasto'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/Si6M9FFqWRI/AAAAAAAABp8/W6K4f5n1jMA/s72-c/DSC05938+(Medium).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3949142411598918163</id><published>2009-06-07T20:55:00.035+02:00</published><updated>2009-06-07T22:06:57.119+02:00</updated><title type='text'>Azjatycki kociołek</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Stolica Malezji - Kuala Lumpur - przywitała nas azjatyckiem zgiełkiem i mieszaniną orientalnych zapachów, czyli atmosferą Azji, którą tak kochamy. Nas taksówkarz zagubił się w krętych uliczkach, stracił cierpliwość w korkach i wysadził nas na środku ulicy, informując, że nasz hostel jest gdzieś w pobliżu, ale on nie wie gdzie. Byłyśmy trochę wściekłe i zmęczone podróżą z Singapuru, ale w miarę szybko udało nam się znaleźć Matahari Lodge.&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;br /&gt; &lt;/div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344672783101079618" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwXlDVwMEI/AAAAAAAABf4/fcbevR1q31M/s320/DSC05848+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344673053941030098" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwX00TB3NI/AAAAAAAABgI/0oUm5akDdcU/s320/DSC05862+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Mieszkałyśmy niedaleko chińskiej dzielnicy i słynnego bazaru na Jalan Petaling. Raj zakupów i niebo dla podniebienia. Wieczorami dzielnica ta tętniła życiem. O zmroku wszyscy handlarze rozstawiali swoje stanowiska z koszulkami, torbami, butami, paskami, plecakami i innymi "markowymi" gadżetami. Tutaj, podobnie jak na Khao San Road w Bangkoku, wpada się w amok zakupów i nie wiedzieć kiedy, ma się kilkanaście koszulek, kilka par butów i dziesiątki bransoletek. Chińska dzielnica KL to nie tylko wariactwo zakupów, ale niesamowita kulinarna przygoda. To tutaj znajdują się knajpki, restauracyjki, bary z boskich jedzeniem. Zapach unoszący się wokół budzi żołądek i wszystkie zmysły. Malajska kuchnia, tak jak cały naród jest swoistą mieszanką. Przez kilka dni pobytu w KL nie mogłam rozróżnić rodowitego Malezyjczyka. Zastanawiałam się ciągle jak wygląda rdzenny mieszkaniec Malezji, gdyż ludność tego kraju to Malezyjczycy, Chińczycy i Hindusi. Główną religią jest Islam, ale też Buddyzm, Hinduizm i Chrześcijaństwo. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344679277041956642" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwdfDJ6NyI/AAAAAAAABgo/88HJ2W_c_eM/s320/DSC05786+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344673153753134402" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwX6oIFtUI/AAAAAAAABgQ/85mdlgRm6zM/s320/DSC05872+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kuala Lumpur jest mieszanką wielu kultur i narodowości. Architektura tego miasta jest kombinacją nowoczesności i tradycji. Zwiedzając stolicę Malezji nie sposób zapomnieć o &lt;em&gt;Petronas Twin Towers&lt;/em&gt;. Bliźniacze wieże są dla Malezji taką wizytówką jak wieża Eiffla dla Paryża, czy figura Chrystusa - &lt;em&gt;Corcovado&lt;/em&gt; - dla Rio de Janeiro. &lt;em&gt;Petronas Twin Towers&lt;/em&gt; mają 452m wysokości i do 2004 r. były najwyższymi budynkami świata. Wieże są połączone mostkiem, tzw. &lt;em&gt;Skybridge&lt;/em&gt; o długości 58m na poziomie 42 piętra. Wieże zbudowane są na planie ośmioramiennej gwiazdy, islamskiego symbolu. Trzeba przyznać, że wrażenie jest niesamowite. Obie wieże są piękne, zarówno w dzień gdy pną się do samego nieba, jak i wieczorem, gdy mienią się tysiącem świateł.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344672678965164722" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwXe_Z0OrI/AAAAAAAABfw/SYso8G0yCnM/s320/DSC05794+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344670836824638082" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwVzw5SgoI/AAAAAAAABfY/6D30WUla1B0/s320/DSC05770+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5344670962786368338" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwV7GI5-1I/AAAAAAAABfg/Em3aMQD8w04/s320/DSC05782+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Niektóre przewodniki odradzają pobyt w Kuala Lumpur. My jednak zakochałyśmy się w tym azjatyckim bałaganie, który tętni życiem i nastraja pozytywną energią. &lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3949142411598918163?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3949142411598918163/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2009/06/azjatycki-kocioek.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3949142411598918163'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3949142411598918163'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2009/06/azjatycki-kocioek.html' title='Azjatycki kociołek'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SiwXlDVwMEI/AAAAAAAABf4/fcbevR1q31M/s72-c/DSC05848+(Medium).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2205505668253739799</id><published>2009-01-20T16:04:00.025+01:00</published><updated>2009-01-23T09:18:58.842+01:00</updated><title type='text'>Zapachy Świata</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Świat jest jak książka kucharska. Każdy kraj jak inna potrawa. Podróżując poznajemy nie tylko obyczaje, kulturę i historię danego narodu, ale także kuchnię. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293403167942139618" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 302px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SXXyIrYeXuI/AAAAAAAABGI/MTra-tIU5Ks/s320/DSC06379+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Każdy kraj ma swoją wizytówkę, najważniejszą budowlę, rzeźbę i oczywiście narodową potrawę. Wspominając nasze podróże, każda z nich kojarzy mi się z innym zapachem. Zdjęcia przywołują woń, którą zapamiętałam. &lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293403156795927730" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SXXyIB3ArLI/AAAAAAAABF4/g2Oq8ra-cvw/s320/DSC01866+(Medium).JPG" border="0" /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;em&gt;Khao San Road&lt;/em&gt; w Bangkoku - uliczne stragany z pyyyysznym tajskim jedzeniem &lt;/p&gt;&lt;p&gt;Lizbona pachniała ciastkami &lt;em&gt;"pasteis de nata"&lt;/em&gt; i smażonymi kasztanami. Ten zapach unosił się wśród krętych uliczek i przebijał przez kłęby dymu w zatłoczonych kawiarenkach. Zapachem Sri Lanki bez wątpienia są kwiatowe kadzidełka zmieszane z wszechobecną w potrawach kolendrą. Tajlandia pachnie białym ryżem i żółtym curry. Słodko i intesywnie. Wspominając gorącą Brazylię na myśl przychodzi mi soczysty, cierpki i świeży zapach limonki i cukru trzcinowego. Gdy dodamy do tego zestawu jeszcze jeden składnik - &lt;em&gt;"cachace"&lt;/em&gt; (wódka trzcinowa) i skruszony lód wyjdzie nam nic innego jak najsłynniejszy brazylijski drink, o pięknej nazwie &lt;em&gt;"caipirinha".&lt;/em&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Jak pachniał Pekin ...? No cóż, powietrze w tym mieście nie jest zbyt świeże. Nie bez kozery nazywamy Pekin miastem smogu, ale nasze chińskie wspomnienia i przygody pachną zieloną jaśminową herbatą. Nie pamiętam zapachu Singapuru, pewnie z powodu tej sterylnej atmosfery. Nasza wizyta w Mieście Lwa to przygoda z delfinami. Te wspaniałe stworzenia pachną oczywiście wodą i swoim przysmakiem, czyli rybkami :) &lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293403153117034690" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SXXyH0J5OMI/AAAAAAAABFw/sw2_Nj1uX7w/s320/DSC01795+(Medium).JPG" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Khao San Road - Bangkok&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Kuala Lumpur to niesamowita gama zapachów. Mieszanka orientalnych przypraw, orzeszków i świeżego mango. Zaduszone, gorące, tłoczne miasto w moich wspomnieniach pachnie urlopem i przygodą. Gdy wracam myślami do dni spędzonych w stolicy Malezji nie sposób zapomnieć słodkiej, mocnej kawy z lepkim mlekiem, która budziła nam zmysły każdego dnia. Podawana w małym kufelku z grubego szkła smakowała wyśmienicie. &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;W naszym duecie podróżników to Olodum testuje wszystkie dziwne, egzotyczne potrawy. Nie straszne jej przysmaki o wyglądzie ptasich móżdżków. Zawsze staramy się jeść to co jedzą miejscowi i wybieramy tylko te knajpki i bary, gdzie nie ma obrusów turystów i często menu nie jest w języku angielskim. Tym sposobem jedzenie to także przygoda. Często nie wiemy co się przed nami pojawi. Do dziś nie wiem co jadłam w Pekinie na patykach sprzedawanych na ulicy. Olodum najweselej wspomina śniadaniową potrawę z Salwadoru de Bahia, gdzie na talerzu podano jej sine mięsko, zalane kaszą manną na słono z trawiasto zielonym ostrym sosem. Cokolwiek to było - nie dało się zjeść. &lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5293403157627761474" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 222px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SXXyIE9Vc0I/AAAAAAAABGA/mq2ciLkppzQ/s320/DSC05506+(Medium).JPG" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Zimne przekąski w Pekinie - larwy, koniki i inne chrabąszcze&lt;/p&gt;&lt;div align="justify"&gt;Gdy wracamy do domu po kilku tygodniach podróży, każda z nas marzy o smażonym kurczaku, ziemniaczkach i surowce z czerwonych buraczków, czyli o klasycznym polskim obiedzie. Mijają tygodnie, żołądek wraca do normy po ostrych przyprawach i ponownie tęsknimy za orientalnymi potrawami. Niestety kaczka po pekińsku nigdzie nie smakuje lepiej niż w Pekinie. Tajskie curry najlepsze jest w Bangkoku, a zapach caipirinhy najpiękniejszy w Salwadorze.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Świat pachnie i smakuje wybornie, dlatego ciągle chcemy go próbować, degustować, smakować i rozkoszować się w jego aromatach i daniach. Na jednym kontynencie widelcem i nożem, na innym łyżką, gdzieś jeszcze pałeczkami, ale zawsze z tym samym nosem, tak czułym na zapach podróży i przygody.&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="justify"&gt;Olodum i Grzybek&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2205505668253739799?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2205505668253739799/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2009/01/zapachy-wiata.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2205505668253739799'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2205505668253739799'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2009/01/zapachy-wiata.html' title='Zapachy Świata'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SXXyIrYeXuI/AAAAAAAABGI/MTra-tIU5Ks/s72-c/DSC06379+(Medium).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-9217966067789374948</id><published>2008-12-18T14:22:00.047+01:00</published><updated>2009-01-22T15:15:22.145+01:00</updated><title type='text'>Przygoda z marzeniami!</title><content type='html'>&lt;div align="justify"&gt;Singapur zwiedza się głównie przy okazji, w drodze do lub z Malezji. Miasto-państwo jest dobrym miejscem transferu i dwudniową przygodą dla podróżników. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;My w Singapurze, poza zwiedzaniem miałyśmy do załatwienia bardzo ważną sprawę. Naszym głównym celem pobytu w Mieście Lwa było spotkanie z marzeniami! Miejscem tego spotkania była Sentosa!&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Sentosa to sztuczna wyspa z kilkoma plażami, bajeczny raj nie tylko dla dzieci. Pojechałyśmy na Sentosę bardzo wcześnie rano. Przejęte i pełne emocji, nie mogłyśmy się doczekać kiedy spełni się marzenie naszego życia. Sentosa to jedno z niewielu miejscna świecie, gdzie można pływać z delfinami. Pływać w tej samej wodzie, dotykać je, zobaczyć z bliska, poznać.&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;Rezerwację na tą trwającą ponad godzinęprzygodę, zrobiłyśmy już w Warszawie. Taki seans odbywa się raz dziennie rano i bierze w nim udział około 10 osób i 4 trenerów. Wszystko zaczyna się od wywiadu o zdrowiu, umiejętności pływania, lekach, które się przyjmuje itd. My byłyśmy już przygotowane i deklaracje o stanie zdrowia przywiozłyśmy wypełnione już z Warszawy. Zaproszono nas do szatni, gdzie dobrano nam buty do nurkowania i kamizelki ratunkowe. Gdy cała grupa była już gotowa, trenerzy opowiadali nam o delfinach, które lada chwila miałyśmy poznać! Były to delfiny różowe. Rodząc się, są szare jak każde inne. Z biegiem czasu różowieją, na ich skórze pojawiają się różowe plamki. Czym bardziej delfin jest różowy, tym jest starszy. Po omówieniu kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa, zdezynfekowano nam dłonie i zaczęło się!&lt;br /&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Przypłynęły!!!!!! Cztery piękne stworzenia o śmiejących się oczach. Kolejno, każdy z uczestników powoli i cicho, podchodził w wodzie do delfina by go poznać. Trzeba było poruszać się w wodzie ostrożnie by go nie przestraszyć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejne etapy seansu działy się tak szybko, że nawet nie wiem kiedy minęła godzina. Wszyscy uczestnicy, podzieleni już na mniejsze 4-osobowe grupy, weszliśmy do wody ( ok 9-10m głębokości ), do świata delfinów. Tam, my byliśmy ich gośćmi, to one nas oprowadzały po swoim basenie i częstowały przygodą. Skakały, piszczały, tańczyły, pływały nad nami, pod nami, obok nas!Trenerki uczyły nas podstawowych zasad i gestów komunikowania się z tymi inteligentnymi stworzeniami. Jedną z najwspanialszych chwil tej przygody było pływanie z delfinem, trzymając go za górną płetwę. Trenerka dokładnie pokazała jak należy do złapać, wydała komendę za pomocą gwizdkai każdy z nas, razem z delfinem, mknął zawrotną prędkością w głąb laguny.&lt;br /&gt;Nie potrafię opisać słowami co wtedy czułam, jego siłę, zwinność, przyjaźń, swoje szczęście, radość, spełnienie - wszystko na raz!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W podziękowaniu za gościnę i wspólną zabawę, karmiłyśmy delfiny rybamii każdy dostał całusa na pożegnanie. Kiedy sesja się zakończyła, dostałyśmy w prezencie zdjęcia, koszulki oraz rysunek namalowany przez naszego delfina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Było to jedno z najwspanialszych przeżyć w moim życiu. Poznałam te wyjątkowo mądre i piękne istoty. Byłam gościem w ich świecie i jestem im za to bardzo wdzięczna. Nie żałuję ani grosza wydanego na ten cel bo jest to przeżycie z tych bezcennych!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5281128292005045794" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 227px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUpWM3I55iI/AAAAAAAABE4/nqNmZevwPSc/s320/4+(Medium).jpg" border="0" /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5281128186565691842" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 229px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUpWGuWNCcI/AAAAAAAABEw/VcwVLTnpy1A/s320/3+(Medium).jpg" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5281128034743182498" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 230px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUpV94w5ZKI/AAAAAAAABEo/2KwenM755zY/s320/2+(Medium).jpg" border="0" /&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5281127852326832210" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 230px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUpVzRNcyFI/AAAAAAAABEg/Xesxv_X-irs/s320/1+(Medium).jpg" border="0" /&gt; -Grzybek i Olodum!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-9217966067789374948?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/9217966067789374948/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/przygoda-z-marzeniami.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/9217966067789374948'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/9217966067789374948'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/przygoda-z-marzeniami.html' title='Przygoda z marzeniami!'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUpWM3I55iI/AAAAAAAABE4/nqNmZevwPSc/s72-c/4+(Medium).jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3958574640133362596</id><published>2008-12-17T20:50:00.029+01:00</published><updated>2009-01-22T15:06:38.396+01:00</updated><title type='text'>Singapur - Miasto Lwa</title><content type='html'>&lt;div align="left"&gt;Wizytę w Mieście Lwa (Singa - lew, pura - miasto) rozpoczełyśmy w hinduskiej dzielnicy Little India, która powitała nas magicznymi dekoracjami z okazji Deepavali - święta świateł. Po wypiciu wspaniałej kawy z gęstym, lepkim od cukru mlekiem wyruszyłyśmy na perfekcyjne ulice miasta-państwa. &lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="justify"&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5280850518549685618" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 240px; CURSOR: hand; HEIGHT: 320px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUlZkUYXZXI/AAAAAAAABDM/XPBD4JuymD4/s320/1+(Medium).JPG" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Dzielnica Singapuru - Little India w przeddzień święta &lt;em&gt;"deepavali"&lt;/em&gt; - święta świateł&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Singapur, który w swoim idealiźmie, ma zachwycać, mnie krępował. Pedantycznie czyste ulice, idealne trawniki, palmy wyglądające jak sztuczne i zakazy prawie wszystkiego, powodowały, że czasami czułam się w tym mieście jak w muzeum Azji. &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Singapur sprawia wrażenie sztucznej oazy, w której żyje się według ściśle okraślonych zasad. Już w samolocie, każdy pasażer otrzymuje deklarację z opisem kilku podstawowych zakazów obowiązujących w tym kraju. Jednym z nich, który zdziwił mnie najbardziej jest zakaz posiadania, przywożenia i żucia gumy do żucia. w trakcie naszego kilkudniowego pobytu, sprawdzałam w każdym kiosku, sklepie czy rzeczywiście nie ma w tym kraju gum. Potwierdzam - nie ma! &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Obowiązkowym miejscem do zobaczenia w Singapurze jest majestatyczne i niesamowite City Center. Centrum drapaczy chmur, które wyglądają jakby konkurowały o tytuł najpiękniejszego, wzbijając się w niebo!&lt;/p&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5280855070045954450" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUldtQBo4ZI/AAAAAAAABDU/W_jYVFA8zt4/s320/2+(Medium).JPG" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Panorama na biznesową część Singapuru&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Spacerując po Mieście Lwa, nie można zapomnieć o wizycie u Pana Merlina, który jest wizytówką miasta państwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5280856379751437618" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://1.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUle5fDwlTI/AAAAAAAABDc/8LwsPj_qLLc/s320/3+(Medium).JPG" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Biznesowa część Singapuru i miniaturowy Merlin&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Zwiedzając Singapur nie sposób nie zauważyć, że jest to państwo duriana - owocu, który ma tyle samo zwolenników co wrogów. Durian charakteryzuje się wyjątkowo grubą skórką z kolców i bardzo nieprzyjemnym zapachem. W Singapurze, jak i w innych krajach, spożywanie duriana jest zakazane w miejscach publicznych. Nie wolno go przewozić komunikacją miejską i wnosić do hoteli czy barów. Jego smak można określić jako mieszankę smażonego czosnku, cebuli, śmietanowego sera i migdałów. W przypadku pobrudzenia ubrania sokiem, jego ostry i odurzający zapach, utrzymuje się przez wiele godzin. &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;W Singapurze, na cześć duriana, zbudowano dwa budynki na kształt tego owocu, w których mieszczą się sale koncertowe i centrum kulturalne miasta.&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5280858492940286642" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUlg0fTPerI/AAAAAAAABDk/0zrgbQHtd9E/s320/4+(Medium).JPG" border="0" /&gt; Centrum kulturalne Singapuru w kształcie duriana&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img id="BLOGGER_PHOTO_ID_5280858988275924322" style="DISPLAY: block; MARGIN: 0px auto 10px; WIDTH: 320px; CURSOR: hand; HEIGHT: 240px; TEXT-ALIGN: center" alt="" src="http://2.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUlhRUkdfWI/AAAAAAAABDs/R330JLXGaDM/s320/5+(Medium).jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Durian właściwy - &lt;em&gt;Durio zibethinus&lt;/em&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Singapur zachwyca, zawstydza, irytuje zakazami, porusza swym urokiem i kusi. Bogaty, kolorowy i uporządkowany w ciągu dnia pachnie kwiatami i olejkami a nocą, mieni się światłami jak bożonarodzeniowa choinka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Olodum i Grzybek!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3958574640133362596?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3958574640133362596/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/singapur-miasto-lwa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3958574640133362596'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3958574640133362596'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/singapur-miasto-lwa.html' title='Singapur - Miasto Lwa'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUlZkUYXZXI/AAAAAAAABDM/XPBD4JuymD4/s72-c/1+(Medium).JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-4455043860783008302</id><published>2008-12-12T23:03:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T23:04:05.338+01:00</updated><title type='text'>Smak chińskiej herbaty</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;.... Otwórz puszkę z herbatą, a wyruszysz w podróż.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Podaj herbatę w czarce lub miseczce a rozpoczniesz aromatyczną przygodę ....&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Hinduski książę Bodhidharma przybył do Chin, by nauczać buddyjskiej wiary, poprzysiągł , że przez siedem kolejnych lat, nie zmruży oka. Gdy zdarzyło mu się zasnąć , ze wstydu odciął sobie powieki i zakopał je w ziemi.  Z tego "ziarna" wyrósł pierwszy krzew herbaty, który rozrósł się po całych Chinach.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Legenda mówi również o cesarzu, który odpoczywał w swoich ogrodach, popijając wodę z czarki. Gdy oddawał się medytacji, z rosnącego w pobliżu krzewu, spadł listek zielonej herbaty, wprost do naczynka z wodą. Kiedy cesarz napił się tego naparu w jego ciało wstąpiła siła, rozjaśniły się myśli i uradowało serce. Tak powstała herbata, której kolebką są Chiny.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Odkrycie herbaty w Chinach zrewolucjonizowało styl życia mieszkańców i władców oraz z czasem ... całego świata.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Cesarze następnych dynastii, posiadali już herbaciane ogrody i bogate zapasy tego boskiego napoju. Liście herbaty zbierane były przez szczupłe, delikatne palce młodych dziewcząt.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Z biegiem lat, tradycja picia herbaty, stała się rytuałem. Literaci pisali o tej roślinie poematy, dokonywali klasyfikacji i ustalali zasady degustacji. Chińczycy mieli w zwyczaju pić herbatę o każdej porze dnia. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Powtawały herbaciarnie, w których spędzano czas na degustacji boskiego napoju. Bywalcy, udawali się tam, również po to by przeczytać gazetę, zagrać w mah-jong, go lub porozmawiać. Wieczorami przybywali panowie z klatkami, w których mieszkały ptaszki. Wierzyli, że wtedy ich siła witalna ( ch i ) występowała w najczystszej postaci. Kobiety mogły wejść do herbaciarni dopiero od 1930 roku. W herbaciarniach sprzedawano wodę do gotowania i przyrządzania herbaty. Podróżnicy mogli tam nie tylko się umyć ale spędzić noc. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W Chinach, picie herbaty stało się ważną ceremonią, w której obowiązują zasady. Niektórzy miłośnicy tego naparu, mieli w swoich domach, specjalnie wyznaczone pokoje, w których odbywała się degustacja. Mistrz ceremonii musiał przestrzegać rytualnych gestów. Proces parzenia odbywał się bez pośpiechu i w skupieniu.Obyczaj wymagał, aby zarówno goście, jak i sam mistrz wąchali aromat naparu i degustowali go  małymi łyczkami.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Mistrzowie herbaty uczą " nie szukajcie przepisów, poznajcie ducha herbaty...". " Picie herbaty zawiera w sobie dążenie do uzyskania piękności gestów, przedmiotów i serca, by ofiarować ją przyjaciołom".&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/herbata.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Herbata oczarowała wielu. Jej bogactwo można opisać tysiącem słów. Jej smak zależy nie tylko od gatunku ale wody i naczynia, z którego pijemy. Każdy łyk tego boskiego napoju, przenosi nas w inne miejsce. Jest swoistą podróżą po egzotycznym świecie aromatów.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Pijąc Darjeeling, zwaną inaczej "szampanem", wśród czarnych herbat, przenosimy się do Indii, skąd pochodzi. Gdy zaparzamy Olong - smoczą herbatę, zwiedzamy zmysłami Chiny i Tajwan. Earl Grey zabiera nas w podróż po Sri Lance. Biała herbata opowiada nam historię chińskich prowincji Fujian i Hunan. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Dla nas herbata była już przewodnikiem po Sri Lance i Pekinie. Teraz mamy nadzieję, spotkać ją ponownie we wrześniu, w Cameron Highlands w Malezji.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Herbatę pija się na całym świecie. Każdy kraj ma swój sposób jej parzenia i podawania. W Polsce zabijamy herbatę cytryną, ale czy to nie wspaniały sposób na jesiennozimowe wieczory ... ?&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;- OLODUM I GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-4455043860783008302?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/4455043860783008302/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/smak-chiskiej-herbaty.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4455043860783008302'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4455043860783008302'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/smak-chiskiej-herbaty.html' title='Smak chińskiej herbaty'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7644713371450466244</id><published>2008-12-12T23:03:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T23:03:36.513+01:00</updated><title type='text'>Made in Beijing</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;  Nasza podróż do Pekinu nie była skrupulatnie przygotowana. Pomysł zwiedzenia stolicy Chin pojawił się nagle. Trzeba było szybko się spakować i kupić przewodnik. Na pobyt w prawie 15-milionowym mieście, miałyśmy tylko tydzień. Plan nakreślony w trakcie lotu był bardzo napięty. Wiedziałyśmy, że mamy zbut mało czasu by poznać to ogromne miasto i jego mieszkańców. By zyskać na czasie, wbrew zasadom urlopu, codziennie wstawałyśmy bardzo wcześnie. Nasze organizmy zwariowały. Wyjątkowo źle znosiłyśmy zmianę czasu. Nie przeszkadzało nam to jednak w zobaczeniu najważniejszych miejsc chińskiej metropolii. O ogromie Pekinu przekonałyśmy się już pierwszego dnia. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Zwiedzenie Zakazanego Miasta i Placu Tiananmen, z wielkim portretem przewodniczącego Mao Zedonga, zajęło nam cały dzień. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/zakazane_miasto_m.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Olodum w Zakazanym mieście&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W sandałach, z zieloną herbatą w butelkach, przemierzałyśmy kolejne cesarskie pawilony i świątynie. Późnym popołudniem, ledwie powłócząc nogami wróciłyśmy do naszego hostelu, gdzie każdego dnia klimat tego miejsca przywracał nam siły i budził zmysły. Mieszkałyśmy w starej części Pekinu, w dzielnicy hutongów. Nasz hostel reprezentował typową, starochińską zabudowę. Były to cztery szare, przylegające do siebie budynki z dziedzińcem. Drzwi i okna pomalowane były tradycyjnie na kolor szczęścia i pomyślności - czerwony. Każdego ranka budził nas śpiew ptaków, mieszkających w bambusowych klatkach zawieszonych na drzewie. Pijąc z czarek zieloną herbatę, codziennie witałyśmy się z żółwiami i złotymi rybkami. Wieczorami nasz hostel oświetlany był czerwonymi lampionami i rozbrzmiewał tradycyjną muzyką chińską. Przechodząc próg hostelu, miałyśmy wrażenie, że wkraczamy do innego świata, do przeszłości. Za drzwiami zostawał głośny, zatłoczony i nowoczesny Pekin z drapaczami chmur. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/hostel_w_pek1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/hostel_w_pek2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Nasz hostelik - Beijing Houhai Youth Hostel&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Godzinami siedziałyśmy na naszym dziedzińcu, pijąc wspaniałe chińskie piwo i rozmawiając z młodymi właścicielami hostelu. W naszym przypadku, byli to jedyni Chińczycy, którzy choć trochę mówili po angielsku. To Oni, każdego dnia przygotowywali nam karteczki z chińskimi nazwami miejsc, które chciałyśmy zobaczyć. Bardzo nam to ułatwiło poruszanie się taksówkami. Również dzięki naszym znajomym z hostelu, udało nam się skosztować wyśmienitej kaczki po pekińsku i degustować conajmniej dziwnych potraw z mongolskiego kociołka. Wspaniałe, orientalne, chińskie jedzenie było nagrodą po całym dniu zwiedzania. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Już drugiego dnia wyruszyłyśmy do Badalling, by wspiąc się na najwyżej położony i dostępny fragment Chińskiego Muru. Po dwóch godzinach drogi, ukazał się naszym oczom wielki, majestatyczny Mur Chiński, który jak leniwy wąż wił się pomiędzy górami. Jak zwykle w takich miejscach, przystanełyśmy na chwilę, by nacieszyć oczy, nakarmić duszę a wszystko zarejestrować naszymi aparatami. Widziałyśmy historię, tradycję, budowlę, którą jako jedyną widać na planecie Ziemi z kosmosu.  &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/mur_chinski.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Wielki Mur Chiński - Badalling&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Nastęnego dnia, wczesnym rankiem wyruszyłyśmy autobusem w kierunku Pałacu Letniego. Ogromny kompleks letniej rezydencji cesarza, zwiedzałyśmy cały dzień, zauroczone magią i nastrojem tego miejsca. Płynąc smoczą łodzią popijałyśmy zimną, zieloną herbatę. To miejsce wyjątkowo nas urzekło. &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/palac_letni.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/palac_letni2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Grzybek i Olodum w Pałacu Letnim&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;  Kolejne dni spędzałyśmy na zwiedzaniu świątyń: Lamaistycznej i Konfucjusza. Szczególnie ta druga zrobiła na nas duże wrażenie. Udzieliłam się nam wszeogarniający spokój i harmonia. Siedziałyśmy na ławeczce pod drzewem, słuchając wiatru tańczącego w dzwonkach. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Nie brakło nam też czasu by zobaczyć Świątynię Nieba o imponującym niebieskim dachu. Świątynię, która została  zbudowana bez użycia ani jednego gwoździa. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Byłyśmy również w Parku Beihai, gdzie każdego ranka, starsi przedstawiciele chińskiego narodu, ćwiczą Tai Chi. Zanim rozpoczną ćwiczenia i medytację, nakreślają mokrym pędzlem chińskie znaki na betonie, wokół miejsca, w którym mają zamiar trenować. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/park_beihai_-_grzybek.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Grzybek w parku Beihai&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W Pekinie czułyśmy się bardzo bezpiecznie. Poruszałyśmy się głównie taksówkami, ale też i metrem, które ma cztery linie doskonale opisane w języku angielskim. Chińczycy, nieco dla nas za głośni, wydali nam się mili i pomocni. Żałowałyśmy, że nie mówią po angielsku ani jednego słowa i że "rozmowa" z nimi jest taka trudna. Czasami byłam poirytowana brakiem kojarzenia z ich strony. Robiłam wszystko ( na migi ), by mnie zrozumieli. Oni jednak sprawiali wrażenie, jakby ktoś zamroził im mózg. Nie ma co się dziwić, gdyż przez całe życie ktoś za nich myślał. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy kilka razy musiałyśmy pozować do zdjęć jako atrakcja. Było to dziwne uczucie występować w roli małpki, ale śmieszne. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/nowoczesny_pekin.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Handlowa ulica Wangfujing w Pekinie&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pekin jest ogromną metropolią, która dziś jest wielkim placem budowy, pokrytym pyłem cementu. Na każdej ulicy trwają prace remontowe. Chińczycy w pocie czoła przygotowują się do olimpiady. Nieprawdą jest, że burzy się stare budynki i stawia tylko wieżowce. Miejsce rowerów rzeczywiście zajęły samochody, ale nadal dba się tam o tradycję i historię. Zbliżające się wielkimi krokami, igrzyska olimpijskie wywołują wiele kontrowersji. Chiny to kraj, w którym codziennie łamane są prawa człowieka, ale też kraj wielu milionów zwykłych ludzi, dla których olimpiada nie jest imprezą polityczną a wyróżnieniem chińskiego narodu!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;   &lt;p align="left"&gt;Olodum i Grzybek!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7644713371450466244?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7644713371450466244/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/made-in-beijing.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7644713371450466244'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7644713371450466244'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/made-in-beijing.html' title='Made in Beijing'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7881462952029229866</id><published>2008-12-12T23:01:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T23:02:04.905+01:00</updated><title type='text'>Z lizbońskich dzienników</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Largo De Santa Luzia oblane jest słońcem. Z tarasu rozciąga się widok na błękitny Tag. Białe żagielki suną sennie, tańcząc z niedzielnym wiatrem. Czerwone dachy kamienic, tworzą schody do tajemniczej Alfamy. Pomimo niedzieli białe wieżyczki kościołów, wydają się śpiące. Milczące dzwony, błękitne niebo, niemrawe tramwaje.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/lisbon1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Lizbona w całej swojej okazałości :-)&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Ostatni dzień tygodnia, pierwszy dla chrześcijan, jest wyjątkowo spokojny w tym mieście. Bary, sklepiki, kawiarenki odpoczywają dziś wraz z ich pracownikami. Nam także kończy się drugi tydzień pobytu w Lizbonie, kończy się urlop. Te ostatnie dni zawsze są takie dziwne, milczące, wolniejsze. Nie mamy już precyzyjnych planów, tylko serca pełne wspomnień. Dopieszczamy ostatnie chwile nastrojem. Siedzimy na tarasie Santa Luzia i upajamy się magią tego miejsca.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Dziś jeszcze kolory mienią się w fasadach kamienic, barwne kafelki odbijają promienie słońca, błękit nieba rywalizuje z bielą kościołów. Za kilka dni ogarnie nas szarość późnej jesieni w Warszawie i tylko opalona skóra, zakupione pamiątki i Muzyka z Lizbony, pomogą nam przetrwać bez kolorów i słońca. Do następnego razu ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/lisbon2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Grzybek :-) ...&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/lisbon3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;... i Olodum :-)&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!!!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7881462952029229866?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7881462952029229866/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/z-lizboskich-dziennikw.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7881462952029229866'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7881462952029229866'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/z-lizboskich-dziennikw.html' title='Z lizbońskich dzienników'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-1103732681891021384</id><published>2008-12-12T23:01:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T23:01:32.312+01:00</updated><title type='text'>W ustach piekieł</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Kiedy poznałyśmy już Lizbonę, przestałyśmy się gubić a mięśnie nóg przyzwyczaiły się do pokonywania setek schodów dziennie, wyruszyłyśmy na prowincję Portugalii. Przez ostatni tydzień, każdego ranka, nieco zaspane, szłyśmy przez miasto w kierunku dworca Cais do Sodre, by tam wsiąść w pociąg, który wiózł nas nad Ocean. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Trasa wiodła wzdłuż wybrzeża, widok zapierał dech. Codziennie wysiadałyśmy na innej stacji, poznając urocze miejsca. Dzień rozpoczynałyśmy od mocnego espresso nad samym Oceanem. Godzinami spacarowałyśmy po małych miasteczkach. W Cascais mijałyśmy skaliste plaże by dotrzeć do Boca do Inferno ( usta piekieł lub inaczej wrota piekieł), miejsca, które skrywa wąskie, skalne jaskinie. Wpływająca tam woda, rozbryzguje się o skały, tworząc niesamowity widok. Nakarmiłyśmy tu nasze aparaty pięknymi widokami i ruszyłyśmy w dalszą drogę. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/cascias_3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Latarnia w Cascais - plaża St.Marty :-)&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/cascais2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Boca do Inferno &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Cascais i Estoril łączy deptak, prowadzący wzdłuż plaż, przy których ciągną się rzędy barów, barków i restauracyjek.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/cascais4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Urocze miasteczko Cascais&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W Estoril znalazłyśmy niewielką plażę, na której odpoczywałyśmy przez kilka dni czerpiąc energię ze słońca i szumu Oceanu. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Brakło nam czasu, by zwiedzić Sintrę i postawić stopy na najdalej wysuniętym skrawku Europy. &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/cascais.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   I tak każdego dnia, na dworcu Cais do Sodre, kupowałyśmy bilet, za niewiele ponad euro, w tym samym okienku, w tej samej wiekowej kasie. Zdradzałyśmy Lizbonę, by poznać jej mniejsze, lecz nie brzydsze siostry. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wieczorami, tą samą trasą, wracałyśmy do ukochanej Lizbony na kolację w klimatycznej knajpce przy butelce czerwonego wina. Późno w nocy spacerowałyśmy po tłocznym Bairro Alto i wyludnionym Baixa. Lizbona nocą, odkrywała przed nami swe kolejne oblicze. Podświetlona tysiącami świateł, była jeszcze bardziej dostojna i magiczna. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Upojone nastrojem, słońcem i czerwonym winem, wracałyśmy do hostelu by następnego ranka znów wsiąść w pociąg do Cascais i poczuć na twarzy wiatr wiejący od Oceanu ...;)&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-1103732681891021384?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/1103732681891021384/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/w-ustach-piekie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1103732681891021384'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1103732681891021384'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/w-ustach-piekie.html' title='W ustach piekieł'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3229141368706054194</id><published>2008-12-12T22:58:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T22:58:56.179+01:00</updated><title type='text'>Port odkrywców</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Do Belem dotarłyśmy w niedzielne przedpołudnie. Klimat tej portowej dzielnicy urzekł nas tuż po tym jak wysiadłyśmy z tramwaju. Pogoda była piękna, cudowny słoneczny dzień, wiatr od Tagu przywiewał wspomnienia i legendy.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/grzybek_w_belem.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Grzybek w Belem :-)&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;    To tutaj w porcie Belem wszystko się zaczęło. Stąd rozpoczynała się każda wielka wyprawa portugalskich żeglarzy - odkrywców. Siedząc pod palmą wyobrażałyśmy sobie Lizbonę 08 lipca 1497, kiedy to Vasco da Gama wyruszył w wyprawę do Indii, w taki sam piękny słoneczny dzień. Miał pod swoimi rozkazami cztery okręty Sao Gabriel, Sao Rafael, Berrio i okręt transportowy, oraz 160 ludzi załogi, z czego znaczną część stanowili skazańcy. Pierwotnie, wyprawę tę miał poprowadzić ojciec Vasco - Estavao da Gama, który zmarł w trakcie przygotowań. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Trasa wyprawy wiodła przez Atlantyk. Pomimo, że część drogi była już znana, rejs nie należał do łatwych. Vasco musiał pokonać bunty załogi, wielokrotne sztormy i szkorbut, który zbierał żniwo wśród żeglarzy. Do celu dotarł 20 maja 1498 roku. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W drodze powrotnej, na szkorbut zmarła znaczna część załogi. Z 160 osób do Portugalii wróciło jedynie 55. Po swoim wielkim powrocie do Ojczyzny we wrześniu 1499 , Vasco da Gama otrzymał tytuł admirała mórz indyjskich i  został powitany jako bohater i odkrywca. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   To była pierwsza wielka wyprawa, lecz nie ostatnia. Vasco da Gama przyczynił się do sukcesów Portugalii i wzrostu potęgi kolonialnej. Zmarł w Koczinie, w południowej części Indii. Pochowano go w pierwszym indyjskim kościele katolickim, skąd póżniej przywieziono jego szczątki do Ojczyzny.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/duch_i_vasco.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Manueliński sarkofag ze szczątkami Vasco da Gamy w klasztorze Hieronimitów w Belem.&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Dziś można spotkać ducha Vasco w klasztorze hieronimitów w Belem, gdzie setki lat temu, modlił się wraz z załogą, przed każdą wyprawą za ocean.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/klasztor_w_belem.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Klasztor Hieronimitów w Belem na zachodnim przedmieściu Lizbony&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!!!&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3229141368706054194?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3229141368706054194/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/port-odkrywcw.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3229141368706054194'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3229141368706054194'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/port-odkrywcw.html' title='Port odkrywców'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6352547315685898765</id><published>2008-12-12T22:57:00.000+01:00</published><updated>2008-12-12T22:58:11.867+01:00</updated><title type='text'>Inwazja kogutów z Barcelos :-)</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Spacerując magicznymi uliczkami Lizbony, poczułyśmy na sobie czyjś wzrok. Setki małych oczek, przypatrywało się nam z witryn sklepowych. Półki z pamiątkami uginały się od figurek kogucików z Barcelos. Wizerunek kolorych ptaszków ozdabiał wszystko, od koszulek po serwetki i torby. Wszechobecne figurki kogucików wzbudziły naszą ciekawość. Tak jak na Sri Lance, w każdym domu, hostelu, sklepie czy restauracji stała figurka złotego koguta przynoszącego szczęście, tak i w Portugalii, ten ptak ma swoją legendę. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;    &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kogucik.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wiele wieków temu pewien galicyjski pielgrzym został niesłusznie oskarżony o morderstwo. Jego ostatnim życzeniem przed egzekucją było złożenie oświadczenia przed sędzią, który zgodził się go wysłuchać w trakcie kolacji. Przyprowadzono pielgrzyma przed oblicze przedstawiciela prawa, który siedział za suto zastawionym stołem. Wtedy pielgrzym rzekł, wskazując na półmisek z pieczenią: "to, że jestem niewinny, jest tak samo pewne, jak to, że kogut zapieje, gdy zostanę powieszony".&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Gdy skazańcowi zawieszono pętlę na szyję, lężacy na półmisku sędziego upieczony kogut wstał i zapiał. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pielgrzyma ułaskawiono, sędzia stracił główne danie kolacji, a kogut stał się symbolem narodowym i talizmanem szczęścia. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;- OLODUM I GRZYBEK!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6352547315685898765?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6352547315685898765/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/inwazja-kogutw-z-barcelos.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6352547315685898765'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6352547315685898765'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/inwazja-kogutw-z-barcelos.html' title='Inwazja kogutów z Barcelos :-)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8880910532679994909</id><published>2008-12-12T22:56:00.000+01:00</published><updated>2008-12-12T22:57:34.538+01:00</updated><title type='text'>Fado meu fado</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Każda nasza podróż ma wiele wymiarów. Wyruszamy by poznawać, poszukiwać i kolekcjonować doznania. Znajdujemy egzotykę, mieszaninę kultur, różnorodność obyczajów i tradycji. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wracając przywozimy setki fotografii, pamiątki, opowieści i przede wszystkim wrażenia. Szukamy duszy każdego kraju, w którym dane jest nam być. Duszą miast, wiosek, plaż, świątyń i katedr jest dźwięk. Każde miejsce brzmi inaczej. Każdy kraj rozbrzmiewa inną Muzyką, od malezyjskiego rocka po brazylijską bossa-novę. Portugalia bez wątpienia nuci Fado. Każda uliczka w Lizbonie to wyśpiewana historia Fado. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Fado, podobnie jak argentyńskie tango, narodziło się w biednych dzielnicach portowych. Pełne nieskażonej energii, świeżości, erotycznej śmiałości snuje melancholijne opowieści o przeszłości Portugalii, teraźniejszości oraz niewiadomej przyszłości. Fadistas (śpiewacy) rzewnie wspominają podboje i wyprawy bohaterskich konkwistadorów. Śpiewają o swojej miłości - o Lizbonie, która jest kochanką czułą, niezaspokojoną, piękną i tragiczną. Portugalska rzeka Tag otulająca miasto to wzburzona krew kochanków. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pieśni Fado to liryczne opowieści, przepełnione miłością, namiętnością, tęsknotą, zdradą i smutkiem. Fado to muzyka zadymionych tawern, krętych uliczek Alfamy, ciemnych zaułków Lizbony. Fado to czerń. Kobiety śpiewające Fado ubierają się w czarne suknie, narzucając na ramiona charakterystyczne chusty. Fado nazywane czasem portugalskim bluesem, to nie tylko śpiew, ale również brzmienie dwóch gitar. Istnieją dwa podstawowe rodzaje klasycznego fado: z Lizbony (śpiewane zarówno przez mężczyzn jak i kobiety) i śpiewane wyłącznie przez mężczyzn fado z Coimbry.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Niekwestionowaną i uwielbianą boginią Fado jest legendarna Amalia Rodrigues. Czczona za życia, czczona po śmierci. Podczas pobytu w Lizbonie znalazłysmy mały sklepik muzyczny, tylko z muzyką Fado. Witryna tego sklepiku była swoistym ołtarzem poświęconym pamięci wielkiej Amalii Rodrigues.  &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Do niedawna Fado było znane tylko w zamkniętych kręgach portugalskich słuchaczy. Obecnie najbardziej znaną artystką, która kontunuuje tradycję Fado jest Mariza! Dzięki niej cały świat na nowo zachwyca się tymi lirycznymi pieśniami. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Fado stało się wizytówką Lizbony, atrakcją turystyczną. Mamy wrażenie, że straciło na autentyczności. W wielu miejscach i knajpach organizowane są wieczory z Fado. Eleganckie restauracje, z białymi obrusami  zachęcają turystów wyeksponowanym na witrynach słowem "Fado tonight". Tymczasem prawdziwe Fado kryje się w niepozornych, ciemnych knajpach. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/gfgd_dtt46rs_barffzsgt.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Nam udało się być na takim występie. Tłum spragnionych Muzyki ludzi, stłoczonych w ciasnym i zadymionym barze. Na stolikach butelki czerwonego wina, skupienie na twarzach przybyłych i łzy spływające po policzkach po pierwszych dźwiękach portugalskiej gitary. Wrażeń nie da się opisać. Każda z nas przeżyła to na swój sposób. Portugalczycy nie rozumieją jak można słuchać Fado nie znając języka, my nie rozumiemy, ale czujemy...!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;P.S gorąco polecamy dvd MARIZY "Concerto em Lisboa"!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8880910532679994909?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8880910532679994909/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fado-meu-fado.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8880910532679994909'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8880910532679994909'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fado-meu-fado.html' title='Fado meu fado'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8773748836713840931</id><published>2008-12-12T22:52:00.003+01:00</published><updated>2009-01-22T14:40:50.020+01:00</updated><title type='text'>Azulejos, czyli kafelki</title><content type='html'>&lt;div align="left"&gt;   Azulejo wywodzi się od arabskiego al-zulecha, oznaczającego kamyk. Obyczaj zdobienia fasad kamienic, wnetrz domów, restauracji i ścian, do Portugalii, sprowadzili w VIII w. Maurowie. Portugalski styl wytwarzania azulejos wykształcił się w połowie XVI w., kiedy myśl techniczna pozwoliła na malowanie bezpośrednio na glinie. Z kafelków tworzono obrazy religijne. Bogaci Portugalczycy zamawiali wielkie sceny bitew i polowań, które spoczywały dumnie na głównych ścianach salonów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/fdfgfdgdfgdfgdfgdgdf.jpg" border="0" /&gt; &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;div align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kaf3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;  &lt;br /&gt;Pod koniec XVII w., szczególnie modne stały się kafelki białoniebieskie, wzorowane stylem holenderskim. Po wielkim trzęsieniu ziemi, fasady budynków pokrywane były skromniejszymi kafelkami. Uważano je za dobry materiał izolujący przed ogniem i deszczem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kaf2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;&lt;br /&gt;W połowie XIX w., azulejos produkowano na skalę masową. Zdobiono nimi sklepy, fabryki i domy. Azulejos stały się wizytówką Lizbony i Portugalii. Do dziś można podziwiać je na stacjach lizbońskiego metra, na fasadach starych kamienic i we wnętrzach restauracji i sklepów. &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;   Wrażenie jakie tworzy słońce, odbijające się o kolorowe kafelki jest nie do opisania. W zależności od pory dnia i odbicia promieni słonecznych kamienice wyglądają inaczej. &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;   Sztuka azulejos urzekła nas i zauroczyła. Pierwsze dni spędzałyśmy na fotografowaniu poszczególnych kafelków z kamienicznych ścian. &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;   Wybrałyśmy się również do muzeum azulejos w Lizbonie, by poznać tajniki powstawania i historię tych cudów. Tam dowiedziałyśmy się o kolejności nakładania barwników i procesie wypalania płytek. Jeden z tych cudów kafelkowej sztuki, dzisiaj stoi na naszej półce, czekając na honorowe miejsce w ścianie w nowym mieszkaniu. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kaf1.jpg" border="0" /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;div align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kak6.jpg" border="0" /&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!!!&lt;br /&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8773748836713840931?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8773748836713840931/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/azulejos-czyli-kafelki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8773748836713840931'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8773748836713840931'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/azulejos-czyli-kafelki.html' title='Azulejos, czyli kafelki'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-989066275641772588</id><published>2008-12-12T22:51:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T22:51:57.120+01:00</updated><title type='text'>Lisboa meu Lisboa</title><content type='html'>&lt;div align="left"&gt;   Lizbona to miasto, w którym można mieszkać, żyć, zestarzeć się i... umrzeć! Pomimo pobytów w wielu miastach i krajach, nigdy nie myślałam o wyprowadzeniu się z Polski! Kiedy moi znajomi masowo emigrowali do krajów unii, ja nie brałam wyjazdu pod uwagę. Po wizycie w Lizbonie, to się zmieniło. Znalazłam swoje miejsce na ziemi! Zakochałam się w klimacie tego miasta, w krętych uliczkach Alfamy, w pielęgnowaniu tradycji i oczywiście w Muzyce! W ciągu dwóch tygodni pobytu w Lizbonie, udało nam się poznać urocze zakątki miasta, jego tajemnice i poczuć niepowtarzalny nastrój!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;div align="left"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/oli.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Pierwszy spacer po Lizbonie!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/marti.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Degustacja smażonych kasztanów!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt; &lt;div align="left"&gt;   Lizbona jest jak ciastko z kremem. Oblana Tagiem jak sosem czekoladowym, pachnie bakaliami i pieczonym ciastem. Ułożona warstwami, wdzięczy się do słońca.&lt;/div&gt;  &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/aaaaa.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Miłe chwile na Alfamie!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/bbbb.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div align="left"&gt;  Poznawałyśmy Lizbonę podczas spacerów. Wędrując w rytm Fado po wszystkich dzielnicach tego miasta. W dzień stolica Portugalii zapraszała nas na kawę na Baixa, wieczorem na czerwone wino na Alfamie. Weekendy należały niezaprzeczalnie do Bairro Alto! To tam każdego wieczoru (szczególnie w piątki i soboty) tysiące młodych ludzi i nie tylko, bawi się w setkach knajpek i lokalików. Muzyka płynie wśród ciemnych uliczek, odbijając się echem o kolorowe ściany kamienic. To właśnie tam, pewnego piątkowego wieczoru w kilku knajpkach rozbrzmiało Depeche Mode, dla dwóch dziewczyn z Polski!&lt;br /&gt;   Weekendowe życie na Bairro Alto rozpoczyna się nie wcześniej niż o 23.00. Ożywają knajpki, schodzą się ludzie. Ulice wypełnia gwar rozmów, zapach potraw z restauracyjnych kuchni i dźwięki przejmującego Fado!&lt;br /&gt;&lt;/div&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;br /&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/iiiii.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Sardinhas grelhada!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/ttttt.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;    Również na Bairro Alto znalazłyśmy miejsce, w którym zatrzymał się czas, które tonie w muzyce i woni kadzideł. Portas Largas, czyli "otwarte dzrzwi". Magiczne miejsce, wspaniały nastrój, przyjazna obsługa!&lt;br /&gt; &lt;br /&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/popo.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Portas Largas to lokal, w którym ściany pokryte są białoczarnymi kafelkami w stylu szachownicy, ze starą kasą na barze i antycznymi radioodbiornikami na półkach. To tam wieczorami, właściciele zapraszali nas na koncerty dvd gwiazd muzyki portugalskiej i brazylijskiej. Goście Portas Largas siedzieli jak zahipnotyzowani, wpatrzeni w wielki ekran wiszący nad barem, urzeczeni dźwiękiem i obrazem. Dzięki naszemu ulubionemu kelnerowi, domowa kolekcja płyt wzbogaciła się o takie skarby jak Mariza, Amalia Rodrigues, Ana Carolina i Seu Jorge, oraz Adriana Calcanhotto!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/hjhgygy.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Każdemu, kto wybiera się do Lizbony polecamy z radością wizytę w Portas Largas na tajemniczej ulicy Rua da Atalaia!!!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;-GRZYBEK I OLODUM!!! &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-989066275641772588?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/989066275641772588/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/lisboa-meu-lisboa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/989066275641772588'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/989066275641772588'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/lisboa-meu-lisboa.html' title='Lisboa meu Lisboa'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7265324062062304094</id><published>2008-12-12T22:50:00.000+01:00</published><updated>2008-12-12T22:51:19.887+01:00</updated><title type='text'>Lisbon story</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   W środę, w południe na Beco de Sao Miguel, ciszę przerwały dzwony kościelne. Wystraszone brzmiącym dźwiękiem gołębie, wzleciały do słońca. Po chwili znów nastała cisza na Alfamie. Cisza w rytmie Fado.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   I znów słońce tańczy w fasadach kamienic, wyodrębniając nieśmiało sztukę azulejos. Kobieta w czarnej sukience weszła do kościoła.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Czas się zatrzymał. Czarnobiałe fotografie wiszą na ścianach restauracji Santo Antonio de Alfama.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Kilka dni wcześniej to miejsce wyglądało inaczej. Wokół placu rozstawione były spotlighty i statywy. Na schodach kłębiły się grube kable. Kręcono film, gdy przyszłyśmy tu pierwszy raz. Okoliczni mieszkańcy siedzący na schodach kościoła, w skupieniu oglądali na żywo dalsze losy bohaterów swojego serialu. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Dla nas ta chwila nic nie znaczyła. Dla nich była wyjątkowa. Tu na Alfamie padł finalny klaps narodowego serialu. Kilka dni później na niedzielnym obiedzie z rodziną, przy kieliszku Porto siedzieli wspólnie przed telewizorem.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/alf.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Słońce sennie zaszło za deszczowe chmury. Rzewne rytmy Fado odbijały się stłumionym echem o kolorowe ściany kamienic. Słaby wiatr odudził śpiące winogrona, zapach smażonych kasztanów uniósł się na placu de Sao Miguel ...&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;   Zapraszamy do oglądania nowych galerii zdjęć. Przedstawiamy Wam dwa albumy fotografii z Lizbony. Jeden w bieli i czerni, drugi - w kolorze. Miłej podróży, czyli  BOA VIAGEM!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-GRZYBEK I OLODUM!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7265324062062304094?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7265324062062304094/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/lisbon-story.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7265324062062304094'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7265324062062304094'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/lisbon-story.html' title='Lisbon story'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8694933835387122162</id><published>2008-12-12T22:47:00.002+01:00</published><updated>2009-01-22T14:31:19.773+01:00</updated><title type='text'>Greetings from Sri Lanka</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Czytaliście już post o nowej podróży do Lisbony, ja dziś znów będę pisać o Sri Lance. Kilka dni temu nasi Przyjaciele z Tangalle, zrobili nam wspaniałą niespodziankę pisząc do nas maila! Czytając tę wiadomość, było nam bardzo miło, że pamiętają i że odwiedzili naszego bloga. Niestety nie mogli nic przeczytać z wiadomych względów, nie rozumieją języka polskiego, a szkoda!&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/111111111111111111111.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Najważniejsze jednak, że byli naszymi gośćmi chociaż na tej stronce. Oglądali nasze zdjęcia z drugiego końca świata. Sami zobaczcie co napisali!&lt;/p&gt;hello girls,&lt;br /&gt;thank you very much your mail.We were so happy to see this.if you free write us something.here every thing o.k. we saw your photoes.very nice.if you know any body come to sri lanka tell them to our address.now beach is so nice.we remember you two.we wish you good luck bye for now,I am Jaliya.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div align="left"&gt;Tych kilka zdań przypomniało nam boskie chwile w Tangalle. Cały nasz blog to "reklama" tego pięknego kraju jakim jest Sri Lanka! Myślę, że każdy, kto gościł u nas i ma w planach wizytę na Cejlonie, nie oprze się pokusie zobaczenia Raju w Tangalle! Przypominam, że guest house naszych Przyjaciół jest proponowany przez przewodnik Lonely Planet!&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;Ach jak bardzo chciałabym zobaczyć raz jeszcze naszą plażę, czy może być jeszcze piękniejsza niż była rok temu ...?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/222222222222222222.jpg" border="0" /&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="center"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;br /&gt;Ach!!! Cudo! Mam nieodparte przeczucie, że jeszcze tam wrócimy. Nie wiem kiedy, ale wiem, że na pewno! W tym roku, mniej egzotycznie, lecz równie wspaniale będziemy się bawić w Lisbonie. Już nie mogę się doczekać tych wszystkich klimatycznych knajpek i kawiarenek, rozbrzmiewających Fado, w których ściany przesiąknięte są muzyką!&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;/div&gt;&lt;div align="left"&gt;&lt;br /&gt;-GRZYBEK! &lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8694933835387122162?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8694933835387122162/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/greetings-from-sri-lanka.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8694933835387122162'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8694933835387122162'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/greetings-from-sri-lanka.html' title='Greetings from Sri Lanka'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6535460999188573171</id><published>2008-12-12T22:46:00.000+01:00</published><updated>2008-12-12T22:47:44.127+01:00</updated><title type='text'>Marzenia w rytmie fado</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Podczas każdej, dotychczasowej podróży, zachwycała nas przede wszystkim kultura, obyczaje, ludzie, krajobrazy. Pomimo, że przeżywałyśmy wspaniałe chwile, widziałyśmy niesamowite miejsca, poznawałyśmy ciekawych ludzi, zawsze brakowało nam czegoś, tego czegoś... MUZYKI!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Nawet w Brazylii, kraju samby nie było nam dane degustować jej rytmów tak często jakbyśmy tego chciały. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Obecnie los nam sprzyja, wyjaśniły się dręczące nas sprawy. Od listopada dumnie wstąpię w szeregi pracowników Polskich Linii Lotniczych LOT jako pracownik Centrum Operacyjnego. Zanim rozpocznę nową pracę, po ponad siedmiu latach "męczarni" w LGS, znów wybierzemy się w podróż. Nie tak odległą, nie tak egzotyczną lecz równie wspaniałą!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;    Tym razem w dzielnicy Lizbony - Alfama będziemy poszukiwać naszego "przeznaczenia - fatum", w kraju smutnej, lirycznej muzyki Fado!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Jak XVI - wieczni konkwistadorzy, będziemy odkrywały nowe miejsca na mapie życia!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W naszej szufladzie spoczywają dumnie dwa bilety elektroniczne na trasę WAW - CDG - LIS - CDG - WAW!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   I znów spełniamy nasze marzenia, Olodum podąży śladami Vasco de Gama, a ja odnajdę słońce w październiku!!! &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Spędzimy w Lisbonie i w okolicach pełne dwa tygodzie, rozkoszując się brzmieniem śpiewnego języka portugalskiego i muzyką Fado, której esencją jest "saudade" czyli tęsknota i melancholia!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Już od kilku tygodni, tradycyjnie Olodum "pochłania" przewodniki i ustala plan naszej nowej, tym razem, europejskiej wyprawy!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Do zobaczenia w Lizbonie, BOA NOITE!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/23359399.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6535460999188573171?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6535460999188573171/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/marzenia-w-rytmie-fado.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6535460999188573171'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6535460999188573171'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/marzenia-w-rytmie-fado.html' title='Marzenia w rytmie fado'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-802693120308453262</id><published>2008-12-12T22:41:00.003+01:00</published><updated>2008-12-12T22:46:48.907+01:00</updated><title type='text'>To już jest koniec...</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;    Ostatnie rajskie chwile w Tangalle minęły zadziwiajaco szybko . Pożegnałyśmy się z oceanem, sklepikami i naszą "prywatną" plażą. Przyjaciele z naszego hostelu "Kingfisher'a"  podarowali nam pakiet (dosłownie) lankijskich, cudownych kadzidełek. Wymieniliśmy się adresami mailowymi i ruszyłyśmy w naszą ostatnią podróż po herbacianej wyspie, do Negombo. Łzy same płyneły po policzkach, gdy opuszczałyśmy nasz RAJ   &lt;img alt="buuu" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xbuu.gif" border="0" /&gt; . &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03764a.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Oto wspaniała ZAŁOGA Kingfisher'a&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Po kilku godzinach podróży w ciszy i zadumie dotarłyśmy do Negombo, do wyjściowego punktu, gdzie niemalże miesiąc temu rozpoczełyśmy naszą przygodę po herbacianej wyspie. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03766a.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;No to w drogę...  &lt;img alt="papa" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/papa.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03768a.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Jeeeeeeeeeeeeeeeeeedziemy....  &lt;img alt="ważniak" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/wazniak.gif" border="0" /&gt;   &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Zjadłyśmy ostatnie lankijskie curry, popijając je "znaczną" ilością Lion Beer. W pewnym momencie Grzybek powiedział:&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;- "Wiesz co Olodum, mam nieodparte wrażenie, że właśnie w tej chwili powinnyśmy być już w Londynie...". To właśnie stamtąd odlatywał nasz samolot do Warszawy. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;- "A co jeśli to prawda?" - odpowiedziałam z niewymuszonym uśmiechem na twarzy. Perspektywa pozostania nadprogramowego, jednego dnia na Cejlonie wydawała mi się nad wyraz kusząca  &lt;img alt="ważniak" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/wazniak.gif" border="0" /&gt; . Z drugiej strony dopadł mnie jednak tragizm naszej sytuacji. Turysta w tak odległych zakątkach świata ograniczony jest przez daty przylotu i wylotu. Zmiana rezerwacji na inny rejs to czasami kwota dorównująca cenie biletu. W naszym przypadku było to 600 funtów. Ogarnęła nas lekka panika. Na Okęciu oczekiwali nas Przyjaciele, a my w najlepsze popijałyśmy sobie lankijskie piwo na plaży w Negombo  &lt;img alt="luzak" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/luzak.gif" border="0" /&gt; . No cóż, czas było przedsięwziąść jakieś działania, aby koszt naszego "BIG MISS", zagubienia jednego dnia, gdzieś na plaży w Tangalle, był jak najmniejszy. I w tej sytuacji nasi znajomi z lotniska okazali się niezastąpieni. Dzięki ich interwencji w biurze LOT-u oraz naszemu szczęściu w biurze SRILANKAN Airlines nasza pomyłka nic nas nie kosztowała  &lt;img alt="oczko" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/oczko.gif" border="0" /&gt; . Pierwszy raz w życiu przydały się nam przepustki oraz znajomość lotniczych procedur. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pisząc nawet teraz o "zagubionym czasie" na Cejlonie, śmieszy mnie paradoks całego zdarzenia. Olodum i Grzybek - pracownicy lotniska Okęcie, na codzień szykanujący spóźnionych pasażerów, same znalazłyśmy się w takiej sytuacji   &lt;img alt="luzak" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/luzak.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="jęzor" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/jezor.gif" border="0" /&gt; .&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;    I tak oto w ten spektakularny sposób zakończyłyśmy naszą idylliczną przygodę na Cejlonie, w  miejscu, które jest rajem na ziemi. Będąc na bezludnej plaży w Tangalle czułam się jak XIX-wieczny podróżnik odkrywający cudowne i nieodkryte miejsca na ziemskim globie. Czas się zatrzymał... &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kjk.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Nic dodać, nic ująć...&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wspólnie z Grzybkiem polecamy Wam wszystkim podróż w tamte strony. Jednakże chciałybyśmy wspomnieć o czyhających na turystę niebezpieczeństwach. Mamy na myśli ataki Tamilskich Tygrysów - LTTE.  Tuż przed rozpoczęciem naszej podróży w listopadzie 2006 roku, na Sri Lance nastąpiła eskalacja konfliktu pomiędzy rządem a LTTE. Konflikt kulturowy trwający od wielu dziesięcioleci,  w europejskich mediach został przedstawiony w sposób jednoznaczny, przerysowany i rozdmuchany. Do starć dochodzi jedynie w północnej części wyspy. Zagrożona atakami jest również stolica - Colombo. W pozostałym rejonie, w żaden sposób nie czułyśmy się zagrożone. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03756a.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03757a.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-802693120308453262?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/802693120308453262/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/to-ju-jest-koniec.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/802693120308453262'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/802693120308453262'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/to-ju-jest-koniec.html' title='To już jest koniec...'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-4946848860155903700</id><published>2008-12-12T22:41:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T22:41:52.461+01:00</updated><title type='text'>Trasa naszej podróży</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   Nasza podróż po Herbacianej Wyspie dobiega końca. Kończą się również nasze relacje i opowieści. Wkrótce, na naszym blogu pojawią się rady, porady, ceny czyli masa praktycznych informacji dla tych którzy zechcą wybrać się tam naszym szlakiem. Obiecuję, że niebawem Olodum zasypie Was bezcenną wiedzą Podróżnika - Pasjonata!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;W niedługim czasie pojawiać się będą opowieści z Tajlandii a także krótka relacja - przestroga z gorącej Brazylii! Odwiedzajcie nas, będzie kolorowo, ciekawie, zabawnie i poważnie!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Dziś przedstawiamy Wam mapkę Sri Lanki ze skrupulatnie nakreśloną trasą naszej podróży! ZAPRASZAMY!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-OLODUM I GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/maska.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;  &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/sgjdjg.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03918utuyut.jpg" border="0" /&gt;  &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;- OLODUM!!!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-4946848860155903700?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/4946848860155903700/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/trasa-naszej-podry_12.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4946848860155903700'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4946848860155903700'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/trasa-naszej-podry_12.html' title='Trasa naszej podróży'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-271112612026900571</id><published>2008-12-12T22:40:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T22:41:09.725+01:00</updated><title type='text'>Fragmenty z rajskich dzienników cz 3</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;  22 listopada 2006r.  Od kilku dni wyczuwamy nasilenie "kompleksu wakacyjnego". Nie wiemy która jest godzina ani jaki jest dzień. Piszę daty, ale jakoś bez przekonania. Kończą nam się zabrane w podróż książki. Znamy już wszystkie okoliczne sklepy i ich właścicieli. Kolekcja naszych pamiątek i prezentów wzrosła niepokojąco. Nie mamy pomysłu jak się spakujemy i żadna z nas nie chce jeszcze o tym myśleć. Podziwiamy otaczający nas raj, rozkoszujemy się w codziennych pysznościach, jakie serwują nam nasi Przyjaciele a wieczorami walczymy z moskitami. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/duszka.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Brązowa Olodum ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;  &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/plaza_1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Codzienny widok o poranku ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Każdego wieczora, przed zaśnięciem toczymy walkę na śmierć i życie. My obie kontra armia moskitów. Ich bronią są "wściekle ostre kły" a naszą - klapki! Robimy wszystko by zabić! Co wieczór, szczegółowo oglądamy całą moskitierę od wewnątrz, by nie przeoczyć żadnego latającego stwora - krwiopijcy.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Dziś była moja kolej walki z wampirami. Skrupulatnie sprawdzałam stan zamieszkania naszej moskitiery przez obcych. Padło trupem wielu wrogów, ale jak to w bitwie bywa, giną też niewinni. W trakcie nocnych obchodów, zauważyłam na różowej firance dużego, ciemnego owada. Wycelowałam broń z bliska i z perfidną satysfakcją trzasnęłam z całych sił obuma klapkami. Biedne stworzenie, nim umarło, po raz ostatni zaświeciło migoczącym blaskiem. Był to świetlik! Zrobiło mi się bardzo smutno, że zabiłam tak piękne stworzonko. Pomimo "owadofobii", ujęłam w dłonie ciało martwego świetlika i pochowałam go w muszelce.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Gdy zgasiłyśmy światło w pokoju, nasza moskitiera oblepiona była migoczącymi świetlikami. Widok był cudowny a ja nie mogłam zapomnieć o brutalnym morderstwie jakiego dokonałam.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;-GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-271112612026900571?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/271112612026900571/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fragmenty-z-rajskich-dziennikw-cz-3.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/271112612026900571'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/271112612026900571'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fragmenty-z-rajskich-dziennikw-cz-3.html' title='Fragmenty z rajskich dzienników cz 3'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2258727377657853320</id><published>2008-12-12T22:40:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T22:40:43.015+01:00</updated><title type='text'>Fragmenty z rajskich dzienników cz 2</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Nasze wakacje dobiegają końca. Codziennie robimy to samo czyli nic. Wydaje mi się też, że piszę o niczym choć jestem taka szczęśliwa. Czerpię energię ze słońca, piasku, kamienia, muszelki i wiatru. Oddycham głęboko by zapamiętać na długo zapach tego miejsca. Woń oceanu, kwiatów, kokosów, curry i kadzidełek! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Dziś byłyśmy na wspaniałym spacerze. Daleko, daleko wzdłuż plaży poniosły nas nasze klapki. Znalazłyśmy miejsce do złudzenia przypominające dziką plażę. Woda była turkusowa, piasek mięciutki i żywej duszy wokoło. Po drodze widziałyśmy przeraźliwie smutne szkielety zniszczonych budynków. Złe duchy Tsunami.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/rajska_plaza.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Rajska plaża ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/rajska_2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;W drodze ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/rajska_3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Na spacerze ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Kiedy wracałyśmy było już późno. Noc przysłoniła plażę i ocean. Tylko dźwięk rozbijających się o brzeg fal, przypominał nam, że ocean nie śpi. Idąc potykałyśmy się o wszystko, nie widząc nic w ciemnościach. Szłyśmy w gąszczu palm i bujnej roślinności. Noc obudziła wszystkie żyjątka, które grały podobnie do polskich świerszczy. W pewnej chwili naszym oczom ukazał się cud. Mijany przez nas palmowy gaj, migotał drobnymi światełkami. Te egzotyczne drzewa wyglądały jakby powieszono na nich choinkowe światełka. Nie mogłyśmy nacieszyć oczu. Wszystkie rośliny pokryte były migoczącymi, miniaturkowymi ognikami. To były świetliki!!! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Tego widoku nie zapomnimy do końca życia. Nocny spacer zapisał się na zawsze w naszych wspomnieniach. Wspaniałych wspomnieniach z herbacianej wyspy!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Gdy wróciłyśmy do hostelu czekała nas kolejna niespodzianka. Nasza ogrodowa restauracyjka była udekorowana kolorowymi lampionami, z nowo zamontowanych głośników roznosiła się muzyka a wszystko pachniało kadzidełkami, zapalonymi wszędzie. Przy jednym ze stolików siedzieli nasz Lankijski Przyjaciel i Kolega z Nowej Zelandii. Cicho i nieśmiało zapytali nas czy mamy ochotę na degustację "lankijskiego tytoniu". Przy dźwiękach muzyki i szumu oceanu, w świetle księżyca i migających świetlików, wśród zapachu kwiatów i kadzideł, paliliśmy wspólnie "lankijski tytoń", nie różniący się ani smakiem, ani działaniem od słynnego "holenderskiego tytoniu" czy też tego z warszawskiej Pragi! Było nam cudownie, chciałyśmy aby ta chwila trwała wiecznie. Noc była ciepła i piękna. Siedzieliśmy długo, rozmawiając, paląc i pijąc zimne pyszne piwo. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;-GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2258727377657853320?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2258727377657853320/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fragmenty-z-rajskich-dziennikw-cz-2.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2258727377657853320'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2258727377657853320'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fragmenty-z-rajskich-dziennikw-cz-2.html' title='Fragmenty z rajskich dzienników cz 2'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-4564463518413591665</id><published>2008-12-12T22:39:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T22:40:16.736+01:00</updated><title type='text'>Fragmenty z rajskich dzienników cz 1</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Dziś jest 20 listopada 2006r, wciąz jesteśmy w Tangalle, tym samym sympatycznym guest housie King Fisher. Dni są do siebie podobne i beztroskie. Nigdzie się nie spieszymy, niczego nie planujemy, o niczym nie myślimy! Zrezygnowałyśmy z dalszej podróży do Mirissy, by mieć więcej czasu na ten rajski odpoczynek.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Od kilku dni nie jesteśmy już jedynymi gośćmi na tej plaży. Z każdym dniem przybywa więcej turystów w okolicznych hostelach. Nasz również nie jest już pusty. Pokój obok zajmuje mężczyzna z Nowej Zelandii. Nasza baza noclegowa, z każdą chwilą staje się coraz piękniejsza. Wciąż trwają prace remontowe. Pracownicy pomimo tylu zajęć, znajdują czas na rozmowę z nami. Wciąż pytają czy czegoś nam nie trzeba i co myślimy o upiększaniu budynku i ogrodu. Doradzamy z wielką przyjemnością! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Kilka dni temu poproszono nas o wpis do księgi gości. Czyste, białe kartki aż mnie krępowały choć byłam dumna, że wpisujemy się jako pierwsze. Poprzednia księga gości, była wypełniona wpisami turystów z wielu krajów świata, niestety nie odnaleziono jej po Tsunami.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Wieczorami czytamy książki lub piszemy, siedząc w naszej restauracji pod palmą z widokiem na ocean.&lt;/span&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/palmy1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Nasz raj ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;   Do centrum miasteczka jest niedaleko. Każdego dnia wyruszamy spokojnym krokiem na zakupy i do kawiarenki internetowej. Udało nam się wysłać pierwsze maile z kilkoma zdjęciami do najbliższych i poczytać o tym co w kaju, chmmm zzzimno....&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Dni mijają nieubłaganie, podróż dobiega końca. Staramy się jeszcze o tym nie myśleć i spędzać czas tylko na odpoczynku. Kolor naszej skóry jest cudnie oliwkowy i ciemniejszy z każdą chwilą. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;Wczoraj spędziłyśmy przemiły wieczór w towarzystwie Przyjaciela Lankijczyka (imię jest nie do wypowiedzenia) i Turysty z Nowej Zelandii. Wspólnie degustowaliśmy lankijski trunek narodowy zwany Białym Arakiem. Alkohol ten w jakiś sposób powstaje z kokosa. Z wyglądu, wódka jak każda inna, smak specyficzny, pachnie jak bimber. Nie wiedzieć czemu, pija się go z colą, niestety ... &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;We czwórkę opróżniliśmy butelkę Araku do dna i dziś odczuwamy tego skutki. Boli głowa, oj boli a słoneczko świeci mocno ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-family:Georgia;"&gt;-GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-4564463518413591665?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/4564463518413591665/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fragmenty-z-rajskich-dziennikw-cz-1.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4564463518413591665'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4564463518413591665'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/fragmenty-z-rajskich-dziennikw-cz-1.html' title='Fragmenty z rajskich dzienników cz 1'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-6355164118891037670</id><published>2008-12-12T22:39:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T22:39:33.627+01:00</updated><title type='text'>Raj odnaleziony</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   17.11.06   Kiedy tuk - tuk zatrzymał się pod świeżo wymurowaną bramą KING FISHER GUEST HOUSE, pamiętam tylko promienny uśmiech pracowników i zaskoczenie w ich oczach. Wysiadając z trójkołowego pojazdu zakręciło mi się w głowie od uroku tego miejsca! Za plecami miałam soczyście lazurowy ocean z szeroką i dłuuugą plażą a przed sobą klimatyczny budynek , pachnący wciąż świeżą farbą!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03752ttt4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;KING FISHER!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03682ttt3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;"RAJ ODNALEZIONY..."&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Nasz pokój okazał się być bardzo skromnie wyposażony lecz wszystko w nim było nowe, przez nikogo jeszcze nie używane. Zanim uśmiechnięty pracownik podał nam radośnie niską cenę, wiedziałyśmy już, że zostajemy! Nie marnując czasu na nic, w ekspresowym tempie, zrzuciłyśmy z siebie ubrania z licznymi śladami podróży i założyłyśmy kostiumy kąpielowe. Nasze stroje aż krzyczały z radości na widok bajecznego słońca i błękitnej wody!!! Prawie biegiem i w podskokach dotarłyśmy na plażę. Niedbale rzucone klapki z obrażonymi minami długo czekały na nasz powrót!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pełne radości i spełnienia taplałyśmy się w wodzie, baraszkując z falami. Pogoda była wymarzona na plażowe harce! Spacerowałyśmy długo wypełniając kieszenie bogatą kolekcją rozmaitych muszelek!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03748muszelki2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;MUSZELKOWY DYWAN ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Chodząc szczęśliwe po żółtym, miękkim piasku zauważyłyśmy, że w każdym, mijanym przez nas hostelu, nasz widok powoduje poruszenie. Ni stąd ni zowąd pojawiały się nagle przed nami bieluteńkie leżaki, plażowe krzesła i stoliczki. Miejscowi machali do nas i pozdrawiali. Nikt nie był napastliwy ani męczący. Po długim spacerze zrozumiałyśmy, że od kilku godzin nie minęłyśmy na plaży nikogo. Jesteśmy same a ocean wydaje się być prywatny. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Po powrocie do naszego hostelu dowiedziałyśmy się, że jesteśmy pierwszymi turystkami w tym sezonie. Chłopcy dodali również, że nasze przybycie to dobry znak! W trakcie rozmowy dowiedziałyśmy się wiele prawdziwych informacji o Sri Lance i szybko zrozumiałam jak odmierzany jest tam czas.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;W Polsce liczymy upływające dni, miesiące, lata. Na wyspie, w Tangalle - bajecznym miejscu jest czas przed TSUNAMI i po TSUNAMI! Ta część wyspy ucierpiała najbardziej przez mordercze fale. Idąc wzdłuż plaży, zauważyłyśmy liczne zniszczenia, porośnięte już bujną roślinnością. Smutne jak rodzinne grobowce. Hosteli zostało niewiele a te co istnieją dziś, są w całości odremontowane. W każdym widać świeży beton, czuć zapach farby i widać ciężko pracujących ludzi! Sezon rozpoczyna się za 2 tygodnie, wszyscy uwijają się by przyciągnąć turystów. Lankijczycy nie wiedzą czy wiele ludzi przybędzie. Martwią się, że problemy polityczne i zamachy Tygrysów Tamilskich odstraszą turystów, którzy dopiero zapominają o Tsunami.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Prawda jest taka, że niebezpiecznie jest tylko na północnym wschodzie wyspy.W pozostałych regionach życie turysty płynie błogo i radośnie!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03661ttt1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;... czy można chcieć czegoś więcej ...?&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Na pierwszy obiad czekała na nas ryba, którą właściciele pokazali nam tuż po naszym przybyciu.Podana w całości ( z oczami) żółta od curry, leżała dumnie na posłaniu ze świeżych warzyw i smażonych ziemniaków! Delektowałyśmy się każdym kęsem, uśmiechając coraz szerzej!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/rybka.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;... rock fish ... mniam ...&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Po krótkim odpoczynku poszłyśmy na spacer. Kilka metrów za hostelem zatrzymałyśmy się w ciszy i zadumie. Przed nami, wśród soczystej zieleni i egzotycznych krzewów znajdował się cmentarz. Nieogrodzony plac z kilkunastoma pomnikami - grobami. Naszą uwagę przykuł szczególnie jeden z wykutym w płycie portretem młodej dziewczyny z napisem "BECKY JONSON urodzona w Londynie, zmarła tragicznie podczas Tsunami 24.12.2004 ". Ciarki przeszły mi po ciele. Zrobiło mi się smutno. Odwróciłam się w stronę oceanu. W moich oczach był żal i niezrozumienie a w sercu kołatało pytanie "dlaczego?". Zerwałam bukiecik kwiatków i położyłam na grobie dziewczyny, której nigdy nie znałam. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Zamyślone poszłyśmy dalej. Patrzyłam na ocean z nieufnością i dystansem. Jego ogrom i nieskończoność budziły we mnie respekt i strach. W trakcie spaceru nasza kolekcja muszelek znacznie się powiększyła. Wracając, zostawiłyśmy kilka na grobie Becky, ofiary Tsunami.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/ocean.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;... siła, ogrom, bezkres, żywioł ... morderca...?&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03746mmmuszelki.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; wszystkich nie dało się zabrać, ach ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-Grzybek!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-6355164118891037670?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/6355164118891037670/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/raj-odnaleziony_12.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6355164118891037670'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/6355164118891037670'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/raj-odnaleziony_12.html' title='Raj odnaleziony'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3472835505057157934</id><published>2008-12-12T22:38:00.000+01:00</published><updated>2008-12-12T22:39:08.432+01:00</updated><title type='text'>W drodze do raju...</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   16.11.06  kilka minut po 6.00 rano, byłyśmy znów na dworcu autobusowym. Okoliczne herbaciane wzgórza, pokryte były magiczną, nieśmiale snującą się mgłą. Świat dookoła nas wyglądał jak kraina tolkienowskich Hobbitów. Miałam nieodparte wrażenie, że za rogiem spotkam roześmiane niziołki, prowadzone przez starego, mądrego Gandalfa. Niestety, tak się nie stało ... &lt;img alt="smutek" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xsmutek.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Naszym oczom ukazał się stary wehikuł, zwany autobusem, który miał nas zawieźć do Tangalii. Zajęłyśmy miejsca i z otwartymi buziami obserwowałyśmy różnorodność pakowanych przez podróżnych towarów. Jedni wchodzili z koszami, splecionymi  z liści, w kształcie łódki, inni taszczyli na plecach worki z rozmaitymi produktami, jeszcze inni mieli "zwyczajny" bagaż. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Czoło autobusu, od wewnątrz, ustrojone było kwiatami i kilkoma wizerunkami Buddy. Na głównym miejscu znajdowała się nalepka z Oświeconym Sithartą z napisem "save journey". Tuż pod nią, paliły się kadzidełka, których aromatyczny zapach mieszał się z kurzem w całym autobusie.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Kilka minut po rozkładowym czasie, ruszyliśmy w drogę, jadąc 30 km/h. Wiedziałyśmy już że podróz tym iście lokalnym autobusem nie będzie lekka...&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Wtedy kierowca włączył płytę z lankijskimi przebojami, tak głośno, że prawie nie było słychać rozpadającego się silnika. Popatrzyłyśmy się na siebie przerażone i wybuchnęłyśmy śmiechem.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Siedmio godzinna podróż nie była aż taka zła. Hałas spowodowany zbyt głośną muzyką, niewygodne fotele i nieznośny upał dawały się we znaki. Urokliwe widoki za oknem pozwalały o tym zapomnieć. Mijaliśmy po drodze różne miejscowości, w których dosiadali pasażerowie. Autobus wydawał się być z gumy. Ludzie stali ściśnięci jak przysłowiowe śledzie w beczce. Doceniłyśmy wtedy nasz niewygodny komfort! W trakcie podróży mijaliśmy przydrożne świątynie Hinduskie i Buddyjskie. Za każdym razem, mężczyzna sprzedający bilety, wyskakiwał z autobusu by zapalić kadzidełko pod "ołtarzem" świątyni. Modlił się krótko i jechaliśmy dalej...&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Droga z Nuwara Eliya do Tangalli, prowadziła przez Ella. Z żalem patrzyłyśmy na cuda natury Cejlonu, których nie było nam dane zobaczyć. Kto wie, może następnym razem ...?&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wydostanie się z naszymi ciężkimi plecakami z nabitego autobusu, okazało się nie lada wyzwaniem. Wchodzący pasażerowie napierali na drzwi, nie zwracając uwagi na to, że zaklinowałam się w przejściu. Po kilku polskich przekleństwach, dotknęłam ziemi, która za kilka minut miała okazać się Rajem niedoskonałym ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Jadąc tuk - tukiem, zobaczyłyśmy długo przez nas oczekiwany widok czyli palmy i ocean. Wybrany przez nas guest house, zauroczył nas klimatyczną restauracją, kusząco niską ceną i bogatym sprzętem audio. Muzyki, jak wszędzie byłyśmy spragnione. Nasza kolekcja płyt, skrupulatnie zdobywanych w ciągu życia, została w domu, tysiące kilometrów od herbacianej wyspy. Młodzi właściciele wyraźnie ożywieni naszym przyjazdem szybko przygotowali pokój i obiad dla nas. Siedziałyśmy długo w uroczej knajpce, podziwiając ciekawą zdobioną malowidłami ścianę. Po posiłku poszłyśmy na krótki spacer po plaży. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03652qqq1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Nareszcie Raj ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03653qqq2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Ciepełko ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Myślę, że w trakcie spaceru, w naszych sercach zrodziły się wątpliwości i poczucie niedoskonałości tego miejsca. Plaża pokryta była skałami, co nie tylko uniemożliwiało spacer ale wykluczało rozłożenie się na ręczniku o czym skrycie marzyłyśmy. Pomiędzy hostelem a plażą przebiegała przelotowa droga do Matary. Zamiast szumu rozbijających się o brzeg fal, słuchać było jedynie nadwyraz aktywny ruch pojazdów. Okna i drzwi naszego pokoju drżały od przejeżdżających samochodów, ciężarówek i innych czterokołowców. Przy wieczornym zimnym, doskanale podanym piwie ( zanurzonym w wiaderku z lodem), doszukiwałyśmy się kolejnych minusów naszej nowej bazy. Po długiej rozmowie, podjęłyśmy decyzję o zmianie miejsca. Lekko zdezorientowane, bez pomysłu gdzie ruszyć dalej, wybrałyśmy guest house KING FISHER!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Rankiem, wprawione doskonale w sztuce pakowania, zebrałyśmy się szybko by szukać idyllicznego miejsca na koniec urlopu...&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-Grzybek! &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3472835505057157934?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3472835505057157934/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/w-drodze-do-raju_12.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3472835505057157934'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3472835505057157934'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/w-drodze-do-raju_12.html' title='W drodze do raju...'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-4013652058945796374</id><published>2008-12-12T22:11:00.007+01:00</published><updated>2008-12-12T22:35:59.731+01:00</updated><title type='text'>Herbaciany raj w sercu Cejlonu</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   15.11.06 po smacznym śniadaniu, moim w wersji europejskiej i Marty "czymś", pojechałyśmy do fabryki herbaty, PEDRO ESTATE!!!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;W drodze do fabryki, mijałyśmy zadbane domy, wypielęgnowane plantacje herbat i warzyw, otoczone skrupulatnie przyciętymi żywopłotami. Ogólnie, miasteczko wyglądało na bardziej zadbane, niż odwiedzane przez nas do tej pory miejsca.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Fabryka Pedro Estate jest jedną z najstarszych na Cejlonie, w której po dziś dzień nie używa się prądu! Proces osuszania liści odbywa się dzięki spalaniu oleju i wyschniętych krzewów. Fabrykę herbaty zwiedzałyśmy w towarzystwie młodej pracownicy, ubrane w zielone fartuszki gosposi domowych. W jakim celu ubrano nas w te stroje... , nie wiemy! Sympatyczna, bystra dziewczyna, oprowadzała nas po zakamarkach fabryki. Wyjaśniała dokładnie cały proces "obróbki" herbaty, od zbiorów liści, po zapakowane, gotowe do sprzedaży worki popularnego na świecie napoju!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W całej fabryce unosił się zapach wspaniałego "suchego naparu". W kolejnych halach produkcyjnych mogłyśmy obserwować, jak surowy, zielony soczyście liść przemienia się w wysuszony proszek, gotowy do zaparzenia! Pod koniec zwiedzania, zostałyśmy zaproszone na filiżankę świeżej herbaty do sali gościnnej, z której tarasu rozpościerał się cudowny widok na piękną plantację herbaty.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/pedro1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Fabryka PEDRO ESTATE!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/pedro2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Worki pełne herbaty ... !&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/pedro3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Tablica informacyjna na plantacji ...&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pokrzepione filiżanką świeżego napoju, udałyśmy się na spacer, wąskimi dróżkami wśród krzaczków herbaty. To co widziałyśmy, nie uda mi się opisać, tak jak to zrobiły nasze aparaty. Jak wredny paparazzi biegałam pośród krzewów, bezczelnie zamykając to piękno w kadrze. Znów byłam szczęśliwa i zauroczona   pięknem naszej planety Ziemi!!!  &lt;img alt="zaskoczony" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/zaskoczony.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="cmok" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/cmok.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/pedro4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;plantacja Pedro Estate!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/pedro5.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;HERBATA ...&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/pedro6.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;HERBACIANY RAJ ...!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-4013652058945796374?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/4013652058945796374/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/herbaciany-raj-w-sercu-cejlonu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4013652058945796374'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/4013652058945796374'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/herbaciany-raj-w-sercu-cejlonu.html' title='Herbaciany raj w sercu Cejlonu'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3289231737810346750</id><published>2008-12-12T22:09:00.001+01:00</published><updated>2008-12-12T22:35:19.489+01:00</updated><title type='text'>Przypadkowa zmiana planów</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   14.11.06 bezlitosny budzik rozszarpał brutalnie nasz sen znów o 5.00 rano. Poranne wiadomości ze stacji kolejowej nie były pomyślne. Prawdopodobnie pociągi znów nie jeździły. Nie mogąc zostać kolejny dzień, marnując czas, pojechałyśmy tuk-tukiem na stację kolejową. Sympatyczny kasjer udzielił nam wyczerpujących informacji i poradził jechać autobusem.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Kilkanaście metrów od stacji kolejowej znajdował się dworzec autobusowy. Miejsce hałaśliwe, brudne i zatłoczone o 7.00 rano jak całe miasto Kandy. Poruszałyśmy się w żółwim tempie jak dzieci we mgle pośród zaparkowanych autobusów. Dworzec nie dysponował ani kasą, ani informacją. Na czuja szukałyśmy naszego autobusu. Na każdym pojeździe widniał napis z nazwą miejscowości, do której zmierzał, ale niestety tylko w postaci "lankijskich robaczków". Idąc tak wśród kilkudziesięciu autobusów, wyglądających dla mnie tak samo, Olodum zatrzymała się przy jednym mówiąc - "to ten". Obserwując bacznie ten wehikuł , nie zauważyłam żadnego napisu w języku angielskim. Pomyślałam sobie - "czy Marta już nauczyła się lankijskiego?". Nie mogłam zrozumieć jakim cudem wybrała właśnie tan autobus,który po krótkiej rozmowie z kierowcą, okazał się być właściwym!!!!!!  &lt;img alt="sceptyczny" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/sceptyczny.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="oczko" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/oczko.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Do taj pory nie wiem w jaki sposób Marta zweryfikowała autobusy i wybrała właściwy .... ????????????????????????????????????????????????&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   O 8.00 ruszyłyśmy wreszcie z Kandy ku herbacianym wzgórzom Nuwara Eliya!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Podróż okazała się duuużym wyzwaniem, szczególnie dla mnie. Trwała jedynie 3 godziny a była wielką walką umysłu z ciałem. Droga z Kandy ku Nuwara Eliya, prowadziła wśród gór. Ciągłe zakręty i serpentyny, co chwilę przypominały mi skład mojego śniadania! Zawartość żołądka miałam w gardle. Czas wlekł się jak lankijski żółw!!! W głowie przeglądałam nasze bagaże, w celu zlokalizowania jakiejś reklamówki na tak zwany wszelki wypadek!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Podczas gdy ja toczyłam walkę z retrospekcją żółądka, Marta podziwiała cuda za oknem. Rzeki, góry, wodospady, plantacje herbaty i ryżu. Udało mi się przez ułamek sekundy zerknąć w stronę okna. Widoki były niesamowite, niestety ja mogłam podróżować nie inaczej jak z zamniętymi oczami i nieruchomo...  &lt;img alt="nie powiem" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/nie_powiem.gif" border="0" /&gt;  &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Ku mojemu szczęściu, autobus dotarł do Nuwara Eliya ok 11.00! Byłam niewiarygodnie szczęśliwa dotykając nieruchomej, stałej powierzchni. Miejscowy naganiacz, szukający turystów, poinformował nas, że bezpośredni autobus do Ella już pojechał a inna możliwość to 3 przesiadki by dotrzeć do celu! Wiadomość ta, zmąciła nasze plany tak jak "słoniowy płacz" w Kandy. Byłyśmy lekko zdezorientowane, ale nie załamane. Najważniejszym był fakt, że jesteśmy w innym, nowym miejscu z dala od deszczowego Kandy. Niestety nie byłyśmy przygotowane na nocleg w N.E i nie znałyśmy zupełnie bazy noclegowej herbacianej stolicy Sri Lanki. Zauważony przeze mnie wcześniej budynek poczty, znajdujący się vis a vis dworca autobusowego, wydawał się być odpowiednim miejscem na szybkie przewertowanie przewodnika Lonely Planet. Odpowiednim dlatego, że cichym i spokojnym, bez towarzystwa "pomocnych" naganiaczy. Po kilku minutach rozmowy podjęłyśmy decyzję o pozostaniu w Nuwara Eliya dwa dni, rezygnując z kuszących skarbów Ella! &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wybrałyśmy hostel Single Tree, atrakcyjny przede wszystkim od strony finansowej. Tuk- tukiem dojechałyśmy na miejsce szybko i bezpiecznie. Mieszkańcy herbacianych wzgórz ubrani byli w puchowe kurtki i czapki, co nas nie zdziwiło obserwując gęsią skórkę na naszych rękach. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/trtr1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Nuwara Eliya, Marta przy zbiorze herbaty...&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/trtr2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;Plantacje herbaty, Nuwara Eliya!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Pokój okazał się bardzo skromny z podstawową łazienką i ... nie do końca opuszczony. Przebywał w nim jeszcze ok 35- letni Amerykanin, z którym rozmawiałyśmy o podróżach przez około 30 minut. Mężczyzna z USA, okazał się być wyjątkowo sympatycznym człowiekiem, poszukującym informacji i porad innych turystów. Dzięki nam postanowił zwiedzić klimatyczną Tangallę, w zamian za czas spędzony w turystycznej Unawatunie. Pożegnaliśmy się i każde ruszyło własną drogą w poszukiwaniu niezapomnianych wrażeń. My, po krótkim odpoczynku ruszyłyśmy na misto w poszukiwaniu... kurtek Columbia. Od przyjaciół wiedziałyśmy, że w N.E jest fabryka Columbii i , że można kupić kurtki po bardzo atrakcyjnej cenie! Handlarze ciepłych okryć szybciej znaleźli nas, niż my ich. Z łatwością wybrałyśmy zdecydowanie zimowe ubiory i śmiałyśmy się z paradoksu sytuacji. Tutaj, na tropikalnej wyspie nad oceanem, kupujemy zimowe kurtki...&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Roześmiane i zadowolone udałyśmy się do rekomendowanej przez przewodnik restauracji Milano! Wcześniejsze przeżycia mojego żołądka, nie pozwalały mi na degustację wyszukanej potrawy. Musiałam zadowolić się omletem i czajnikiem bardzo mocnej herbaty, do której po raz pierwszy w tym kraju podano nam wodę.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Zaparzona herbata była samą esencją naparu nie do wypicia. Podano nam oddzielnie szklanki, do których nalewało się wody by popić esencyjną herbatę. W czasie gdy ja zmagałam się z gigantycznym omletem, Marta zajadała się potrawką z krewetek.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Do hostelu dotarłyśmy przemarznięte, pomimo ciepłych bluz. Idąc, spotkałyśmy wracające z koszami na plecach, kobiety zbierające herbatę. Widok ten upewnił nas, że jesteśmy w sercu Cejlonu. Kobiety uśmiechały się i pozdrawiały angielskim "hello"! &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Noc spędzona w Single Tree, była spokojna. Spałyśmy głęboko, wtulone w gruby koc. We wszystkich, dotychczasowych hostelach, do przykrycia służyło cieniutkie prześcieradło. W Nuwara Eliya do snu utulił nas gruby, ciepły koc...!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3289231737810346750?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3289231737810346750/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/przypadkowa-zmiana-planw.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3289231737810346750'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3289231737810346750'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/przypadkowa-zmiana-planw.html' title='Przypadkowa zmiana planów'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8610726606489290069</id><published>2008-12-12T22:07:00.008+01:00</published><updated>2009-01-22T14:00:58.826+01:00</updated><title type='text'>Słoniowe igraszki</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;11.11.06 okazał się być jednym z najpiękniejszych dni, spędzonych na Sri Lance! Wczesnym przedpołudniem wyruszyłyśmy do miasteczka Pinnawela, w którym mieści się SIEROCINIEC SŁONI! Dosłownie sierociniec! Znajdują się tam bowiem zwierzaki jakimś sposobem opuszczone przez stado, ranne lub osierocone.&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;W obecnym czasie, w sierocińcu przebywa około 100 słoni. Jedne starsze, inne młodsze i te "maleńkie", urodzone już w Pinnaweli.&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Na miejsce dotarłyśmy ok 13.00, by już o 13.15 być świadkami rytuału karmienia słoników mlekiem z butelki. Dwóch młodych Lankiczyków przydźwigało wielką beczkę mleka. Przez duży lej, nalewali mleko do butelek, tak na oko 2 litrowych, które to w mgnieniu oka były puste. Słoniki z niecierpliwością czekały na kolejną mleczną butlę by wchłonąć łapczywie jej zawartość. &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Karmione mlekiem były 2 młode słonie, każdy miał około dwóch miesięcy. Dowiedziałyśmy się, że te młode giganty piją mleko do 6-go miesiąca.&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Obok ucztujących trąbusiów, stał duży, dorosły słoń a pod jego nogami ukrywało się wystraszone maleńkie dwudniowe słoniątko. To małe cudo wyglądem bardziej przypominało mrówkojada niż słonia! Po zakończeniu karmienia, weszłyśmy w głąb słoniowej wioski by podziwiać szacownych mieszkańców. Kilkutonowe zwierzaki, nie zwracając uwagi na ludzi, taplały się radośnie w błocie. Wszystkie, dorosłe, stare, młode i maluchy. Widok był wspaniały. Słonie spacerowały obok nas zupełnie przyzwyczajone do obecności człowieka. Nie mogłam nacieszyć oczu. Aparat chłonął te wspaniałe obrazy. Chciałam uwiecznić wszystko, by na zawsze zapamiętać to niesamowite przeżycie.&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;SPACER WŚRÓD SŁONI, SPACER ZE SŁONIAMI!!!!!!! &lt;img alt="kocham" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xkocham.gif" border="0" /&gt; &lt;img alt="wstyd" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xwstyd.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/slonie2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;MIESIĘCZNE SŁONIĄTKO ...&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/slonie3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;DWUTYGODNIOWA MARIA ...!&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/slonie4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;MODEL SŁONIOWEJ RODZINY 2+2&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/slonie5.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;PO BŁOTNYCH IGRASZKACH ...!&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Wrażeń nie było końca, kiedy to wszyscy mieszkańcy sierocińca, ruszyli szeregiem za swoimi opiekunami, ku rzece, w celu kąpieli. Otworzono bramę, wstrzymano ruch na głównej, przelotowej ulicy, by umożliwić wielkiej słoniowej rodzinie spacer nad rzekę. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, oniemiałam z wrażenia!&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Widok był oszałamiający!!! Wszystkie słonie się kąpały! Były wyraźnie szczęśliwe a maluchy rozrabiały w wodzie jak każde ludzkie dziecko na wakacjach!!!! &lt;img alt="oczko" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/oczko.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Nie zapomnę widoku niesfornego, dwutygodniowego malucha, wspinającego się na leżącego spokojnie dużego słonia. Mały rozrabiaka ślizgał się i spadał, nie mogąc wejść na grzbiet tamtego. Zobaczyłam wtedy jego różową, delikatną, dziecięcą skórkę pod stopami. Chciałam aby ta chwila się nie kończyła! Zachłannie czerpałam obrazy umysłem, oczami i sercem!!!&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Nie chciałam odjeżdżać! To był CUD!!! Zobaczyłam tak piękne wydarzenie! Chciało mi się płakać, choć byłam szczęśliwa! Nigdy tego przeżycia nie zapomnę!&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;Nie mogę pozbyć się uczucia, że moje słowa są puste, nijakie, zbyt prymitywne, by odzwierciedlić przeżycia z Pinnaweli. Widok kąpiącej się SŁONIOWEJ RODZINY, to jak zachód słońca pod piramidami, jak widok Chrystusa Odkupiciela na wzgórzu Corcovado i jak spacer wśród magicznych świątyń tajskiego Grand Palace!!!&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kkk1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;Słoniowa Rodzina w drodze na "basen" ...&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kkk3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;wodne igraszki&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kk4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;mały łobuziak ...&lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/kk5.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;cuda się zdarzają ..., a marzenia spełniają &lt;img alt="luzak" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/luzak.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align="center"&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;- GRZYBEK!&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8610726606489290069?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8610726606489290069/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/soniowe-igraszki.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8610726606489290069'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8610726606489290069'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/soniowe-igraszki.html' title='Słoniowe igraszki'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2006111609916791617</id><published>2008-12-12T22:07:00.006+01:00</published><updated>2008-12-12T22:34:10.286+01:00</updated><title type='text'>Słoniowy płacz...</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   12.11.06 spędziłyśmy w Kandy na zakupach. Udało nam się wreszcie znaleźć sri lankowe koszulki ze słoniami, piękne puszki ze świeżą herbatą i tradycyjne regionalne maski. Kolekcjonowanie pamiątek było bardzo trudne i męczące w zatłoczonym Kandy. Wróciłyśmy do hostelu obładowane zakupami.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Już około 14.00 zaczęło padać. Lało potwornie przez cały dzień i noc. Nie dało się już wyjść z hostelu bo w niebie odkręciły się wszystkie krany! Siedząc na tarasie, obserwując tonące w deszczu miasto, zdałyśmy sobie sprawę, że zaplanowana na następny dzień podróż pociągiem do Ella, stoi pod znakiem zapytania! Nasze obawy się sprawdziły. Bardzo wczesna, poranna pobudka o 5.00 13.11.06 okazała się bezcelowa. Trakcja kolejowa została zniszczona przez deszcz w trzech miejscach i wszystkie pociągi były odwołane. Byłyśmy zmuszone zostać w Kandy jeszcze jeden dzień, co wcale nam się nie podobało. Utknęłyśmy... , świadomość ta zasmucała nas i nie dała zapomnieć, że cenny czas ucieka przez palce. Jedna, drugą podnosiła na duchu, ale wciąż padający deszcz uniemożliwiał odzyskanie humorów. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   W przerwie "słoniowego płaczu", tak lankiczycy sympatycznie mówią o deszczu, poszłyśmy na spacer do miasta. Przez przypadek udało nam się znaleźć sklep Laksala. Kupiłyśmy kilka pamiątek i prezentów, poprawiając sobie nastrój i nieuchronnie zwiększając wagę naszego bagażu.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Wieczorem, podano w wiadomościach, że trakcja kolejowa jest oczyszczana i remontowana. Sprawdziłyśmy też, że do Ella możemy dostać się busem z przesiadką w Nuwara Eliya! Z trudem udało nam się spakować. &lt;img alt="panda3" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xpanda.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="Aaa" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/aaa.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/k1.jpg" border="0" /&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;To sympatyczne, barwne stworzonko odwiedzało nas kilka razy dziennie, poprawiając nastrój ..., oto nasz sąsiad, współmieszkaniec ..., po prostu piękny ... !&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2006111609916791617?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2006111609916791617/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/soniowy-pacz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2006111609916791617'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2006111609916791617'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/soniowy-pacz.html' title='Słoniowy płacz...'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-2835410572436417645</id><published>2008-12-12T22:06:00.003+01:00</published><updated>2008-12-12T22:33:23.863+01:00</updated><title type='text'>W poszukiwaniu herbaty...!</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;   10.11.06 obudzone słońcem, postanowiłyśmy spędzić cały dzień na upragnionych zakupach, zwiedzając miasto i jedną z najważniejszych świątyń na całej wyspie GOLDEN TOOTH TEMPLE!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Spacerkiem, pełne wigoru i energii, ruszyłyśmy w dół do miasta. Zatłoczone, pełne spalin i dźwięku klaksonów ulice doprowadziły nas do świątyni. I ta jedna z najważniejszych, w której ukryty jest bezcenny relikt - ząb Buddy, okazała się piękną lecz nie tak magiczną jak widziane przez nas wceśniej.Częściowo odbudowana po ataku terrorystycznym w roku 1998, nie skrywa w swych murach atmosfery mistyki buddyjskiej religii. Zwiedziłyśmy świątynię, mijając tłumy wiernych, przybywających z odległych rejonów wyspy, wiernych chcących oddać cześć najważniejszej relikwii żyjących. Na dziedzińcu świątyni spotkałyśmy pana słonia w drodze na spacer. Słoń jako święte zwierzę jest jednym z mieszkańców kompleksu świątynnego!  &lt;img alt="haha" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/haha.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="hihi" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/hihi.gif" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/xxxxx1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;GOLDEN TOOTH TEMPLE... I PAN SŁOŃ!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/zzzzz2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;DZIEDZINIEC ŚWIĄTYNNY...&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/tttt3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;GOLDEN TOOTH TEMPLE!&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Weszłyśmy w głąb miasta w poszukiwaniu herbaty i lankijskich pamiątek. Poruszanie się po zatłoczonych i zadymionych ulicach, nie sprawiało nam żadnej przyjemności. Witryny sklepowe nie kusiły ciekawymi artykułami a chaos i dym coraz bardziej przeszkadzał w spacerze. Byłam zmęczona tłumem i zgiełkiem. Cudem udało nam się znaleźć sklep z herbatą, gdzie obkupiłyśmy siebie i naszych Przyjaciół. W drodze powrotnej natrafiłyśmy na zwyczajny, niepospolity tutaj supermarket. Kupiłyśmy wiele różnorakich przypraw po niewielkiej cenie, czerwone banany ( występujące TYLKO w rejonie Kandy) chmm ... pycha  &lt;img alt="język2" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xjezyk.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="język2" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xjezyk.gif" border="0" /&gt; i kilka podstawowych artykułów. &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Zwiedziłyśmy bardzo dokładnie supermarketową półkę z herbatą, która okazała się być lepiej wyposażona niż sklep herbaciany. Zadowolone, wróciłyśmy do hostelu by wieczorem jechać na pokaz tradycyjnego tańca Kandy Dance!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Popołudniami w Kandy zaczynało padać i tak lało przez 3/4 nocy. W ulewnym deszczu dotarłyśmy do centrum kultury, w którym miało się odbyć przedstawienie. Miejsce okazało się ni to teatrem, ni to salą kinową. Pośrodku znajdowała się zniszczona, zaniedbana scena z ciężkimi od kurzu kotarami. Krzesła różne, drewniane, plastikowe poustawiane były na styl kinowych foteli europejskich czyli w rzędach, przed sceną. Z otrzymanego przy wejściu programu przedstawienia, dowiedziałyśmy się, że obejrzymy kilka rodzajów tańca regionalnego i że wysłuchamy hymnu Sri Lanki! Kolorowe, egzotyczne stroje, pełna przepychu biżuteria - to wszystko pomieszane z dźwiękiem bębnów i energicznych skoków dawało duży efekt! Największe wrażenie zrobił na mnie taniec kobiet w regionalnych strojach z lampionami w dłoniach. W trakcie tego tańca sala była zaciemniona, zgaszono światła a tańczące lampiony wirowały i migały w oczach wielu zebranych w tym miejscu turystów. Kobiety, zwinnie i lekko poruszały dłońmi, tworząc w ten sposób magiczne ruchy w rytm bębnów i dzwonków, na których grali mężczyźni. Podczas hymnu narodowego, wszyscy wstali by oddać szacunek temu gościnnemu krajowi. Ostatnim etapem przedstawienia był taniec z ogniem. Panowie lizali ogień, smagali się nim i spacerowali po rozżarzonych węglach. Tego typu pokazy nigdy nie robiły na mnie wrażenia. Podsumowując, podobało mi się, choć było to typowo turystyczne przedstawienie.&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;   Gdy wyszłyśmy deszcz lał niemiłosiernie, było ciemno i wszystkie mikrobusy, zaparkowane pod centrum kultury, wydawały nam się takie same. Nie mogłyśmy rozpoznać naszego. W ciągu kilkunastu minut wszyscy zniknęli ...&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;Zostałyśmy same, nie bardzo wiedząc co robić. Chciałyśmy ufać naszemu panu z hostelu, ale wątpliwości &lt;span style="font-size:100%;"&gt;atakowały nas z upływem każdej minuty. Podjęłyśmy decyzję, że dajemy mu 5 minut i jeśli nie przyjedzie, wynajmujemy tuk - tuka, który na szczęście wciąż tam stał. Nie było jednak takiej potrzeby bo za chwilę pojawił się nasz kierowca przepraszając za spóźnienie z powodu korków na mieście. Całkiem suche wróciłyśmy do pokoju. Podczas kolacji ustaliłyśmy cenę transportu do Pinnaweli z szefem naszego hostelu. Zasnęłyśmy nie zdając sobie sprawy z wrażeń jakie czekały nas następnego dnia ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;-GRZYBEK!&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-2835410572436417645?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/2835410572436417645/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/w-poszukiwaniu-herbaty.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2835410572436417645'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/2835410572436417645'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/w-poszukiwaniu-herbaty.html' title='W poszukiwaniu herbaty...!'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-3643077786981903598</id><published>2008-12-12T19:44:00.004+01:00</published><updated>2008-12-12T22:31:13.215+01:00</updated><title type='text'>Good service, good tips!</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Z Dambulli wyruszyliśmy do Kandy. Dotarliśmy do miasta późnym popołudniem. Kandy przywitało nas potwornym korkiem, ulewnym deszczem i nieznośnym smrodem spalin. Moje pierwsze wrażenie - mały Bangkok. Wybrany przez Sunila Blinkbonnie Tourist Inn, okazał się poraz kolejny wspaniałym miejscem. Znajdował się na szczycie góry a taras naszego miłego pokoju dysponował niesamowitym widokiem na święte jezioro, miasto i otaczające góry. Balkon porośnięty był pięknymi, soczyście różowymi kwiatami. Byłyśmy zachwycone miejscem, w którym miałyśmy pozostać trzy dni lecz okazało się inaczej!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/tttttttt2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;WIDOK Z NASZEGO BALKONU...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/bbbbbb3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;W ODDALI ŚWIĘTE JEZIORO...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Tutaj, na wzgórzu w Kandy kończyła się nasza podróż z Sunilem. Od tej chwili miałyśmy podróżować same. Byłyśmy wdzięczne za opiekę, ale też zmęczone gadatliwością Sunila i brakiem swobody. Przez cztery wspólnie spędzone dni, poznaliśmy się dobrze. Wiele poglądów naszego przewodnika pokrywało się z naszymi. Pomimo lekkiego znużenia jego osobą, darzyłyśmy go dużą sympatią i nie żałowałyśmy wydanych, na tę podróż pieniędzy. Pełna radości z powodu klimatu i widoku z naszego pokoju, pobiegłam podziękować Sunilowi za wszystko i pożegnać się. Tak jak wiele razy wcześniej, ucieszył się, że jesteśmy zadowolone. Niestety pożegnanie nie odbyło się tak jak to sobie wyobrażałyśmy. W odpowiedzi na nasze podziękowania, Sunil - człowiek prawy, kulturalny, który ostrzegał nas przed oszustami i naciągaczami, wypowiedział jedno zdanie, które zburzyło dotychczasowy obraz. "Good service, good tips...", oniemiałam, nie byłam pewna czy dobrze zrozumiałam "lankijski angielski". Mizdrzący się jednak mały człowiek, przestępujący z nogi na nogę zdecydowanie czekał na pieniądze. Byłam wściekła. Ile zapłacić człowiekowi, który wnosi ci bagaże po schodach, wiesz,  ale ile można dać człowiekowi, z którym spędzasz cztery dni, przemierzając setki kilometrów, dyskutując o polityce, życiu i religii...?&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Zażenowane, z poczuciem żalu dałyśmy Sunilowi 400rs, które z całą pewnością już nie usatysfakcjonowały, już nie naszego przewodnika - opiekuna! &lt;img alt="gniew" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xgniew.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="groza" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xgroza.gif" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Wieczorne, zmrożone piwko uspokoiło nasze nerwy i słodko zasnęłyśmy w pokoju na wzgórzu w Kandy, pod soczyście różową moskitierą!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;-GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-3643077786981903598?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/3643077786981903598/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/good-service-good-tips.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3643077786981903598'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/3643077786981903598'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/good-service-good-tips.html' title='Good service, good tips!'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7422100329528494447</id><published>2008-12-12T19:43:00.003+01:00</published><updated>2008-12-12T22:30:43.037+01:00</updated><title type='text'>Magia Cejlonu</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   09.11.06 dotarłyśmy do Dambulli, gdzie powitał nas ogromny, nowoczesny posąg złotego Buddy. Znów po kamiennych lecz solidnych (na moje szczęście) schodach, wspinałyśmy się na kolejną skałę by zwiedzić magiczną ROYAL ROCK TEMPLE! Pozostawiłyśmy sandały by poraz kolejny bosymi stopami dotykać świętej buddyjskiej ziemi. W bramie prowadzącej do świątyni dowiedziałyśmy się o 15 minutowej przerwie z powodu trwającej ceremonii. Usiadłyśmy na schodach i obserwowałyśmy z zaciekawieniem misterne przegotowania wierzących. Całe rodziny niosły bukieciki pachnących kwiatów, tace z owocami i egzotycznie pachnące kadzidełka.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Spacerowałyśmy po śnieżnobiałej świątyni, prowadzone cichym, hipnotyzującym pomrukiem modlitw. Wchodząc do poszczególnych jaskiń, czułyśmy coraz większy zachwyt i emanującą zewsząd tradycję buddyjską.  W tej wspaniałej świątyni, wybudowanej w skale 150m nad miastem, znajduje się 150 wizerunków Buddy! Ściany każdego pomieszczenia pokryte są bogatymi malowidłami. Różnorodność posągów, barwne freski i wiekowa tradycja przepełniły nas spokojem i zadumą!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/fffffffffffffff.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ROYAL ROCK TEMPLE!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/mmmmmmm.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;OLODUM... NA BOSO...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/ooooooooo.jpg" border="0" /&gt;  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;GRZYBEK...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/vvvvvvv.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;WNĘTRZE JASKINI...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dddddddd.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;FRESKI NA SKLEPIENIU JASKINI...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/yyyyyyyyyyy.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ROYAL ROCK TEMPLE!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Przechodząc pod arkadami, obserwowałyśmy ze zdziwieniem buddyjskich mężczyzn rozbijających energicznie kokosy pod ścianą świątyni. Do dziś nie rozumiemy znaczenia tego rytuału. Przepełnione magicznymi emocjami i nieopisaną energią, podziwiałyśmy otaczające, porośnięte niesamowitą zielenią góry. Royal Rock Temple na długo pozostanie w naszej pamięci. &lt;img alt="hihi" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/hihi.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="uśmieszek" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/usmieszek.gif" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;-GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7422100329528494447?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7422100329528494447/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/magia-cejlonu.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7422100329528494447'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7422100329528494447'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/magia-cejlonu.html' title='Magia Cejlonu'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-5196529886261217090</id><published>2008-12-12T19:42:00.004+01:00</published><updated>2008-12-12T22:33:57.526+01:00</updated><title type='text'>Ziołowy odjazd... !</title><content type='html'>&lt;p align="left"&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;  Wracając z Polonnaruwy do Serendipity, zatrzymaliśmy się w Domu Masażu Ziołowego! Skromne, klimatyczne miejsce znajdowało się pośrodku ogrodu ziół, z których robiono olejki do masażu. Już w progu czuć było intensywne zapachy świeżych roślin. Młody, przystojny Lankijczyk oprowadził nas po centrum masażu. Po zapoznaniu się z bogatą ofertą relaxu ciała i zmysłów, wybrałyśmy masaż głowy i ramion. Bosymi stopami udałyśmy się do sali masażu, przygotowanej specjalnie dla nas. Pomieszczenie było nasycone aromatem ziołowych olejków. Zabieg trwał 40 minut, podczas których wydawałyśmy z siebie różnego rodzaju jęki rozkoszy. Było nam cudownie... &lt;img alt="hehe" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/hehe.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="hehe" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/hehe.gif" border="0" /&gt; . Olejek wcierany we włosy i skórę pachniał jeszcze przez kilka dni. Po zakończeniu masażu, zaproszono nas na taras ziołowego ogrodu na filiżankę herbaty. Takiego smaku nie udało nam się już nigdzie znaleźć. Napój ten składał się z kilkudziesięciu rodzajów ziół i przypraw. Wyczuwalne były imbir, zielona herbata, mięta, pieprz, cynamon, wanilia i wiele innych, których nazw nie jesteśmy w stanie nawet sobie wyobrazić! Kolor naparu był soczyście zielony. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Tłuste od esencji ziołowych, szczęsliwe i całkowicie oprężone wróciłyśmy do hostelu Serendipity, gdzie już trwała wieczorna orkiestra mieszkańców pobliskiego jeziora i otaczającej dżunglii.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/ccccccccccccccc.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ziołowe produkty kosmetyczne z Spice Garden!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;-GRZYBEK!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-5196529886261217090?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/5196529886261217090/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/zioowy-odjazd.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/5196529886261217090'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/5196529886261217090'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/zioowy-odjazd.html' title='Ziołowy odjazd... !'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8170836766205663511</id><published>2008-12-12T19:41:00.003+01:00</published><updated>2008-12-12T22:29:46.986+01:00</updated><title type='text'>Moskity i królowa Elżbieta II</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;  08.11.06  Rano wyruszyliśmy do Polonnaruwy, która to była stolicą Cejlonu przez trzy wieki. Zatrzymałyśmy się na chwilę w Polonnaruwa Guest House, pięknym miejscu nad jeziorem, by dosiąść przygotowanych dla nas rowerów. Po opanowaniu radosnej głupawki, ruszyłyśmy, każda na swoich dwóch kołach. Rozbawione starałyśmy się cały czas  skupić na lewostronnej organizacji ruchu. &lt;/span&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Zwiedzanie ruin bardzo pięknie zachowanych, sprawiało nam dużo przyjemności. W kompleksie świątyń panował spokój. Niezależne od nikogo, nie spiesząc się jeździłyśmy sobie od świątyni do świątyni, podziwiając i fotografując piękne ogromne dagoby, buddyjskie ołtarze i święte miejsca. Sporo radości i śmiechu przysporzyło nam stąpanie wokół największej dagoby, gdzie musiałyśmy zdjąć buty i chodzić po rozgrzanych od słońca kamieniach. Skakałyśmy jak pajace na sznurkach, nie mogąc ustać w miejscu. Na szczęście, właśnie w tym momencie skończyła mi się klisza. Musiałyśmy znaleźć odrobinę zacienionego miejsca, bym mogła w spokoju, bezruchu i skupieniu załadować mój aparat w świeżą, nienaświetloną jeszcze błonę fotograficzną!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Udało się! Ruszyłyśmy dalej ku kolejnym świątyniom. W trakcie drogi, poczułam że jedzie mi się jakoś dziwnie ciężko i że czuję każdy kamień. Okazało się, że złapałam gumę... Dalsza droga na rowerach była niemożliwa. Wpadłyśmy na pomysł by zostawić rowery (zaparkowane pod palmą) i ruszyć dalej piechotą. Do zwiedzenia zostały nam już tylko dwie świątynie. Miejscowi handlarze poinformowali nas, że pozostawienie rowerów to nie jest dobry pomysł. Problemem nie byli ludzcy złodzieje lecz małpie łobuzy, których w tej okolicy nie brakowało. Usłyszałyśmy kilka śmiesznych historyjek o tym jak małpy rozszarpują siedzenia, przegryzają koła i bawią się przy tym wyśmienicie. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Z dużym żalem i uczuciem rozczarowania, wróciłyśmy ... na pieszo do Sunila, nad jezioro. W tej właśnie chwili lunął rzęsisty deszcz. Niebo zrobiło się ciężkie i szare a my, już uśmiechnięte piłyśmy zimne piwko na tarasie, pod dachem.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Tutaj Sunil opowiedział nam ciekawą historię o wizycie Królowej Elżbiety II w Polonnaruwie!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/llllllllllllllllllllll.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ZOBACZCIE TEN PIĘKNY MECH...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/uuuuuuuuuuuuuuu.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;RUINY W POLONNARUWIE...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Lankijska wyspa Sri Lanka pomimo pięknej flory, bogatej kultury i ciekawej tradycji posiada też uciążliwe moskity. W każdym domu, hotelu, guesthousie łóżka pokryte są moskitierami, w celu ochrony śpiących przed bzyczącymi krwiopijcami. Problem wrednych insektów spędzał sen z powiek również  królowej Elżbiecie II. Jej Wysokość podczas pobytu w domu nad jeziorem kazała uszyć ogromną moskitierę, która pokryłaby nie tylko jej łóżko w komnacie, ale cały budynek. Miejscowe gospodynie zszywały setki moskitier by spełnić żądanie królowej. My obie pokąsane wszędzie przez złośliwe owady, ze zrozumieniem słuchałyśmy historii o monarchinii Elżbiecie II i największej moskitierze jaka powstała na herbacianej wyspie.  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;- GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8170836766205663511?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8170836766205663511/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/moskity-i-krlowa-elbieta-ii.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8170836766205663511'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8170836766205663511'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/moskity-i-krlowa-elbieta-ii.html' title='Moskity i królowa Elżbieta II'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-1759879395553250909</id><published>2008-12-12T19:39:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T22:29:19.428+01:00</updated><title type='text'>Terapia wstrząsowa ;-)</title><content type='html'>&lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Skała Lion Rock otoczona jest licznymi basenami, kanałami nawadniającymi i pięknymi ogrodami. Tutaj rozpoczęła się nasza przygoda. Spokojne, szczęśliwe, zauroczone okolicą, podążałyśmy kamiennymi schodami ku górze. Mijałyśmy skalne groty, wspaniałą roślinność i wiele bezdomnych psów. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Czym wyżej, tym widoki były piękniejsze. Nasze aparaty nie miały chwili wytchnienia. Oszołomione pięknem, wspinałyśmy się coraz wyżej. Przed nami znajdowała się jaskinia, której ściany zdobią wspaniałe freski sprzed tysiąca lat. I tu miałam pierwszą próbę charakteru. Do freskowej jaskini prowadziły już nie kamienne, solidne schody lecz spiralne, kręcone, metalowe, wiszące w powietrzu. Panował uciążliwy upał, słońce grzało niemiłosiernie. Na widok schodów zrobiło mi się słabo. Zniknął uśmiech na twarzy i zgasł zapał. Mój lęk wysokości, uśpiony wcześniej rozbudził się na dobre! Nogi trzęsły mi się okropnie, drżało mi całe ciało ale szłam dzielnie, niestety nie patrząc już na otaczające nas, coraz piękniejsze krajobrazy.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Od jaskini z freskami droga stawała się coraz trudniejsza. Prowizoryczne zabezpieczenia nad przepaścią nie dawały mi ani odrobiny poczucia bezpieczeństwa. Dotarłyśmy do "stóp lwa". W faktycznie, wykutych w kamieniu łapach  lwa znajdowały się kolejne schody, prowadzące dalej w górę... na szczyt.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03218aaax.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;OTO LION ROCK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03236ccc2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;WIDOK Z GÓRY NA OGRODY, BASENY I KANAŁY NAWADNIAJĄCE&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03243ccc3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;"ŁAPY LWA" - połowa drogi na szczyt...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Na tym etapie mój lęk był na poziomie paniki! Schodki były baaardzo wąskie i krótkie, prowadziły po zboczu skały. Byłam przerażona. W głowie miałam tylko jedną myśl, niech się to już skończy...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;To był najgorszy odcinek wspinaczki. Słyszałam tylko swoje oszalałe ze strachu serce, drżał mi każdy fragment ciała. Lęk zagłuszał bezsensowne opowiastki Olodum, mające na celu zajęcie moich myśli czymś innym niż lęk. Byłam wyczerpana, czułam że stąpam w powietrzu i bynajmniej nie było to przyjemne. Ostatni fragment, już kamiennych schodków, pokonałam na czworaka...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Panarama okolicy ze szczytu skały znów odebrała nam dech. Widok był oszałamiający. Dumna z siebie i  już spokojniejsza (stąpałam po płaskiej powierzchni), podziwiałam ruiny pałacu i piękny basen królewski, do którego woda dostarczana jest z kanałów nawadniających. Spacerowałyśmy na szczycie, upajając się bogactwem natury i ciszą, zakłócaną co jakiś czas przez jedynych mieszkańców tego miejsca - małpy!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03258jjj1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;DOKONAŁAM!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03262jjj2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;KRÓLEWSKI BASEN&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03266jjj3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;RUINY PAŁACU ZŁEGO KSIĘCIA!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Po kilku minutach odpoczynku zaczęłyśmy szukać drogi powrotnej czyli zejścia. Byłam pewna, choć nie wiem dlaczego, że szlak w dól jest po przeciwnej stronie niż wejście. Liczyłam, że droga powrotna będzie łagodniejsza. Krążąc wokół, szybko zdałyśmy sobie sprawę, że zejście jest tą samą drogą, która przywiodła nas tutaj. Mój lęk sięgnął zenitu. Byłam załamana i zrozpaczona. Znajdowałam się na szczycie skały, z której nie było innej drogi w dól, ku płaskiej powierzchni, ku dolinie...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Rozpłakałam się. Powrót okazał się jednak dużo łatwiejszy niż wejscie. Choć szłam jak ślepiec, prowadzony przez Olodum. Nie podziwiałam widoków, nic nie miało dla mnie znaczenia. Patrzyłam oślim wzrokiem na buty idącej przede mną Olodum, "patrz tylko na buty, tylko na buty", powtarzałam sobie. Dotarłam na dól mokra od potu z drżącymi od napięcia mięśniami i z uczuciem ... szczęścia! Osiągnęłam coś niemożliwego! Pokonałam swó lęk! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Ogrom satysfakcji jaki czułam na dole, patrząc na potężną skałę był nie do opisania! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Dziękuję OLODUM za cierpliwość, opiekę, wyrozumiałośc i wsparcie. Bez Ciebie nie dałabym rady! Jesteś wielka! Idż na psychologię!!! Cha cha cha! &lt;img alt="żaba" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xzaba.gif" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   -GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03259www1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;MOJA PRZYJACIÓŁKA - WYBAWCA! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;GRZYBEK I OLODUM&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-1759879395553250909?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/1759879395553250909/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/terapia-wstrzsowa.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1759879395553250909'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/1759879395553250909'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/terapia-wstrzsowa.html' title='Terapia wstrząsowa ;-)'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-331022499704151634</id><published>2008-12-12T19:38:00.005+01:00</published><updated>2008-12-12T22:34:33.556+01:00</updated><title type='text'>Zły książe...</title><content type='html'>&lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   7 dzień  listopada roku pańskiego 2006 okazał się pełnym niezapomnianych dla mnie wrażeń. Naszym celem była LION ROCK w Sigiriyi. Wyglądem przypomina szykującego się do skoku lwa a w rzeczywistości jest zastygłą lawą, wybuchłego przed wiekami wulkanu.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Ze skałą LION ROCK trwale związana jest legenda o złym księciu. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Dawno, dawno temu... w Sigiriyi mieszkał Król ojciec wraz z dwoma synami. Zbliżając się nieuchronnie do końca swego żywota, wezwał synów do królewskiej komnaty. Oświadczył obu swą wolę, że po jego śmierci majątek królewski zostanie podzielony równo na dwie części. Starszy syn nie mógł pogodzić się z wolą króla i zamordował ojca zanim inni dowiedzieli się o jego "sprawiedliwych" planach. W kraju wybuchły zamieszki a naród podzielił się na dwa obozy, rządzone przez dwóch królewiczów. Wieść o morderstwie ojca króla szybko rozeszła się po okolicy i zły książę tracił zwolenników. Armia dobrego brata zyskała na sile. Zły książę chcąc ochronić samego siebie kazał wybudować pałac na szczycie LION ROCK. Była to najwyższa skała w okolicy, z której roztaczał się widok na całe królestwo. Dom księcia otoczony był fosą, w której pływały setki krokodyli. Zarówno fosa jak i sama skała były niemożliwe do pokonania przez wrogów złego księcia. Książę ojcobójca zamieszkał w niedostępnym pałacu w towarzystwie 500 kobiet. Niestety ani wyśmienite towarzystwo najpiękniejszych w królestwie pań, ani pałac-forteca nie sprawiły, że książę żył beztrosko. Od chwili morderstwa ojca, zły książę cierpiał na bezsenność. Gdy tylko zasnął, śnił o tym jak zabija własnego ojca i budził się przerażony. Próbując zakłócić wyrzuty sumienia, organizował ciągłe bale i libacje. Żył tak nie śpiąc, imprezując aż któregoś dnia ... popełnił samobójstwo. W pałacu na szczycie Lion Rock już nikt nie zamieszkał. Dziś pozostały tam tylko ruiny i królewski basen a jedynymi mieszkańcami są ... małpy! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Tak jak tysiące lat temu, gdy działa się ta historia, tak i dziś skała Lion Rock jest prawie niemożliwa do zdobycia. Pokonanie jej było dla mnie wielkim wyzwaniem  &lt;img alt="Aaa" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/aaa.gif" border="0" /&gt; !!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   -GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-331022499704151634?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/331022499704151634/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/zy-ksi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/331022499704151634'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/331022499704151634'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/zy-ksi.html' title='Zły książe...'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-619728372555588502</id><published>2008-12-12T19:36:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T22:28:24.753+01:00</updated><title type='text'>Nietoperze i obrażony Lankijczyk</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;06.11.2006   Jak każdego dnia na tej wspaniałej wyspie, rozpoczęłyśmy poranek od dzbanka świeżej herbaty i wspaniałego śniadania. Sunil przyjechał po nas o 9.00 i pojechaliśmy do Sigiriyi. W Anuradapurze zwiedziliśmy jeszcze piękną świątynię, wykutą w skale ISURUMUNI VIHARAYA. Klimatem przypominała budowle w Nepalu. Patrząc na nią można było się przenieść do innego świata. I tu właśnie spotkałyśmy pana Lankijczyka, który przez przypadek powiedział nam kilka ciekawych historii a póżniej się obraził (dosłownie).&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   W świątyni ogromne wrażenie zrobila na mnie wielka figura leżącego Buddy.  A tak na prawdę umierającego Buddy. Półprzymknięte powieki i stopy nierówno złożone oraz uśmiech na twarzy oznaczają -umierającego. Budda cieszy się, że opuszcza ten świat by odrodzić się na nowo.Wyznawcy Buddy wierzą w reinkarnację!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Jak wcześniej dyskretnie i cichutko ujęłyśmy Pana Buddę w kilku kadrach i pozwoliłyśmy mu spokojnie umierać.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Wychodząc ze świątyni, tuż na prawo, w skalnej szczelinie spotkałyśmy setki piszczących, szeleszczących małych nietoperzy krwiopijców. Widok był oszałamiający choć nie mogłam się wyzbyć lekkiego uczucia strachu. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Na Sri Lance występują 2 rodzaje nietoperzy: małe-krwiopijcy (atakują na szczęście tylko zwierzęta) i duże-fruit bats, które żywią się jedynie owocami, w dzień wiszą na drzewach, nawet w zatłoczonym mieście. Ich widok po zachodzie słońca, gdy zapada zmrok i dla nich zaczyna się życie jest przerażający. Piszczą "złowrogo", latają stadami. Są trzykrotnie większe od polskich gacków!!! &lt;img alt="Aaa" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/aaa.gif" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Wychodząc z audiencji u Pana Buddy, pożegnałyśmy się grzecznie z rozgadanym Lankijczykiem, który to proponował nam oprowadzenie po świątyni i kilka opowieści. Zdecydowanie lecz grzecznie powiedziałyśmy mu, że chcemy zostać same. Lankijczyk-przewodnik-naciągacz tak bardzo się zaindyczył słysząc odmowę, że jego warkot i prychanie, słyszałyśmy jeszcze przez kilka metrów. Dalszą częśc kompleksu świątynnego , zwiedziłyśmy w spokoju, urzeczone panoramą rozciągającą się za szczytu skały.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03167gg1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;UMIERAJĄCY BUDDA...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03169gg2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03171gg3.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03175gg4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;OTO ISURUMUNI VIHARAYA&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03184gg5.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;NIEWIELKA DAGOBA W ŚWIĄTYNNYM KOMPLEKSIE!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   W drodze do Sigiriyi, Sunil zabrał nas w odwiedziny do swoich Przyjaciół-rodziny mieszkającej na wsi, zajmującej się rękodziełem o magicznej nazwie BATIK.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Batik jest to sposób barwienia płótna w różne wzory za pomocą parafiny i naturalnych barwników. Poznałyśmy szczegółowy proces tworzenia batiku, widziałyśmy krok po kroku coraz bardziej kolorowego słonia, który to póżniej musi się taplać kilka dni, w spacjalnych kadziach z gorącą wodą, aż stanie się wspaniałym rękodziełem. W sklepie rodzinnym ilość, jakośc i różnorodność familijnych dzieł niewątpliwie nas zachwyciła. Z trudem dokonałyśmy wyboru i zakupiłyśmy, za dużą kwotę, mały kawałek płótna z pomarańczowym słoniem. Po transacji, usiedliśmy wszyscy pod bogatym w owoce drzewem mango i wypiliśmy po filiżance herbaty.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Miejscem naszego spoczynku w Sigiriyi był SERENDIPITY RESORT. Wspaniałe miejsce, w sercu lankijskiej dżunglii, nad jeziorem z widokiem na słynną LION ROCK! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Wieczorna kolacja w Serendipity, klimatem przypominała ujęcia z filmów podróżniczych. Drewniana wiata, żółte, ciemne światło, padający deszcz i roślinność. Tak bujna, zielona, gęsta i zamieszkała przez tysiące żyjących istot.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Gdy wyszłyśmy z naszego klimatycznego domku, wśród ciemności  rozległ się dżwięk buddyjskich mantr, dochodzący z pobliskiej świątyni. W kilka chwil póżniej konkurencję mnichom, zrobiły kraby i inne nocne stworzenia, grając, świerszcząc na czym się dało.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;By opisać wrażenie brak mi słów. Wszystko co przychodzi mi do głowy, wydaje się zbyt banalne. Był to jeden ze wspaniałych wieczorów na wyspie, podczas którego czułam się spełniona i szczęśliwa i nie chciałam by nastał dzień, cichszy niż ta noc...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03189kk1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;BATIK...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03199kk2.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;NAJMŁODSZY CZŁONEK BATIKOWEJ RODZINY..&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   -GRZYBEK!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-619728372555588502?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/619728372555588502/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/nietoperze-i-obraony-lankijczyk.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/619728372555588502'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/619728372555588502'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/nietoperze-i-obraony-lankijczyk.html' title='Nietoperze i obrażony Lankijczyk'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7264529268233116907</id><published>2008-12-12T19:35:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T22:27:44.274+01:00</updated><title type='text'>Elephant's shit</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;05.11.2006.    start 9.00.   Ruszyliśmy w drogę po śniadaniu (tosty, banany w cieście, banana milk shake i kawa). O ile to mętne błoto z dziwnym mlekiem można nazwać kawą. Oooo dzięki Przyjaciele, którzy radziliście nam zabrać z Polski słoik Nescafe ;)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Zwiedzanie  Anuradapury nie było zawarte w pierwotnym planie, nakreślonym skrupulatnie przez OLODUM w Warszawie. Pierwsza i najstarsza stolica Cejlonu jest obecnie jednym z niebezpiecznych miejsc na wyspie. W tym mieście jak i 50km od niego toczą się walki LLTE. Wybuchy, strzelaniny, terroryści i napady. Jadąc z Sunilem zwiedzanie tego miejsca było możliwe i bezpieczne. Droga była spokojna i ciekawa. Mijaliśmy miasteczka i wsie, jadąc tak zwaną jungle road z nadzieją na bliskie spotkanie 3-go stopnia z dzikimi  słoniami, które  żyją w tych okolicach. Niestety udało nam się zobaczyć jedynie wielkie słoniowe gówno ale za to świeże, co oznaczało, że niedawno tędy przechodził.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   W trakcie podróży poznałyśmy osobiście tukana, panią mangustę (dzielne zwierzątko, o czerwonych oczach, które zjada kobry, brrr), kilka jaszczurek i wszechobecne białoczarne wiewiórki. Droga z Negombo ku starożytnej stolicy była malownicza i egzotyczna. Wszędzie roztaczały się pola ryżowe, plantacje bananówi inne wspaniałości natury.Mijaliśmy piękną zatokę przejeżdżając przez miasteczko Puttalam.  I tu dowiedziałam się czegoś, co mnie zachwyciło i co zapamiętam na długo!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Wjeżdżając do zatłoczonego miasteczka, przeciskając się autem przez stada ospałych krów, zauważyłyśmy białe dekoracje. Drzewa, palmy,znaki drogowe, sklepy, bramy, ogrodzenia udekorowane były białymi wstążeczkami. Pomyślałam sobie, że to pewnie z powodu nadchodzącego święta POYA,pełni księżyca, w trakcie, którego Buddyści nie piją alkoholu, modlą się i pielgrzymują do miejsc świętych. Prawda okazała się zupełnie inna! Białe dekoracje oznaczały, że w miasteczku ktoś zmarł i jego mieszkańcy w ten właśnie sposób okazują smutek i szacunek.  W chwili śmierci Buddysty, żałobę symbolizuje -biel. Nawet cmentarz ustrojony jest białymi jak śnieg kokardkami, tak odmiennymi od chrześcijańskiej czerni i fioletu.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Zamyślona, w swoim własnym  świecie jechałam dalej w głąb wyspy ciesząc oczy egzotyczną, nasyconą zielenią. Sercem i myślami byłam przez jakiś czas z moim Heniusiem-Dziadulkiem, którego tak niedawno pożegnałam cała w czerni z fioletem w sercu...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Podróż trwała ok. 6 godzin. Dotarliśmy do sympatycznego hostelu ok 14.00.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Samanal (MOTYL) Lake View Resort czekał na nas z gotowym przyjemnym pokojem, znów z wieeelkim łożem i tym razem błękitną moskitierą!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   W święto POYA, pojechaliśmy zwiedzać kompleks  starożytnych (niestety odrestaurowanych) świątyń. Widziałyśmy wielkie DAGOBY, które wznosili monarchowie by za życia ukryć swoje skarby i kosztowności.Njwiększym przeżyciem w Anuradapurze było zobaczyć odnóżkę macierzystego drzewa (wg lankijczyków, najstarszego na świecie) BOTHI TREE, pod którym to Książe Sidartha doznał oświecenia i stał się Buddą!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Odnóżkę rośliny przywieziono z Indii i posadzono w ówczesnej stolicy. Dziś jako wielkie, rozłożyste drzewo, rośnie, przystrojone kolorowymi wstązkami, przyciągając swą świętością tłumy pielgrzymów, mnichów, turystów i całe rodziny wierzących Lankijczyków. Wszędzie dokoła roznosił się melodyjny pomrók buddyjskich mantr, ostry zapach kadzideł i świeżych kwiatów, składanych w ofierze pod Świętym Drzewem. Setki ludzi ubranych odświętnie na białom bosymi nogami wspinało się po schodach by złożyć swemu Bogu, wcześniej przygotowane tace z owocami, łańcuchy z kwiatów i inne egzotyczne kwiatowoowocowe kompozycje!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Mijając, również na boso medytujących ludzi, ukradkiem robiłyśmy zdjęcia chcąc zachować na dłużej klimat zadumy, duchowości i spokoju. &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   W powrotnej drodze naszą uwagę zwróciły małpie rodziny, siedzące wszędzie, na płotach, drzewach, ulicach. Zwierzęta dzikie o tak ludzkich cechach. Ze łzami w oczach patrzyłam na małpią mamę, obejmującą swoje małpie dziecko.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Z potwornie brudnymi nogami dotarłyśmy do auta. Zmęczone, szczęśliwe, zauroczone, wyciszone usnęłyśmy w święto Poya w stolicy Anuradapura! &lt;img alt="ziew" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/ziew.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="ziew" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/ziew.gif" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03078xx1.jpg" border="0" /&gt;   &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;ŚWIECZNIKI I STOJAKI NA LAMPIONKI I KADZIDŁA, SKŁADANE W OFIERZE BOGU BUDDYSTÓW!   &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03108vvv1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;DAGOBA...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03126xx4.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;OTO BODHI TREE...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03132xx5.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;...MAGIA, DUCHOWOŚĆ, SPOKÓJ...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03153xx6.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;...MEDYTACJA, ZADUMA, MODLITWA...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;-GRZYBEK I OLODUM!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7264529268233116907?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7264529268233116907/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/elephants-shit.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7264529268233116907'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7264529268233116907'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/elephants-shit.html' title='Elephant&apos;s shit'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-8954955389499345003</id><published>2008-12-12T19:31:00.002+01:00</published><updated>2008-12-12T22:27:24.126+01:00</updated><title type='text'>Dwie Marsjanki na Cejlonie !</title><content type='html'>&lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Przyleciałyśmy do Colombo-KATUNAYAKE o 5.00 rano. Z okien samolotu, podczas lądowania  niewiele było widać. Wszystko przykryte było tropikalną nocą. Odprawę przeszłyśmy bez problemów. Nsze paszporty oznakowane zostały kolejnym egzotycznym stemplem z pozwoleniem na 30-dniowy pobyt na wyspie! W holu kontroli paszportowej poczułyśmy lekki wietrzyk klimatu. Ciemne twarze Lankijczyków, wpatrzone w nas jak w UFO i pierwszy  w tym kraju, posąg Buddy!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Zielone dolary, zakupione w Warszawie, wymieniłyśmy na lankijskie rupie (1$=100rs). Ilośc i wielkość cejlońskich banknotów doprowadziła nas do głupawki. Przygotowane przez nas torebeczki na gotówkę nie były w stanie pomieścić taaakiej ilości banknotów. Ukryłyśmy pieniądze luzem w podręcznych plecakach wraz z naszymi bezcennymi aparatami foto, zostawiając sobie niewielką ilość gotówki na transport do hotelu w Negombo.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Z powodu zaostrzonego konfliktu pomiędzy Tamilami a rządem lankijskim, już w Warszawie postanowiłyśmy ominąć stolicę i zrezygnować z pobytu w Colombo!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Kierując się ku wyjściu, minęłyśmy kilkunastu uzbrojonych żołnierzy. Po kilku minutach dotarłyśmy do wyjścia, gdzie uderzył nas upał i wilgotne powietrze. Głód nikotynowy sięgał zenitu. Nie zwracając uwagi na propozycje pomocy w zorganizowaniu noclegu i transportu, oferowaną w czystym i zrozumiałym j.angielskim, brnęłyśmy dalej w poszukiwaniu spokojnego miejsca by zapalić. Długo oczekiwany papieros nie przyniósł satysfakcji. Gęstym, gorącym powietrzem nie dało się oddychać a papieros dusił jeszcze bardziej. Stałyśmy tak paląc, czujne, ostrożne, zszokowane kiedy oblegli nas "Miejscowi" proponując taksówkę.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Marta (OLODUM) wynegocjowała dobrą cenę, targując się dzielnie jak Arab! Po kilku minutach przyjechało po nas czerwone Mitsubishi, które miało nas zawieżć nie tylko do wybranego przez nas hostelu SILVER SANDS  w Negombo ale o tym wtedy  jeszcze nie wiedziałyśmy. I tak poznałyśmy Sunila- kierowcę, przewodnika, opiekuna.  Już w trakcie drogi do hostelu, która trwała 20min, dowiedziałyśmy się wiele o sytuacji polityczno-gospodarczej na Sri Lance! Sunil zyskał nasze zaufanie, pokazując gruby zeszyt z wpisami ludzi różnej narodowości. Wszyscy opisywali podróże z nim w samych superlatywach. Dotarłyśmy do hostelu, wybrałyśmy pokój z tarasem, z którego rozpościerał się widok na Ocean Indyjski i ogród. Była ok 6.00 rano, poszłyśmy na krótki spacer po plaży i wróciłyśmy do pokoju. Wymarzony prysznic, ogromne łóżko oczywiście z moskitierą, w kolorze wanilii.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Pierwsze śniadanie! Czajnik boskiej cejlońskiej herbaty i pyszne serowe omlety dodały nam sił. Wyruszyłyśmy przed siebie w poszukiwaniu "czegoś" na komary. Weszłyśmy po drodze do Kościoła katolickiego z ciekawości i chęci. Dom Boga Chrześcijan powstał jak wiele pozostałych na przełomie XVI/XVII wieku, wybudowany przez Holendrów. Wnętrze było zupełnie odmienne niż w polskich kościołach. Skromne, bez złoceń i przepychu, dostępne i ... egzotyczne!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Spacer po ulicach Negombo był spokojny i przyjemny. Uśmiechnięci Lankijczycy, dorośli, kobiety i dzieci nie ukrywali zaciekawienia i spojrzeń. Największą uwagę przyciągała Marty (OLODUM)  koszulka z Che Guevarą i mój czerwony kolor włosów. Obie byłyśmy dla nich jak Marsjanki! Dwie kobiety, obie z krótkimi włosami ( cejlońskie Panie mają piękne, długie, lśniące, hebanowe włosy). Jedna z nas z  dziwnym irokezem, druga- czerwony oszołom! &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Wróciłyśmy do hostelu rozbawione by skosztować wreszcie lankijskiego piwa marki Lion-pyszka  &lt;img alt="język2" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xjezyk.gif" border="0" /&gt;  , lekko ciemne, moc 4,8%!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;O 19.00 przyjechał Sunil w towarzystwie swojego szefa z agencji świadczącej usługi dla turystów. Nasz  pierwotny plan o podróży w czerwonym Mitsubishi jedynie do Polonnaruwy został znacznie poszerzony.Zdecydowałyśmy się na 4-dniowy plan (3 noclegi+śniadania+benzyna+opieka) ANURADAAPURA-SIGIRIYA-POLONARUWA-DAMBULA-KANDY!!! Same perełki cejlońskiego raju! Cały ten bajer wyniósł nas 24000rs. Zadowolone, spokojne zamówiłyśmy kolejne 2 Lion beer a moskity, których na Sri Lance roje, dalej rozkoszowały się smakiem naszej europejskiej krwi, rozżedzonej alkoholem! &lt;img alt="żaba" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xzaba.gif" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03024a.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;OTO OLODUM...&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03104b1.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;...OTO UFO Z CHE GUEVARĄ!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03223c12.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;OTO JA-ZDOBYWCA I MÓJ APARAT!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03400999.jpg" border="0" /&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;CHMMM, JEST CIEPLUTKO I PIĘKNIE...;)&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="center" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;-GRZYBEK!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-8954955389499345003?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/8954955389499345003/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/dwie-marsjanki-na-cejlonie.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8954955389499345003'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/8954955389499345003'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/dwie-marsjanki-na-cejlonie.html' title='Dwie Marsjanki na Cejlonie !'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-1383936589274440605.post-7273264992270217635</id><published>2008-12-12T19:28:00.006+01:00</published><updated>2008-12-12T22:34:46.548+01:00</updated><title type='text'>O tym jak To się zaczęło...</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt;Chmm... pierwszy wpis nie jest łatwy. Chcemy stworzyć stronkę o naszych podróżach. Przynajmniej raz do roku uciekamy w miejsca, troszkę mniej dostępne niż te opisywane przez biura podróży.  Mamy nadzieję, że blog ten będzie się rozrastał w siłę oraz, że kilka osób zarazimy pasją jaką jest poznawanie świata. &lt;/span&gt;&lt;img style="font-family: georgia;" alt="oczko" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/oczko.gif" border="0" /&gt;&lt;span style="font-family:georgia;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/q.jpg" border="0" /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt;&lt;p  align="left" style="font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Moja przygoda z Podróżą rozpoczęła się kilka lat temu. Pierwszy lot poza granice Europy odbyłam rejsem "czarterowym" do Egiptu. Pomimo wyśmienitego towarzystwa w postaci mojego chrześniaka Matiego, coś było nie-tak. Szybko zrozumiałam co. Nie dla mnie hotele, nie dla mnie "zorganizowana przygoda", zaplanowana przez biuro podróży. Polecam... lecz po 60-tce! &lt;img alt="oczko" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/oczko.gif" border="0" /&gt;&lt;/span&gt;  &lt;/p&gt;&lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Bakcylem podróżowania zaraziłam się mająć bliskie stosunki z samolotami, podczas pracy na lotnisku. Można by rzec, że każdego dnia jestem poza granicą. Pracuję w strefie strzeżonej, tuż za kontrolą paszportową. Codziennie w mundurze marki "pingwin", raz w roku-pasażer -jesienią w sandałach &lt;img alt="żaba" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xzaba.gif" border="0" /&gt; .&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   I tak wolnym i niezależnym podróżnikiem stałam się lęcąc do Brazylii! Tym razem w rolę Towarzysza Przygody , prowodyra, nagabywacza, organizatora, Przyjaciela wciala się Marta zwana Duszkiem (OLODUM). &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   I tak na deptaku Copacabany, na wzgórzu Corcovado, w wagoniku na Sugar Loaf i na Pelhorinho w Salvadorze de Bahia okazało się , że jesteśmy świetnym duetem podróżników!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Dziś pluję sobie w brodę, że nie opisałam tamtej podróży. Gorącej, szalonej, barwnej i niebezpiecznej Brazylii. Oprócz zdjęć i pamiątek w sercu pozostało wiele wspomnień, tak różnych jak sama Brazylia. Może wrócę do nich wkrótce, a może dopiero ...na starość, podczas urlopu  w Antalyi, chi chi chi  &lt;img alt="hehehe" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xhehe.gif" border="0" /&gt; .&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Rok póżniej, w tym samym "zestawie" , z jeszcze większym entuzjazmem wyruszamy do ... Tajlandii... i tak jak poprzednio, lecimy same, niezależne, z własnym, dokładnym planem podróży. Od pierszych chwil przeżywam zauroczenie kolorami, słońcem, uśmiechem Tajów. Jestem odurzona bukietem zapachów, rozmaitością tradycji, przepychem Świątyń i wkręcam się natychmiast w wir zakupów. Do tej Przygody wrócę na pewno. Tego Kraju-Raju nie da się pominąć. Cudowna Atlantyda,  tyle że nie zaginiona, na szczęście!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   Dziś (jesień 2006) jeszcze jestem w Warszawie, w Polsce, w Europie. Robi się zzzimno, czas się pakować. Przede mną paszporty, bilety na trasę WAW-FRA-CMB!!!  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;   DO ZOBACZENIA NA ... SRI LANCE!!!! &lt;img alt="żaba" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xzaba.gif" border="0" /&gt;  &lt;img alt="żaba" src="http://blog.onet.pl/_d/emot/xzaba.gif" border="0" /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03092b.jpg" border="0" /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Chyyy to jaaa Grzybek, gdzie...?  Na Sri Lance!!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03056c.jpg" border="0" /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;...tuż po przylocie 6.00 rano,  Negombo-Sri Lanka!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="center"&gt; &lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;img alt="" src="http://republika.pl/blog_au_3573083/4283507/tr/dsc03029d.jpg" border="0" /&gt;&lt;/span&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Oto Olodum tudzież Duszek we własnej osobie... w kilka chwil po degustacji Lankijskiego browaru!!!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt; &lt;/p&gt; &lt;p align="left"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;- Grzybek!&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/1383936589274440605-7273264992270217635?l=boaviagem2.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://boaviagem2.blogspot.com/feeds/7273264992270217635/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/chmm.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7273264992270217635'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/1383936589274440605/posts/default/7273264992270217635'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://boaviagem2.blogspot.com/2008/12/chmm.html' title='O tym jak To się zaczęło...'/><author><name>Olodum i Grzybek</name><uri>http://www.blogger.com/profile/13809263479432659705</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='24' src='http://3.bp.blogspot.com/_xU8ar2jSGH4/SUO-Tz1KUrI/AAAAAAAAAYw/GMcHktrXGdQ/S220/mo2.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
