piątek, 2 marca 2012

W wodzie, dzień trzeci.

Na trzeci i ostatni dzień trekkingu czekałyśmy zarówno z lekką obawą, jak i niecierpliwością. Miałyśmy już do czynienia z kajakami, ale tylko przez krótki czas na spokojnych wodach zatoki Ha Long. Przewodnik zapewniał nas, że czterogodzinna trasa do Luang Prabang dzieli się na dwie części. Pierwsza, gdzie rzeka jest spokojna i nie wymaga dużych umiejętności pływackich, oraz druga, na której zaczynają się prądy. Dodał, że mamy wymijać krzaki i skały.


Wypłynęliśmy. My z Marcią na jednym plastikowym czółnie, przed nami przewodnik na drugim, wytyczający szlak. Płynęło się cudownie, na samym tylko początku nie skoordynowałyśmy wioseł i kajak płynął w przeciwną niż chciałyśmy stronę. Szybko udało nam się wrócić na prostą i płynęłyśmy dalej z nurtem rzeki. Nam Khan River rzeczywiście w tym miejscu była spokojna. Sprawnie omijałyśmy zakrzaczone wysepki i wystające skały. Wiedziałyśmy, że w połowie drogi możemy zrezygnować, by uniknąć bliskiego spotkania z prądami. Płynęłyśmy spokojnie upajając się widokami jak z bajki. Skoordynowałyśmy ruchy do perfekcji wspomagając się na prędce powstałym językiem: lewo-lewe wiosło (kajak skręcał w prawo), prawo-prawe wiosło (czółno odbijało w lewo), prosta-oznaczało używanie obu wioseł w równym tempie. Siedząc z przodu ogłaszałam "uwaga krzaki", "odbijamy na lewo, prąd". Szło nam świetnie. Gdy zaczynały boleć ramiona lub kciuki od trzymania wiosła, jedna odpoczywała, a druga przejmowała kontrolę nad kajakiem. Muszę przyznać, że byłyśmy z siebie dumne. Raz nawet zebrałyśmy wszystkie siły, by wyprzedzić przewodnika śpiewając "we are the champions".


Po dwóch godzinach drogi, przewodnik zapytał czy chcemy płynąć dalej i czy jesteśmy gotowe na stawienie czoła prądom 
i trudniejszej części rzecznej wyprawy. Zgodnie chórem odparłyśmy "ready", podnosząc w górę wiosła. Po kilku minutach ospała i spokojna Nam Khan River, jakby znudziła się naszym towarzystwem wściekła się nagle, zagotowała, wzburzyła i zakipiała ze złości. Przemieniła się nagle w poddenerwowaną i niebezpieczną rzekę. Ze wzburzonej, rwącej rzeki wystawały wszędzie ostre skały. Przy naszym doświadczeniu, czyli jego braku, omijanie ich wymagało nie lada koncentracji i skupienia. Pierwszy prąd pokonałyśmy tak zgrabnie, że nawet nie przyszło nam do głowy, że następny pokona nas. Za późno odbiłyśmy w lewo, gotująca się rzeka wywróciła kajak, a my obie wylądowałyśmy w wodzie. Początkowo strach był umiarkowany, fakt że nie mamy gruntu pod nogami wzmógł go jednak w kilka sekund. Kurczowo trzymałam się skorupy kajaku i jakimś cudem dzierżyłam oba wiosła. Nie wiem jednak co sprawiło, że Marta nadal miała na nosie swoje okulary. Rzeka znosiła nas razem z kajakiem. Czułyśmy jej siłę i moc, nie było innego wyjścia tylko się jej poddać. Dryfowałyśmy jak dwa patyczki targane przez sztorm, bez możliwości zatrzymania się. Kiedy podpłynął do nas przewodnik chcąc nam pomóc, zaczęło się najgorsze. Oboje z Martą przewrócili kajak z nadzieję, że uda nam się ponownie do niego wsiąść. Przed nami był kolejny prąd. Niestety rzeka nie zwalniała, płynęła jak szalona, nie zważając na przeszkody, to co napotkała, zabierała ze sobą. Chcąc uniknąć bliskiego spotkania ze skałą, która nagle wyrosła na mojej drodze, wsparłam się o kajak, który przewrócił się na mnie. Od dziecka boję się wody i choć potrafię pływać, nie czuję się pewnie w wodzie. Pod kajakiem spanikowałam, nie mogłam wypłynąć, bo plastikowe czółno pokrywało mnie całą. Uderzałam kaskiem o spód, nie mogąc się wynurzyć. Woda nadal nas znosiła. Uderzyłam kolanem o wystającą skałę. Mokre jeansy i bluza krępowały moje ruchy, wszystko było żółte pod wodą. Nie będę kłamać, że nie spanikowałam, myślałam, że to już koniec, nawet ładnie to wszystko tam w wodzie wyglądało. Nagle, jakimś cudem, Marta zdjęła ze mnie kilkudziesięciokilogramowy kajak i wypłynęłam na powierzchnię. Na przemian zachłystywałam się wodą i powietrzem. Kask spadł mi na oczy, wylewała się spod niego woda, wyglądałam jak siedem nieszczęść i byłam przerażona. Rzeka zaczęła się uspokająć, jakby nagle minęła jej złość. Wspólnymi siłami dobiliśmy do brzegu, by tam dać upust swoim emocjom. Gdy stanęłam na brzegu trzęsły mi się wszystkie mięśnie, chodziłam w kółko i śmiałam się nerwowo jak głupi do sera. Marcia spokojnie zajęła się jedzeniem smażonego ryżu z warzywami zawiniętego w liście bananowca. Żadna z nas nie chciała już dalej płynąć. Po uderzeniu o skałę miałam obolałe kolano i sińca giganta. Do hotelu wróciłyśmy tuk-tukiem ociekając wodą. Tak minął trzeci-ostatni dzień trekkingu.


W błocie, dzień drugi.

Kiedy odgłosy imprezy i bełkot zmęczonego ryżowym bimbrem dj-a wreszcie zamilkły, usnęłyśmy skulone pod kołdrami w pełnym ubraniu. Noc była zimna i krótka. Po niespełna kilku godzinach rwanego snu, tuż nad głową zapiał nam kogut, zwiastując początek dnia. Za chwilę zapiał następny, potem kolejny i jeszcze jeden, później piały już chyba wszystkie chórem. Wstałyśmy przemarznięte i nie bardzo zregenerowane na kolejną wyprawę. Po smacznym śniadaniu i kilkunastu metrach wspólnej drogi, rozstałyśmy się z Niemcami i ruszyłyśmy własną drogą.


 
W pocie i błocie pokonaliśmy 25km chodząc po wzgórzach, szczelinach, mostach, mostkach, płotach, strumykach i nierzadko rowach. Rano, kiedy słońce schowane było jeszcze za wzgórzami, a powietrze świeże i rześkie szło się sprawnie i przyjemnie. Później z nieba lał się istny żar, słońce rozgrzało się do czerwoności i paliło nieosłoniętą skórę. W lesie, cień dawał lekkiej otuchy, za to bezlitosne komary wysysały z nas resztki sił. Podczas tej kilkugodzinnej wyprawy do nikąd, przeżywałyśmy cały wachlarz emocji, od złości po radość, od głupawki po skrajne załamanie. Czasem było bardzo ciężko, gdy nogi ślizgały się na rozmiękniętej glinie a ścieżka była tak wąska, że mieścił się na niej tylko jeden but. Nie było się czego złapać czy wesprzeć. Gałęzie drzew ślizgały się w spoconych dłoniach. Nieraz myślałam, że nie dam rady. Wspinając się pod wzgórze, serce waliło mi w piersi jak oszalałe, towarzyszył mi ciągły stan przestraszenia.



Żałowałam wtedy każdego wypalonego w życiu papierosa. Brakowało mi tchu, całe ciało miałam mokre od potu, mięśnie rwały z bólu. Marzyłam o prysznicu i o tym by wreszcie dojść, dokądkolwiek mieliśmy dojść. Nasz przewodnik dawał nam dużo swobody, nie narzucał się opowiadając o listkach i kwiatkach. Szedł spokojnie kilka metrów przed nami, gdy z braku sił robiłyśmy niezamierzone przerwy, czekał cierpliwie. Idąc raz czułam się wspaniale, będąc sama ze sobą, swoim ciałem, swoimi słabościami, myślami i uczuciami. Innym razem zastanawiałam się co mi odbiło, że się na to zgodziłam. Chwilami myślałam, że umrę i nikt mnie gdzieś tam, w tej laotańskiej dżungli nie odnajdzie. Oczywiście żartuję, ale było wiele chwil zwątpienia w siebie i swoje możliwości. Jednak o to w tym wszystkim chodzi, by się zmęczyć, ubrudzić, spocić i umęczyć, jeśli nie rozumiesz po co, spróbuj sam. Po  trzech godzinach  drogi, odwiedziliśmy piękną wioskę wśród wzgórz, położoną nad malowniczym jeziorem.

Niesamowite, jak dużo sił dodaje kilka łyków ciepłej wody, która smakuje jak życiodajny nektar i chwila odpoczynku. Wyostrzone zmysły chłoną z podwójną intensywnością. Po kilku minutach ruszyliśmy dalej. Kiedy dotarłyśmy do słoniowej wioski, w której miałyśmy nocować, skrajne zmęczenie gdzieś się ulotniło. Po prysznicu czułyśmy się jak nowo narodzone i poszłyśmy przez dżunglę na kolację. Nasz przewodnik odjechał do Luang Prabang,  a nas zostawił pod opieką swojego kolegi, który w międzyczasie się upił. W innych warunkach, by nam to może nie przeszkadzało, ale wtedy w wiosce zapadł już zmrok, powrót przez dżunglę był niemożliwy. Do hostelu można było się dostać jedynie łodzią. Słoniowa wioska układała się do snu, wszyscy zbierali się do domów, słonie dawno poszły spać, żadna łódź nie była przycumowana do brzegu. Zignorowałyśmy bełkot pijanego przewodnika i z pomocą miłej kelnerki z restauracji w słoniowej wiosce, zorganizowałyśmy sobie powrót łodzią do hostelu. Łódka płynęła prawie w zupełnej ciemności czarną jak smoła rzeką. Nad nami świeciły tylko gwiazdy, a były ich tysiące. Do snu ukołysały nas cykady.

Tak minął nam drugi dzień trekkingu.







W pocie, dzień pierwszy.

Nie chcę nazywać naszych wypraw urlopem, bo co to za urlop kiedy wstaje się o 6 rano, wciąż pakuje i rozpakowuje na nowo, by znów się spakować i ruszyć dalej zakurzoną drogą w nieznane. Tym razem przyszło nam się przepakować z dużych plecaków w małe, podręczne. Wyruszałyśmy na 3-dniowy trekking.


Duże bagaże zostały w hotelu i czekały na nasz powrót. O 8 rano przyjechał nasz przewodnik,  z którym to miałyśmy przemierzać wzgórza i doliny, taplać się w błocie, wodzie, oraz kurzu. Pierwszy dzień trekkingu to pokonane kilkanaście kilometrów na rowerach, pod prawie pionowe wzgórza, przy 100 stopniowym upale. Już po dwóch godzinach mięśnie nóg tak mnie bolały,  jakby ktoś ciął je nożem. Wszystkie ubrania były mokre od potu, a mały plecak zdawał się ważyć dwa razy tyle, co ten duży zostawiony w hotelu. Kiedy nie dawałam rady, schodziłam z roweru, by ciągnąć go obok siebie powłócząc nogami. Jechaliśmy wzdłuż Nam Khan River, by odwiedzić grób odkrywcy Angkoru - Henrego Mahouta, który zmarł na malarię w wieku 35 lat i przed śmiercią wybrał sobie mijaną przez nas dżunglę jako miejsce swojego pochówku.


Kiedy moje mięśnie się zbuntowały i bolało mnie już dosłownie wszystko, dotarłyśmy do cudownej wioski słoni, miejsca tak uroczego i cudownego, że nie chciało się stamtąd wyjeżdżać. Po godzinie odpoczynku i pysznym lunchu przyszedł czas na słoniową przejażdżkę. Usadowiłyśmy się wygodnie na grzbiecie słonicy
Da La San, by wyruszyć na spacer po okolicznych wioskach.  Po kilku minutach drogi, słoniowy przewodnik zamienił się
z miejscami z Martą. Jak to wyglądało możecie zobaczyć sami...  


Słoniowa wioska to przepiękne miejsce założone przez Marcusa Peschke, Niemca który początkowo prowadził knajpę w Luang Prabang, a później za wsparciem laotańskiego rządu otworzył Tiger Trail, pierwszą firmę organizującą trekkingi dla turystów w Laosie. Dzięki dużemu zainteresowaniu i zdobytym finansom, wziął pod opiekę 9 starych słonic, które będąc już niezdolne do dalszej ciężkiej pracy, skazawane są  na śmierć. Otworzył wioskę słoni nad brzegiem Nam Khan River, zachowując klimat i warunki dla tych tonowych dam z trąbami. To tutaj słoniowe staruszki mają opiekę medyczną, bo tu jest ich szpital, mają swoją restaurację, w której zjadają pół tony bambusa dziennie i także tutaj mogą zażyć rzecznej kąpieli, czyli to słonie lubią najbardziej. 
Wioska słoni to miejsce pełne czaru!!!!!!!!!!!!



Po słoniowej przygodzie rowery wymieniłyśmy na łódź i w mojej duszy znów rozbudził się rybak. Nasza 
wąska drewniana łódeczka cięła jak skalpelem spokojną taflę wody Nam Khan River. Płynęliśmy do wspaniałego wodospadu Tad Sae. Jeśli jakieś zmęczenie  w nas pozostało, to tutaj całkowicie przeminęło. Oczy chłonęły strumienie turkusowej wody wypływającej wprost z lasu. Naturalnie utworzone baseny, dawały ulgę zmęczonym ciałom. Nie mogłam uwierzyć, że pod koniec pory suchej, wodospad ten prawie wysycha i po prostu znika, by wraz z monsunem wybuchnąć intensywnością lazuru. Tyle wody o takiej magii wyparowuję, zbierając energię z drzew eksploduje turkusem.



Tam naładowałyśmy baterie do końca. Po tylu wrażeniach całego dnia, to nadal nie był koniec.  Miałyśmy do pokonania kilkanaście kilometrów drogi przez dżunglę, do zapomnianej przez świat wioski, gdzie miałyśmy nocować. Szliśmy wzdłuż wodospadu, pokonując wąskie, błotne ścieżki, wspinając się po skałach. Pokonywaliśmy kukurydziane pola, wyschnięte ryżowe poletka, stąpaliśmy po spękanej ziemi i kamienistych drogach. Rozpalone słońce paliło bezlitośnie odsłoniętą skórę. Okoliczne drzewa, nie dodawały nam otuchy, bo właśnie tam do boju ruszały chmary komarów, zwabione zapachem naszego potu.



Umęczeni dotarliśmy do naszej "wioski na krańcu świata", gdzie jej mieszkańcy, tak jak my, wracali do domu na kolację. Poczułam się zawstydzona widząc mieszkańców wioski dźwigających kilkunasto - kilogramowe worki ryżu, którzy pomimo ciężaru, wciąż się uśmiechali. Naszym  noclegiem była bambusowa chata, 
z przygotowanym posłaniem pod moskitierą. Siedzieliśmy przy świeczkach wraz z parą Niemców czekając na kolację.


Wieczorem zrobiło się bardzo zimno. Temperatura spadła o kilkanaście stopni, smakowało nam nawet ciepłe piwo.  Nie piliśmy jednak dużo, by uniknąć chodzenia do "toalety". Chyba brak mi wyobraźni, by ją Wam opisać. Nasi sąsiedzi łóżkowi i graniczni okazali się ludźmi ze świetnym poczuciem humoru,  dzięki którym udało się przetrwać tą noc. Kiedy wioskę otoczył zmrok, widać było tylko gdzieniegdzie rozpalone ognisko lub pojedynczą żarówkę dyndającą  na wątłym kablu. Ludzie ucichli, rozśpiewały cykady i inne stworki ukryte w dachach chat. Upajaliśmy się tym klimatem niespełna kilka minut, kiedy to w mieszczącej się na przeciwko naszej chaty lokalnej świetlicy rozbłysły nagle dyskotekowe światła, zamilkły cykady i rozbrzmiał tubalny głos dj-a. Zamarliśmy wszyscy nie wierząc własnym oczom i uszom. Przewodnik nieśmiało wyjaśnił nam że jest to impreza zorganizowana przez właściciela pola ryżowego na koniec zbiorów, by podziękować za pomoc mieszkańcom wioski. Klimat wioski (ten którego oczekiwaliśmy) zniknął. Muzyka bębniła odbijając się od wzgórz przez kilka następnych godzin. Wszystkie cykady i świerszcze uciekły wystraszone i wcale bym się nie zdziwiła gdyby długo nie wracały. Uszanowaliśmy jednak specyficzne święto, w którym przyszło nam brać udział. Staraliśmy się nie przeszkadzać i zregenerować na następny dzień. Niestety zasnąć udało nam się dopiero po założeniu stoperów, które dzięki Buddzie, wzięłyśmy ze sobą po audio przygodach w kambodżańskich autobusach. Tak minął nam pierwszy dzień trekkingu.

piątek, 6 stycznia 2012

Miasto Mnichów i wściekły tuk-tukowiec

Przybiliśmy do brzegów Luang Prabang w tak zwanym najlepszym momencie. Kiedy my rozprostowywałyśmy kości po dwóch dniach rejsu, wszędzie wokół stali turyści z aparatami fotograficznymi, ustawionymi na statywach, zawieszonymi na szyjach, trzymanymi w rękach - wycelowanymi prosto w cel, gotowymi do strzału.
Po chwili nastąpił ten moment, słońce z gracją, jak gwiazda filmowa chowało się za wzgórzami, jakby chciało uciec przed natrętnymi paparazzi. Słychać było echo masowych strzałów migawek. Tego wieczoru nie brałyśmy udziału w walce o najlepsze ujęcie.


Ruszyłyśmy w górę piaszczystą, stromą drogą z czterema plecakami na grzbietach w poszukiwaniu tuk-tuka. Transport znalazłyśmy już po chwili. Zanim odjechałyśmy, dokoptowano do naszej trójkołowej limuzyny jeszcze czwórkę turystów. Kierowca porozwoził ich w kilka minut po pobliskich hostelach.


Wjechaliśmy w miasto na poszukiwanie naszego hostelu Villa Mery nr 1. Kierowca tuk-tuka mknął przez ciasne uliczki, sprawiając wrażenie, że wie gdzie jedzie. Niestety, nie miał zielonego pojęcia. Obwiózł nas po wszystkich hotelach, hotelikach, hostelach, lodgach, resortach o podobnej nazwie, lecz naszego nie znalazł. Po godzinie jeżdżenia w kółko, nerwy mu puściły i się wściekł. Jakimś cudem my byłyśmy bardzo spokojne pomimo, że zapadł już zmrok i zupełnie nie znałyśmy miasta. 


Marta wpadła na pomysł by zatrzymać się w kafejce internetowej i tam znaleźć adres hostelu napisany laotańskimi znaczkami. To również nie pomogło. Kierowca dalej jeździł w kółko. W pewnej chwili, nie wiedzieć czemu zatrzymał się przy Merry Guest House. Marta poszła do recepcji po pomoc, ja zostałam z bagażami jako załadunek, z którym nie mógł odjechać. Wróciła już po kilku chwilach w towarzystwie młodziutkiej recepcjonistki, która zawzięcie gestykulując nakrzyczała na pana tuk-tukowca i dokładnie wytłumaczyła jak jechać. Ruszyliśmy ... po kilkunastu minutach jeżdżenia po tych samych miejscach, tym razem nam puściły nerwy. Zawróciliśmy do miłej recepcjonistki, która jako jedyna wiedziała gdzie mamy nocować.
Gdy tylko zabrałam z paki drugi plecak wściekły tuk-tukowiec odjechał natychmiast pomstując na czym świat stoi. Nasza drobna przyjaciółka odpaliła swój prywatny motór. Pomiędzy nogami postawiła sobie jeden z naszych plecaków i zawiozła Martę do naszego hostelu. Po pięciu minutach wróciła po mnie i drugi bagaż jej rozmiarów. Byłyśmy jej niewyobrażalnie wdzięczne za pomoc.

Luang Prabang okazało się być miastem o niesamowitym klimacie z doskonałymi knajpkami, kawiarenkami i restauracjami. Pierwszy wieczór spędziłyśmy w Lao Lao Garden, magicznym lokalu-ogrodzie, przystrojonym lampkami, lampionami, świecami i świeczuszkami. Na powitanie podano nam kieliszek laotańskiej whiskey, czyli ryżowy bimber zabarwiony na czerwono. Smak - bimber! Jedzenie było znacznie lepsze, klimat wspaniały, muzyka na żywo, polecam z całego serca.
Rankiem wyruszyłyśmy na miasto. Zwiedziłyśmy na bosaka najważniejsze świątynie, w tym Wat Phu Si oraz Royal Palace. 



Po rześkim poranku słońce rozgrzało się do czerwoności. Z trudem pokonywałyśmy kolejne schody i ze szczerą niechęcią wyjmowałyśmy aparat. Chwilę otuchy przynosiło jedynie skrycie się w cieniu drzewa lub lekki chłód we wnętrzu świątyni. Mnie szczególnie zauroczyła Wat Phu Si znajdująca się na wzgórzu, z którego roztaczał się bajeczny widok na miasto i odległe prowincje.



To tam przysiadłyśmy w cieniu drzewa Champa, by odurzone jego zapachem oddać się nastrojowi. To tam zapaliłam kadzidło dla ważnej dla mnie Osoby, która odeszła tego dnia kilka lat temu. Ten dzień wypada zawsze podczas wyjazdu, kiedy nie mogę iść na cmentarz zapalić znicz, palę kadzidło w świątyni, gdzieś w Azji przed figurą złotego Buddy. Bo co to za różnica, czy to Kościół, czy Świątynia, czy też Meczet. Ważne by pamiętać.  


Późnym popołudniem wyruszyłyśmy na zakupy, na nocny market, który w mgnieniu oka rozkłada się na ulicy przed Pałacem Królewskim. Pod kolorowymi namiotami,  na słomianych matach laotańskie kobiety prezentują swoje rękodzieła. Można tam kupić koszulki, papcie, lampki, lampiony, torby, torebeczki, portfeliki, medaliki, bransolety, poduszki, maski i całą masę innych pięknych dzieł, których cena z pewnością nie da się porównać z wysiłkiem włożonym w ich powstaniem.  Targowanie z  Laotańczykami jest krótkie, konkretne i kulturalne. Po godzinie wyszłyśmy z nieco uszczyplonym porfelem, ale wypełnionymi plecakami. Bo my już tak mamy, kochamy zakupy w odległych krajach, dlatego nasze mieszkanie wygląda jak Muzeum Azji i Pacyfiku, z tym że, od Gości nie pobieramy opłaty za bilet.


środa, 28 grudnia 2011

Sabaidee Lao

W pierwszą noc w Laosie, spałyśmy jak niemowlaki. Wstałyśmy wczesnym rankiem, gdy poranna mgła jeszcze nie opadła, by zanim wypłyniemy dalej, wspiąć się smoczymi schodami do Świątyni.


O 11.00 byłyśmy już na łodzi, którą płynęłyśmy przez brązowe wody Mekongu, aż do Pak Beng. Przez całe 7h szum wody rozbijającej się o dziób, wprowadzał mnie w stan hipnozy i pozytywnego odrętwienia. Mój mózg został jakby częściowo wyłączony. Wyostrzył mi się zmysł wzroku i powonienia. Chłonęłam widoki, których nie da się opisać, wdychałam zapach dżungli i kwiatów rosnących przy brzegu.
Płynęło z nami ok 50 osób, w różnym wieku, turyści z całego świata. Po 2h rejsu, na łajbie zaczęła się impreza. W barku, można było zakupić piwko, ale większość ekipy była przygotowana na wielogodzinny melanż. Dziewczyny z Irlandii, opróżniały kolejne butelki whiskey w imponującym tempie.
My odrętwiałe relaksem, rejestrowałyśmy mijające krainy, oblane wszystkimi kolorami soczystej zieleni.



Około 18.00 dobiliśmy do brzegu, by poznać skąpane w różu i pomarańczu Pak Beng. Nocleg znalazłyśmy bardzo szybko i wyruszyłyśmy na poszukiwanie kolacji. Kilka bananów i cukierków przygotowanych przez nas na wodną wyprawę, okazało się zdecydowanie za mało. Byłyśmy wściekle głodne.

Pak Beng to właściwie jedna uliczka, wzdłóż której, po obu stronach znajdują się jedynie knajpki, hotele, hostele, bary i restauracyjki. Gdy wyszłyśmy z chłodnego pokoju, zmrok zapadł nagle i bez ostrzeżenia. Knajpki zachęcały migoczącymi lampionami i lokalną kuchnią. Marta pomimo, że głodna odważyła się testować miejscowy specyfik fish lap. Do tej pory twierdzi, że ta błotno-zielona potrawa o odrzucającym zapachu, była smaczna. Ja standardowo wybrałam smażony makaron, niestety nieco za delikatny i nijaki, jak na bogactwa smaków Azji. Po godzinie knajpa wypełniła się po brzegi. Turyści zdawali się wybierać to miejsce z jedynego powodu, bo byli tam inni turyści. Kiedy my zajęłyśmy tam pierwszy stolik, było bajecznie pusto i cicho. Po napływie białych, zaczęłyśmy szukać spokojniejszego miejsca.

 
Po drodze zaczepił nas lekko poddenerwowany pan z rozbieganym wzrokiem, oferując sprzedaż miejscowej trawki. Grzecznie odmówiłyśmy. Nasz wzrok przyciągnął inny migoczący kolorami lokalik. Usiadłyśmy na tarasie z widokiem na Mekong, który o tej porze był czarną otchłanią. Było go tylko słychać, co pobudzało naszą wyobraźnię. Tym razem knajpka była prawie pusta, panował w niej niesamowity nastrój, a z głośników leciała dobra muzyka. Tutaj zainteresowało nas menu, które przeglądałyśmy raczej z nudów niż z chęci zamówienia czegoś do jedzenia. W dziale "sałatki" znajdował się specyfik z miejscowej trawki ..., gdy spytałam właściciela o co chodzi, odpowiedział, że źle to rozumiem, że to wodorosty z Mekongu ale ... i tu sciszył głos i bardzo uprzejmie wskazał w dziale "desery" - happy cake, po czym dodał, że jeśli chcemy to nie musi być w ciastku. Byłyśmy w szoku. Klimat prowokował do zakupu i totalnego odprężenia. Jednak rozsądek wziął górę, Marta wypowiedziała tylko tytuł książki "12 x śmierć" i cała ochota odeszła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Po piwku poszłyśmy spać, nie wiedząc jaka niespodzianka czeka nas o poranku. Chłodna noc, ciepły pled i cudownie wygodne twarde łóżko, natychmiast utuliły nas do snu. Kiedy złośliwy budzik zaczął nas terroryzować przed 6.00 rano, chciałyśmy zostać na tym krańcu świata. Lodowata woda w kranie, szyko postawiła nas na nogi i wygoniła z pokoju. Miasteczko wolno budziło się ze snu, zaspani mieszkańcy rozstawiali stragany i szykowali się na poranną ceremonię. My jeszcze nie wiedziałyśmy o co chodzi. Wszędzie unosił się zapach gotowanego ryżu, parującego z misternie plecionych wiklinowych koszyczków. Kupiłyśmy bananowe ciasto i trzy bagietki naszpikowane samymi pysznościami, zapakowane w liście bananowaca dla zachowania świeżości. W drodze na śniadanie do miejscowej piekarni, usłyszałyśmy mantrowy śpiew. Przed nami, nad Mekongiem klęczące wzdłuż drogi kobiety, ofiarowywały mnichom poranną strawę, a ci błogosławili je śpiewem i modlitwą. Panował niesamowity nastrój, w powietrzu unosiła się specyficzna cisza i nierozproszony jeszcze sen miasta. Wzgórza skryte we mgle, zdawały się jeszcze spać i nie przeszkadzały w ceremonii tak ważnej dla mieszkańców miasteczka. Pomarańczowe szaty obudziły nasze oczy, a nastrój nas wchłonął.



O 8.00 nasza łódź wypłynęła dalej, prosto do Luang Prabang, miasta mnichów, gdzie czekały na nas kolejne przygody, nawet te zapierające dech w piersiach, ale tego jeszcze nie wiedziałyśmy.
Uśpiony rybak w mojej duszy, rozbudził się na dobre. Chciałam dalej płynąć, płynąć i płynąć ...

czwartek, 8 grudnia 2011

... zacznijmy od początku ...

Wyznam Wam szczerze, że w poprzednim życiu byłam rybakiem ... lub marynarzem, nie wiem, nie pamiętam. Pomimo, że w duszy jestem lotnikiem i to statki powietrzne zdobyły moje serce lata temu, to mała, zdezelowana łódź, napędzana jakimś silnikiem, powoduje u mnie stan totalnego wyciszenia i relaksu.
To właśnie taką zdezelowaną łódeczką przekroczyłyśmy granicę na Mekongu, pomiędzy Tajlandią a Laosem.


Oficerowie w immigration point byli zafascynowani naszymi paszportami i oglądali je strona po stronie, uśmiechając się, widząc kolejną egzotyczną wizę. Kiedy z namaszczeniem i powagą wkleili nam do paszportów wizę laotańską, poczułyśmy ogromną radość, Marta powiedziała "witaj w Laosie", byłam nieziemsko zmęczona i szczęśliwa.


Gdy dotarłyśmy na miejsce, w Huay Xai zapadał już zmrok. Kilka knajpek przy głównej ulicy migotało światełkami. Pierwszą przygodą, w nieznanym kraju jest zawsze wymiana pieniędzy. Z kipami musiałyśmy oswajać się kilka dni. Ogromne nominały nie zmyliły czujnej Marty. Wśród miliona kipów, zauważyła, że pani kasjerka się pomyliła i dała nam za mało o 50000 kipów, byłam pod wrażeniem. Obie byłyśmy skrajnie zmęczone, mój mózg nie rejestrował już nic. Marzyłam o prysznicu i kolacji. 
Niewiele pamiętam z pierwszego wieczoru, oprócz chłodu, który nas zaskoczył.




Laotańskie retrospekcje

Nasza podróż do Laosu trwała równo 24h. Dotarłyśmy do celu wszystkimi środkami transportu, jakie wymyślił człowiek. Jechałyśmy tramwajem, autobusem, leciałyśmy samolotem, później następnym, potem był kolejny i chyba jeszcze jeden, 
w międzyczasie następny autobus i łódź.


Przez te 24h przeżyłyśmy zmianę czasu, przetrwałyśmy skrajne zmęczenie i u celu byłyśmy szczęśliwe, że to koniec, a właściwie początek drogi.
Dziś jesteśmy w jej połowie. Za nami tyle wrażeń i przeżyć, że kiedy zabrałam się do pisania, przeraziła mnie biała kartka w "dzienniku", w którym zawsze piszę. Od czego zacząć? Jak to wszystko opisać, wyrazić własne uczucia? Do tej pory przytrafiło nam się już tak wiele. Marta prowadziła słonia, który wszedł do rzeki, nasz kierowca tuk-tuka zgubił drogę i puściły mu nerwy, jechałyśmy rowerami w upale pokonując wzgórza, przeszłyśmy ponad 25km w dżungli, płynęłyśmy dwa dni łodzią, płynęłyśmy kajakiem raz na wodzie, raz ... pod wodą, gotowałyśmy wyszukane potrawy na cooking lessons, spędziłyśmy chilloutowe godziny w klimatycznych knajpkach w Laosie i ciche chwile w magicznych świątyniach. Na swej drodze spotykamy ludzi z całego świata, ludzi którzy mówią mało i tych którzy mówią za dużo. Każdy ma inny plan, różne cele, jednych rozumiemy, innych nie.


Nie rozumiemy jednak, jak można poświęcić tylko tydzień by "zwiedzić" jeden kraj. Już dziś wiemy, że nasze trzy tygodnie na Laos, to za mało. Za mało by Go poczuć, powąchać, dotknąć, posmakować ...


piątek, 8 lipca 2011

Sapa

Pisząc o naszych przeżyciach mam tendencję do patetyzmu i opowieści szczerych do bólu. Dziś oddaję "pióro" Olodum - Marcie, która stworzyła karty tego bloga, która przyjaźni się z megabajtami i pikselami, gdzie ja nie wiem kto jest to kto. Do dziś była technicznym mózgiem naszych podróży. To ona nakreśla mapy naszych wypadów, pieczołowicie i skrupulatnie wyszukuje dane.





Usiądźcie dziś w swoich komputerowych fotelach, otwórzcie piwo, zapalcie fajka lub blanta i przeczytajcie opowieść Marty, która z reguły nie dzieli się z nikim takimi emocjami. Pamiętajcie, że Wasze wymarzone podróże nie zawsze wyglądają jak pocztówki.

Zaledwie 350 km dzieliło nas od Hanoi do Sapy - kolejnego przystanku w naszej podróży po Wietnamie. W rzeczywistości te 350 km okazało się odległością nie do pokonania, nierealną, oddzielającą dwa różne wszechświaty, dwie materie. To co nie znane, stało się znane. To co zawsze myślimy, że nas nie dotyczy - dotknęło, poczułam zimny i obślizgły dotyk na swym ciele, czułam go wtedy, czuję go teraz...

Od 7 miesięcy pokonuje te 350 km, kręcę się w koło i nadal wydaje mi się, że jestem cały czas tam, w Sapie, gdzieś nieruchomo zawieszona, jak ta wieczna mgła unosząca się nad ryżowymi wzgórzami miasteczka. 

Post ten będzie krótki i jak najbardziej osobisty, ckliwy i smutny. Nie będę się starać nawet zachować choć odrobiny reporterskiego obiektywizmu. Ten post jest skargą, żalem i rachunkiem jakiego nigdy Sapa i Wietnam, nie będą w stanie mi spłacić...

Dotarłyśmy rano do Sapy jak tysiące innych młodych ludzi, szukających przygody i mających w planach udanie się na trekking. Dodatkową atrakcją miało być nocowanie u jednej  z rodzin, mieszkających w ubogich wioskach pomiędzy zboczami gór.

Od początku nad miasteczkiem unosiła się złowroga mgła. Padało, było zimno... Wyraźnie dało się wyczuć wszechogarniające napięcie. Byłyśmy poddenerwowane, w sumie nie wiadomo czym, trekking był wykupiony, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Następnego ranka wraz z niewielką grupką osób wyruszyłyśmy w drogę. Nie mogłam jednak wyzbyć się nieokreślonego niepokoju. Późnym popołudniem dotarłyśmy do gospodarzy u których miałyśmy nocować. Ugościli nas bardzo serdecznie. Siedzieliśmy prawie przez całą noc, rozmawiając, śmiejąc się i tańcząc. Było przemiło.

Rano jednak TO się stało. TO czego bałam się instynktownie przez całe życie, w trakcie każdej podróży, z dala od domu... Z zaskoczenia, bez ostrzeżenia, bez pomarańczowego, migającego światełka, krzyczącego swoim jaskrawym kolorem, że UWAGA, TO TERAZ, TO SIĘ WŁAŚNIE DZIEJE... ! Nadeszła wiadomość tekstowa, choć niejednoznaczna, wiedziałam czego dotyczy, wyraźnie czułam, że TO się zdarzyło... Tu w tej głuszy, gdzie od domu dzieliło mnie 8000 km poczułam bezradność. Poczułam jak ludzkie życie jest kruche i nietrwałe. Wystarczy jeden pstryk i już po wszystkim... Pozostaje po Tobie garstka prochu i  kartka pocztowa z ostatnich wakacji. 

Z czym mi się kojarzy Sapa? Nie z plemionami górskimi, które ją zamieszkują, nie z trekkingiem, nie z mgłą unoszącą się nad miasteczkiem. Sapa to śmierć, Sapa to strata, Sapa to dzień, w którym stałam się dorosła. Sapa to wszystko to, co nie chciałabym, żeby się wydarzyło, a jednak ... Sapa nauczyła mnie uczuć, wiem jak gorzki jest smutek, niezmierzony żal, wiem czym jest zabójcza złość i gniew, wiem jak nienawidzić i kochać jednocześnie. Sapa dumnie kroczy w jednym rzędzie ze śmiercią, która zabrała mi najbliższą Osobę... O ironio, właśnie Tą najdroższą mi Osobę - Mamę - która nauczyła mnie miłości do podróży, do odkrywania świata i siebie samego...

Sapa to złodziej... Oby Wam, gdy już do niej dotrzecie niczego nie ukradła...

OLODUM _ Marta

sobota, 2 lipca 2011

Ryżowy bimber

Tuż po wschodzie słońca Asia Cruise wypłynęła z małego portu spośród skał i wolno sunęła wgłąb krainy smoka. Płynęłyśmy w nastrojowej ciszy, łaknąc widoków otaczającego nas świata. A świat ten był jak z bajki,  tak piękny, aż nierzeczywisty. Wodę spowijała mgła, zza wzgórz wyłaniało się słońce.  Przez ponad godzinę przepływałyśmy pomiędzy wzgórzami i wysepkami. W okolicy nie było widać żadnego innego statku. Byłyśmy same jak pierwsi żeglarze odkrywający nowe tereny, jak Marco Polo nakreślający mapę Nowego Świata. Co jakiś czas ciszę przerywał przelatujący ponad masztami ptak o nieznanej nam nazwie.


Wiedziałyśmy, że nieuchronnie zbliżamy się do portu, by pozostawić zatokę Ha Long - najpiękniejszą z pięknych. To był ostatni moment by "naszpikować" aparat widokami z raju skrzydlatego smoka o perłowych łzach. Z każdą chwilą byłyśmy coraz bliżej portu. Wokół nas płynęła zatrważająca ilość statków.  Wszystkie zmierzały w to samo miejsce, wszystkie tak jak nasz, z turystami na pokładzie. Jedni byli zahipnotyzowani spokojem i pięknem, inni skacowani po "integracyjnych party". 


Gdy zacumowaliśmy czar prysł. Ciszę zmąciła praca kilkuset silników, głosy, gwizdy i nawoływania. W powietrzu unosił się smród spalin i smażonego jedzenia dla następnego "sortu" turystów. Czekając ponad godzinę na małą łódkę, obserwowałam z niesmakiem machinę turystycznego przemysłu. Zanim dopłynęłyśmy do portu, nastrój zniknął wraz z poranną mgłą. Oczekiwanie na małą łódkę się przedłużało, traciłyśmy cenny czas przeznaczony na wizytę w narodowym parku Cat Ba. Nam się spieszyło, miałyśmy zwiedzać park na rowerach, w nasz ulubiony urlopowy sposób. Kiedy się wreszcie udało się udało dopłynąć do brzegu,  grupa ze statku została podzielona, na pieszą i rowerową. Rowerzyści pojechali w prawo, a piechurzy poszli w lewo. Droga była wspaniała. Z górki jechałyśmy bardzo szybko, wyprzedzając się nawzajem. Podczas szybkiej jazdy wiatr przyjemnie chłodził rozgrzane ciało. Było gorąco, pierwszy raz od przyjazdu do Wietnamu.  Z okolicznych domów wyskakiwały zaciekawione dzieciaki. Mijałyśmy uprawne poletka, gąszcz lasów, przydomowe ogródki, bananowe sady, wąskie strumyczki, aż ... skończyła się droga. Skonsternowani czekaliśmy, aż dojedzie do nas nasz przewodnik. Liczyliśmy na to, że gdzieś skryta ścieżka poprowadzi nas dalej. Niestety... Koniec drogi, koniec jazdy. W sumie jechaliśmy 30 minut w jedną stronę, wracaliśmy tą samą trasą. Godzina na dwóch kołach to dla nas stanowczo za mało. Z utęsknieniem wspominałyśmy obite i opuchnięte tyłki po rowerowej wyprawie, w khmerskim Angkor Wat. Nazwanie tej krótkiej przejażdżki trekkingiem to zdecydowanie przesada.  


Po oddaniu rowerów zawieziono nas do jeszcze innego portu, z którego popłynęłyśmy na wyspę Cat Ba. Tam czekał na nas bambusowy bungalow, leżaki, słońce, kolorowe drinki i chill out. 


Po obiedzie niektórzy poszli odwiedzić małpią rodzinę mieszkającą w głębi wyspy. My zostałyśmy, by dokonać ważnej transakcji..  Wszyscy turyści, którzy przybyli z nami, mieli wykupioną 1 noc na wyspie, taki był standard (1 noc na łajbie + 1 noc na wyspie). My miałyśmy opłaconą dodatkową noc w bambusowym domku. W Wietnamie byłyśmy tydzień, wiedziałyśmy, że w Hanoi piwo i inny alkohol są tanie jak przysłowiowy barszcz.  Inaczej jest na łodziach i na wyspie. Ceny wzrastają kilkakrotnie. Kiedy większość odpoczywała i bar opustoszał my rozpoczęłyśmy negocjacje. Przedstawiłyśmy przemiłemu barmanowi naszą sytuację, mówiąc, że my to jesteśmy z Polski - kraju najlepszej wódki i że na alkoholu to my się znamy i te ceny tutaj to są baaaardzo wysokie. Barman szybko zrozumiał o co chodzi i dalej szeptem przedstawił swoją ofertę cenową za 1,5 l bimbru o wdzięcznej nazwie ryżowe wino. Z podanej ceny planowałyśmy jeszcze nieco zejść i wynegocjować by sfermentowany wytwór był zawsze schłodzony, ale przede wszystkim musiałyśmy tego najpierw spróbować. Chłopak poinformował nas, śmiejąc się pod nosem, że to bardzo mocny trunek i że 1,5 l. to nam wystarczy do końca pobytu w Wietnamie. Raz jeszcze przypomniałyśmy, że jesteśmy z Polski i pijemy prawie tyle co Rosjanie. Barman zniknął w kuchni na kilka minut. Wrócił z metalowym garnuszkiem trunku i ... publiką. Za barem stanęło 6 mężczyzn czekających niecierpliwie na reakcję naszych kobiecych organizmów po degustacji. Ich miny zdradzały brak zaufania do naszych mocnych wschodnio - europejskich głów. Trunek został polany na dwie literatki. Powietrze zgęstniało od napięcia. Czułam się jak aktorka lub sportowiec przed skokiem. Na domiar wszystkiego wrócili turyści i przewodnik. Miałyśmy coraz większą widownię, choć nowo przybyli za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. Spojrzałyśmy na siebie powstrzymując się od wybuchu śmiechu. Stuknęłyśmy się literatkami, krzyknęłyśmy dumnie polskie "na zdrowie" i jednym haustem wlałyśmy w siebie wietnamski bimber. Z tą mocą Panowie zdecydowanie przesadzili. Bez skrzywienia czy mrugnięcia odstawiłyśmy puste naczynia na blat. Zza baru dochodziły oklaski i pomruki wyrażające uznanie. Turyści stali zdziwieni nie wiedząc o co chodzi, przewodnik śmiał się do łez - on wiedział. Panowie przynieśli 1,5 l. ryżowego wina, pokazali, że wkładają do lodówki, a my zapłaciłyśmy za trunek, jak za polski bimber, a nie jak za szkocką whisky. Wszyscy byli szczęśliwi.



Już po południu, przed kolacją piłyśmy "dziwne" drinki o cierpkim smaku. Trzeci już nam smakował.  Następnego dnia wieczorem, plastikowa 1,5 l. butelka po wodzie mineralnej była pusta, a my wciąż trzymałyśmy się na nogach. Gdy odpływałyśmy z Cat Ba wczesnym rankiem,  z tarasu na pożegnanie machali nam wszyscy bimbrownicy. 


Do końca pobytu w Wietnamie, miałyśmy jeszcze jedno starcie z ryżowym winem i sprawdzaniem mocy głów Wietnam - kontra - Europa. Wynik nie został jasno ogłoszony z powodu zaników pamięci u obu drużyn.