sobota, 25 października 2014

"Poszukiwanie Eldorado w Maroko"

Kiedy opuszczałyśmy Marrakesz przed wschodem słońca, miasto było senne, puste i rozleniwione. Medina spała głębokim snem. Nocne powietrze orzeźwiało uliczki pełne spalin za dnia. Pierwszy napotkany taksówkarz nie miał werwy i łatwo się zgodził na niewygórowaną cenę za nasz kurs. 

Podróż do Fezu miała trwać niecałe 8h, w rzeczywistości spędziłyśmy w autobusie 10h. Wycieńczone podróżą wróciłyśmy do naszego pierwszego hotelu - pałacu - Rijadu na skraju fezkiej mediny. Poczułyśmy się jak u siebie, witane z sympatią przez znajoma Obsługę.


Po krótkim odpoczynku i odświeżeniu, nie tracąc ani chwili wybrałyśmy się na ostatni posiłek oraz zakupy. Nasze podręczne plecaki szybko zapełniły się kulinarnymi skarbami Maroko. Kupiłyśmy osławiony olej arganowy, marokańską herbatę, pastę harisę, kumin, curry, kurkumę, czarny pieprz oraz mieszankę czterech przypraw do tajinu. 


Kiedy fezkie niebo okryła noc, wróciłyśmy na nasz taras, by spędzić tam ostatni wieczór w Maroko.
Siedziałam na dachu Mediny i pisałam ...

"...dookoła nas roztacza się panorama na Medinę. Od piaskowych ścian oświetlonych herbacianym światłem bije znajome ciepło. Przyjemny wiatr tańczy w posadzonej wokół roślinności. Właśnie rozległo się nawoływanie Muzeinów. Poszczególne, tajemnicze Głosy, rozlegają się z kolejnych Minaretów. Tu, u góry panuje nieopisany spokój, na dole miasto tętni życiem. Spoglądam przez barierki otaczające nasz taras, na kobiety, które przyjemny chłód skusił do wyjścia z domu. Po całym dniu pracy, to jest Ich czas na ploteczki, spotkania, wyjście na miasto...

Patrzę na Fez, oświetlony jak świąteczna witryna i chłonę ten widok, by zapamiętać go na długo. Rozwieszone pranie suszy się na wietrze. Dachowe koty idą w nieznane. Gdzieś słychać dziecięcy śmiech."


Fez obdarzyłyśmy dużym sentymentem i oprócz Essaouiry to właśnie tu czułyśmy się najlepiej. Nie przeraziło nas dziewięć tysięcy uliczek, ani też bardzo tradycyjny charakter miasta. Wielką przyjemnością było wrócić na obiad do ulubionej knajpki, być witanym z uśmiechem i sympatią oraz daniem o tytule "welcome from the kitchen" . 

"Żegnamy dziś Maroko pozytywnie zaskoczone. To była nasza pierwsza styczność z kulturą arabską w indywidualnej podróży. Na długo w naszej pamięci pozostanie wyprawa w Góry Atlas, gościnność Berberów, smak miętowej herbaty, marokańskie chleby oraz wspaniałe ciastka.

Jak zwykle czuję niedosyt i chętnie zostałabym dłużej, by móc zobaczyć więcej i więcej. Niestety pora wracać do domu, pisać bloga, by świeżość wspomnień nie uleciała, emocje nie zblakły a zapachy nie wywietrzały."

Do następnej podróży już tylko rok ...!

Czy odnalazłyśmy w Maroko nasze Eldorado...? Jak zwykle, w każdej podróży TAK- jego skrawek. Bo w poszukiwaniu legendarnej Krainy złotem płynącej nie chodzi o jej odnalezienie, lecz  właśnie jej poszukiwanie, podróżowanie zakurzoną drogą po nieznanych szlakach z plecakiem, zeszytem 
i otwartym sercem ....:)





"Atlas Mountains"

Na wyprawę w Góry Atlas czekałyśmy długo, to miał być ten moment, ta chwila, dotknięcia Maroko, do którego chciałyśmy przyjechać tak bardzo. I stało się ... Wczesnym rankiem wyruszyłyśmy z Marrakeszu w Góry Atlas, wraz z naszym przewodnikiem i dziewczyną z Anglii. Jechaliśmy samochodem w kierunku Gór. 



Krajobraz za miastem zmieniał się z minuty na minutę, a Góry przed nami wyglądały jak majestatyczne duchy we mgle. Dolina Ourika, do której dotarliśmy w niewiele ponad godzinę, okazała się wspaniałym miejscem dla ukojenia zmysłów. Wszechobecne restauracyjki usytuowane wzdłuż prawie wyschniętego koryta rzeki, zachęcały swym urokiem, klimatem i zapachem gotowanego tajinu. Rdzenni mieszkańcy Maroko, którzy osiedlili się tam na długo przed przybyciem Arabów, wybrali sobie bez wątpienia piękne miejsce do życia. Intensywna czerwień gór bogatych w składniki mineralne, kontrastowała z błękitem nieba i zielenią, która obfitowała odcieniami w tym właśnie rejonie. Tereny po których jechaliśmy, słyną z upraw jabłek, granatów, oliwek oraz migdałów. 



Po drodze, w małej barberskiej wiosce czekał na nas przewodnik, który poprowadził nas wśród Gór do Wodospadu. Wspinaczka nie była trudna, nawet dla moich chorych nóg. Czułam się świetnie, że mogę iść a powietrze i otaczające mnie widoki, dodawały mi sił. Zapomniałam prawie o mojej chorobie i szłam z rozszerzonymi źrenicami, jak małe dziecko po lizaka. Szybko dotarliśmy do celu. Wodospad spływał ze skał niewielką kaskadą. Dookoła powietrze było krystalicznie świeże i czyste. Panowała urzekająca cisza i spokój. To był właśnie ten moment, ta chwila, w której człowiek-podróżnik zatrzymuję się, a wraz z nim czas. Słychać wtedy serce świata, jak bije tylko dla Ciebie - Podróżniku. 


Tego dnia wrażeń nie było końca. Jechaliśmy dalej przez doliny Gór Atlas. Z każdym kilometrem krajobraz zmieniał się diametralnie. Raz jechaliśmy lesistymi drogami a zapach iglaków wdzierał się przez okna samochodu. Innym razem widzieliśmy za oknami wyschnięte, spękane suszą pola. Każdy z widoków, okraszony był majestatycznym krajobrazem niepowtarzalnym Gór Atlas, które śledziły nas, jakby bały się nas zgubić. 



Jednym z najwspanialszych przeżyć, był obiad u barberskiej rodziny, na który zostaliśmy zaproszeni. Głową rodziny był nikt inny jak sam wioskowy Imam. Wybrany przez wioskową społeczność, stał na czele islamskiej wioski, w której byliśmy gośćmi. Specjalnie dla nas, przygotowano stół pośród Gór na naturalnie powstałym tarasie. Tajin z kurczakiem gotowany w tradycyjny sposób na ogniu, był najlepszym jaki jadłam do tej pory. Kuskus dochodził w glinianym naczyniu na parze, gdy oprowadzano nas po domu. Na stole pojawiła się również marokańska sałatka z pomidorów i soczystej cebuli oraz deser - świeże, tryskające sokiem granaty i jabłka z okolicznych sadów. Królewska uczta, której byłyśmy gośćmi, zakończyła się podaniem miętowej marokańskiej, mocnej herbaty.


Wokół nas panowała niezmącona cisza. Trzy okoliczne wioski wydawały się uśpione rozgrzanym słońcem. kiedy nagle rozległ się głos Imama, nawołującego do Minaretu. Wezwanie do modlitwy pochwyciło echo i poniosło wśród Gór Atlas. Gdzieś w oddali, w odpowiedzi zaryczał osiołek. Piłyśmy herbatę na dachu Maroko, urzeczone magią chwili, miejsca i czasu, który się zatrzymał.




"W czerwonym mieście - Marrakesh"

Pierwsze kroki w Marrakeszu skierowałyśmy na osławiony plac Jemaa El Fna. Panował tam niewiarygodny tłok i zgiełk. Uliczni handlarze przekrzykiwali się w oferowaniu swoich produktów. Zaklinacze węży zahipnotyzowali jadowite płazy do nieprzytomności. Obok nas jakiś mężczyzna prowadził zaciekły dialog z małpka kapucynką. 



Na targu można było kupić wszystko; maleńkie żółwie, lekko śnięte kameleony, wypchane jaszczurki, kolorowe przyprawy, świeże i suszone mięsiste owoce, ubrania i tysiące innych rzeczy. Plac Jemaa el Fna tętnił życiem i przyprawiał o ból głowy. Oblany herbacianym światłem, migający od zapalonych na sprzedaż latarenek tworzył kadr, którego żaden aparat nie mógł zignorować. 



Chcąc sfotografować wyjątkowy klimat tego miejsca, niechcący uchwyciłam mężczyznę kręcącego piruety pomponem przytwierdzonym do czapki. Komponując kadr zdjęcia, nawet nie zauważyłam milimetrowej sylwetki owego "perfomera". On za to zauważył jednak mój mały obiektyw, rzekomo skierowany w jego stronę. Mój przypadkowy "obiekt" okazał się niewiarygodnie wrażliwy i wyczulony na punkcie swych "pomponowych" akrobacji i zażądał zapłaty za pokaz, czyli za zdjęcie. 

Nie chcąc płacić wymyślonej opłaty, usunęłyśmy na oczach zainteresowanego nieszczęsne zdjęcie, ale artysta mimo to rozpoznawał się nawet na ujęciach z Birmy, obecnych nadal na karcie po poprzednim urlopie sprzed roku. Zniesmaczone bezpodstawnymi oskarżeniami, uznałyśmy że prościej będzie zapłacić rozjuszonemu oszustowi. 



Pierwotna cena oscylowała wokół 5 euro. Gdy zaczęło robić się coraz mniej przyjemnie, a głos Pana oszusta coraz mocniej nadwyrężał wytrzymałość naszych bębenków, odprawiłyśmy go dając 20 Dhs (czyli ok. 2,5$). Kiedy odszedł, mrucząc coś pod nosem z pomponiastą czapka pod pachą, poczułam niesmak i złość. Ochota na zwiedzanie placu gdzieś się rozpłynęła. Zaczęłyśmy czuć się źle i nieswojo w narastającym tłumie i chaosie. 

Pomimo, że Plac spowiła całkowita ciemność a otaczające stragany mieniły się ciepłymi kolorami i cudownymi zapachami, skryłyśmy się w niewielkiej knajpce serwującej kebabowe przysmaki. Po zasileniu żołądków i uzupełnieniu poziomu cukru dzięki miętowej herbacie, ruszyłyśmy dalej. Spacerowałyśmy po placu oraz jego okolicach, przeciskając się przez tłumy sprzedawców i naganiaczy wykrzykujących z rozkoszą polskie bluźnierstwa, słysząc z naszych ust polski język. Myślałam, że wrażeń na ten wieczór już wystarczy, ale polskie wulgaryzmy na Placu Jamaa El Fna, to było dla nas za wiele. Nie mogąc się odnaleźć w wymuszonym, sztucznym, nieprawdziwym obrazie Placu Jamaa el Fna, ruszyłyśmy w drogę powrotną do hotelu przez Medinę. Zauroczone fezką Mediną, ta w Marrakeszu nie wywarła na nas dużego wrażenia, wręcz przeciwnie. Smród spalin wisiał w powietrzu, oblepiając mury i całe ciało. Miałam wrażenie, że chwilami w ciasnych uliczkach, trudno było oddychać. Chodzenie utrudniały wszechobecne zdezelowane motory
i skutery. 


Marrakesz zwany Czerwonym Miastem oraz Otwartą Afryka, pozostawił we mnie uczucie niesmaku oraz rozczarowania. Przyznam, że nie poświęciłyśmy temu miastu należytej uwagi i jestem przekonana, aby je poznać, należy się w nim zatracić. My nie miałyśmy tyle czasu, aby przekonać się o tym jak Otwartą Afryką jest Marrakesz. W tym krótkim czasie naszego pobytu w tym mieście, już od pierwszych chwil nie czułyśmy się bezpiecznie, ani też mile witane. Po wizycie na Placu Jamaa El Fna, poszłyśmy wcześnie spać, starając się zapomnieć o niemiłych wrażeniach.


wtorek, 28 stycznia 2014

Happy New Chinese Year, Year of Horse

Drodzy Przyjaciele, Goście, Sympatycy Azji!

Życzymy Wam Pomyślności i Szczęścia. W przeddzień Chińskiego Nowego Roku wypędźcie wszystkie demony z Waszych domów, zaproście tylko dobre Duchy, otulcie je czerwienią i złotem, by zapewnić sobie pomyślność i bogactwo. W jutrzejszą noc niech pali się światło w Waszych domach na znak szczęścia i powodzenia. 




Happy New Chinese Year, Year of Horse 2014

życzy Ekipa Eldorado; 
Marta & Oliwka


piątek, 13 grudnia 2013

W mieście Artystów

Z Casablanki wyruszyłyśmy rano autobusem, kierując się na północny zachód do Essaouiry. Jechałyśmy wzdłuż wybrzeża, podziwiając piękne dzikie plaże. Kolor Oceany mienił się wszystkimi odcieniami błękitu i turkusu. Podróż trwała nieco ponad 6h i minęła nam przyjemnie. Widoki wzgórz porośniętych oliwnymi drzewkami, były wspaniałe. Gaje oliwne ciągnęły się kilometrami, posadzone w równych rzędach, pieściły oczy. 
Kiedy dotarłyśmy do Essaouiry słońce już zachodziło, a miejscowa Medina tętniła życiem. Małe artystyczne miasteczko skupiało ludzi sztuki z całego kraju i świata. Kiedyś również artystów nasączonych przeróżnymi substancjami zwiększającymi wrażliwość.



Jesteśmy już trzeci i ostatni dzień w Essaouvira. Spacerujemy po plaży, czytamy, piszemy. Zmęczone słońcem przysiadamy w małej kawiarence na doskonałą kawę podaną z pysznym ciastkiem. Miejscowe Pastelarie kuszą całą gamą wypieków z budyniem, karmelem, czekoladą, marcepanem, miodem lub kremem. Wszystkie otoczone subtelnym francuskim ciastem nawołują ze sklepowych witryn nie tylko łakomych Francuzów. 


Siedzimy teraz w klimatycznej knajpce, której podłoga wyłożona jest tradycyjnymi marokańskimi kaflami, tworzącymi bajeczną mozaikę znaków, które powstały dawno temu w głowie, zapomnianego już Artysty. Na ścianach wiszą bieżniki w granatowo-białe wzory, na stolikach palą się świece, w tle leci marokańska muzyka. Jesteśmy już po kolacji. Obie wybrałyśmy tagine w różnych wersjach. Mój był mięsny z migdałami. Marta skosztowała rybnego w rodzynkach. Teraz pijemy miętową herbatę i oddajemy się nastrojowi. Na zewnątrz rozległo się nawoływanie Muzeina, ucichła muzyka w środku. Znów Głos Maroko odbija się echem od ciasnych uliczek, by nieść przesłanie Allacha wgłąb miasteczka i dotrzeć do wszystkich uszu, nawet tych które nie wiedzą czy chcą słuchać ...



O miasteczku takim jak Essaouvira można pisać wiele i pewnie byli tacy. Ja nie zamierzam Was zanudzać naszymi spacerami, wałęsaniem się pomiędzy straganami, włóczeniem od knajpki do knajpki i opisywaniem kosztowanych przez nas obiadów, które były wydarzeniem dnia. Mogę Wam napisać, że zatraciłyśmy się w tym miejscu wraz z turystami z całego świata, którzy tu również  zwolnili tempo i spacerowali leniwie wraz z duchami Artystów z przeszłości. 



Essaouira ma w sobie nieopisaną moc i wdzięk. Niektóre ze zdjęć są obrazami ... namalowanymi przez nas, nasz aparat i być może jakąś inną Osobę ...



niedziela, 8 grudnia 2013

Casablanka

Do filmowej Casablanki przyjechałyśmy pociągiem. Miasto okazało się zupełnie inne od tradycyjnego Fezu. Kobiety były ubrane w europejskim stylu, a koszulki na ramiączkach, dekolty czy krótkie spodenki nie wzbudzały zainteresowania, a tym bardziej nie wzbudzały oburzenia. Mieszkałyśmy w nieco zaniedbanym kolonialnym hotelu Central, który ściśle przylegał do małego placu tętniącego życiem przez cały dzień.

W oddali było widać port, z którego to bohaterowie kultowej Casablanki marzyli wypłynąć do nowego życia. Medina w Casablance była dużo mniejsza niż w Fezie, lecz miała swój urok.


Większość domów pomalowana była na biało, okna kontrastowały soczystym błękitem. Szybko odnalazłyśmy się w zakamarkach uliczek, których było znacznie mniej niż w Fezie. Wieczór przyniósł przyjemny chłód i bryzę znad oceanu. Kawiarnia u Nick-a miała z filmowym lokalem wspólną tylko nazwę. Klimat i sobowtóra Sama, odnalazłyśmy na placu przy wejściu do Mediny. Siedziałyśmy, rozmawiałyśmy obserwując wszystko i wszystkich popijając maleńkie piwo Specjale.
 
Film Michaela Curtiz-a zatytułowany Casablanka, przyniósł miastu światową sławę, pomimo że żadne z ujęć nie było kręcone w ówczesnej Casablance, ani w żadnym innym marokańskim mieście.


Drugi dzień w Casablance należał do Meczetu Hassana II. Odnalazłyśmy tę trzecią co do wielkości (po Mekce i Medynie) ważności budowlę odnajdując się w mętliku ulic Hasanów i Mohamedów.
Meczet Hasana II zbudowany nad samym oceanem i otoczony nim z trzech stron, jest niczym wielki palec wskazujący, widoczny z odległości wielu mil. Monstrualna piękna marmurowa budowla była tworzona przez sześć lat, w dzień i w nocy. Misterne zdobienia, tytanowe wrota, cedrowy otwierany dach pochłonęły miliony dolarów. 




Meczet jest odzwierciedleniem wersetu z Koranu, który mówi że Tron Boga był na wodzie. Przepiękny marmurowy minaret wysoki na 200m jest najwyższy na świecie i tym samym najważniejszy dla Islamu. Wnętrze Meczetu jest udostępnione dla turystów w określanych porach dnia. Największe wrażenie robi otwierany, bogato zdobiony, drewniany, cedrowy dach. Gdy jest otwarty , z wnętrza świątyni widać Minaret sięgający nieba. Przez okna roztacza się widok na Ocean. W podziemiach znajdują się łaźnie. Po jednej stronie dla kobiet, po drugiej dla mężczyzn. Nie użyte jeszcze nigdy niestety, są jedynie częścią turystycznej wycieczki. 




Meczet Hasana II jest niewiarygodnie piękny. Spędziłyśmy kilka godzin chodząc po placu wokół tego architektonicznego cuda. Zwiedzając wnętrze zachowywałyśmy wszelkie zasady religii muzułmańskiej, zdjęłyśmy buty i okryłyśmy ramiona i choć mój niesforny tatuaż wychylał się na światło dzienne, zostałam wpuszczona. Siedząc nad Oceanem wysłuchałyśmy nawoływania Muzeina, które powodowało ciarki na skórze. Głos Maroko odbił się od tafli Oceanu i popłynął nad dach miasta, wzywając swoich wiernych.


Cooking Tagine :)

Kolejny dzień w Fezie spędziłyśmy już tradycyjnie na lekcji gotowania. Tuż po śniadaniu, punktualnie o 10:00 pojawiłyśmy się pod osławionym zegarem wodnym w klimatycznej Cafe Clock.

Przygodę z marokańską kuchnią rozpoczęłyśmy na bazarze. Master Chef Squad była naszą mentorką, przewodnikiem i tłumaczem. Kupiłyśmy różne rodzaje chleba, który jest nieodłącznym dodatkiem do marokańskich potraw. Zakupiłyśmy również niewątpliwie świeżego kurczaka, który stracił życie i pióra na naszych oczach. Wypełniłyśmy nasz koszyk świeżymi ziołami, czosnkiem, cebulą i oliwkami. Mawia się, że marokański stół bez oliwek to smutny stół. Marokańczycy uwielbiają oliwki. Czarne jadają na śniadanie, zielone po południu, wszystkie przez cały dzień. Kiedy nasz koszyk wypełniony był po brzegi świeżymi pachnącymi produktami, a kurczak jeszcze machał nogą, wróciłyśmy do Cafe Clock. 




Kuchnia mieściła się na najwyższym piętrze. Umyłyśmy ręce, założyłyśmy fartuszki i przystąpiłyśmy do działania. Pierwszym dziełem była sałatka z zielonej papryki. Praca była sprawnie podzielona pomiędzy cztery uczestniczki; Amerykankę, Łotyszkę i nas dwie Polki.

Z radością i zapałem grilowałyśmy papryki, obierałyśmy czosnek, szatkowałyśmy zioła i lepiłyśmy kokosowe ciasteczka na deser. Na pierwsze danie przygotowałyśmy tradycyjną zupę Bissara Soup, która gotowała się na wolnym ogniu, gdy my przejęte byłyśmy przygotowaniem dania głównego.



W tej roli występował nikt inny jak Marokański Tagine z kurczakiem, zielonymi oliwkami i marynowanymi cytrynami.

Kuchnia Marokańska w odróżnieniu od azjatyckiej nie jest pikantna, lecz aromatyczna.


Do każdej z potraw dodawałyśmy siekaną drobno kolendrę, pietruszkę, kilka główek czosnku, szczyptę kuminu, imbiru, kurkumy oraz papryki. Kiedy kurczak przestał już machać nogą i poddał się swemu losowi, został nasmarowany marynatą i wsadzony do garnka. 

Tradycyjnym sposobem powinien być umieszczony w glinianym naczyniu o stożkowatym kształcie, który zapieka się w piecu przez sześć godzin. Aby przyspieszyć proces, gotowałyśmy w zwykłym garnku, jak wszystkie kucharki na świecie. 

Na deser zgodnie wybrałyśmy kokosowe ciasteczka, których produkcja zajęła nam nie dłużej niż dziesięć minut. 

Kiedy kokosanki rumieniły się na złoty kolor w małym piekarniku a zapach taginu drażnił żołądek, gawędziłyśmy sobie ze Squad, poznając tajniki życia muzułmańskich kobiet. To wtedy opowiedziała nam o nowym Królu, który spowodował, że marokańskie kobiety wyszły z domów, rozpoczynając studia i dzięki temu ich zdanie coraz bardziej się liczy. Podczas pogawędki dowiedziałyśmy się również o magicznym działaniu daktyli; które są przysmakiem Marokańczyków. Pełnią rolę naszych róż, czyli są ofiarowywane na przeprosiny oraz w prezencie.


Po pogawędce nadszedł czas na degustację. Sałatka pachniała przyprawami i rozpływała się w ustach połączona ze świeżym pieczywem. Zupa była aromatyczna i przepyszna. Królem tej uczty zdecydowanie był Tagine. 


Dyskretne przyprawy zostały wchłonięte przez delikatne mięso, które rozpływało się w ustach. Kiedy myślałam, że już nic w siebie nie zmieszczę, podano nam świeżo parzoną kawę do gorących jeszcze kokosanek z mąki migdałowej, które okazały się najsmaczniejszymi jakie jadłam.


Tego dnia wrażeń nie było końca. Po lekcji, najedzone do syta spacerowałyśmy po Medinie robiąc niewielkie zakupy. 

Wieczorem znów wróciłyśmy do Cafe Clock na koncert tradycyjnej muzyki marokańskiej. Punktualnie o 18:00 czteroosobowy zespół kobiecy rozpoczął koncert. Były trzy bębny i tamburyn. Dźwięki muzyki wydawały się wirować w powietrzu. Dochodziły do otwartego sufitu, dotykały błękitnego nieba i spadały ponownie na słuchających. Kobiety grały i śpiewały z werwą, miłością i zaangażowaniem. Wszyscy klaskali do rytmu.


Młoda dziewczyna siedząca obok nas, wstała nagle i rozpoczęła wdzięczny taniec pomiędzy stolikami. Po chwili dołączyły kolejne, na co dzień nieśmiałe, zasłonięte chustami. Tańczyły uwodzicielsko i z wdziękiem. Atmosfera była wspaniała, wszyscy uśmiechali się do siebie. Klimat całkowicie nas pochłonął. Siedząca obok mnie kobieta malowała henną piękne wzory na skórze. Też się skusiłam. Ozdobiła mi lewy wskazujący palec, prowadząc wzór aż za nadgarstek. Dziś moja henna jest już słabo widoczna, ale wspomnienia są wciąż świeże i żywe, jakby koncert odbył się wczoraj.


Marokanki nie używają henny na co dzień. Malują wzory na dłoniach lub stopach, by uczcić jakieś ważne wydarzenie z życia. Pomalowane misternie stopy oznaczają, że kobieta jest w trakcie miesiąca miodowego.


Kiedy wracałyśmy do hotelu, Medina powoli zasypiała zalana herbacianym, ciepłym światłem.