poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Babska Komitywa

Kiedy weszłyśmy na stację kolejową Ga Saigon, pociąg relacji południe-północ stał już na pierwszym peronie. Weszłyśmy do wagonu i szybko znalazłyśmy nasz przedział. Na dolnej kuszetce leżała wysuszona staruszka. Uśmiechnęłam się do niej i skinęłam głową na powitanie. Odmachnęła mi wiotką, pomarszczoną, piękną dłonią. Drugą zasłaniała usta, by zatuszować braki w uzębieniu. Wystające spod dłoni oczy, błyszczały się żywo od uśmiechu. Nasz przedział przeznaczony był dla 6 osób, po 3 kuszetki po obu stronach. Nasze miejsca były środkowe, na tak zwanym pierwszym piętrze. Wrzuciłyśmy plecaki, starsza pani poklepała miejsce obok siebie, zapraszając nas tym samym do przyłączenia się do niej. Usiadłyśmy. Po kilku chwilach przedział zaczął się wypełniać. Szczupły mężczyzna wskoczył na najwyższą leżankę. Położył się wygodnie i trwał tak do końca swojej podróży. Nawet nie wiem kiedy w przedziale zrobił się tłok. Zaczęłyśmy gubić się w liczeniu przychodzących pasażerów. Starsza Pani informowała wszystkich gdzie są nasze miejsca. Kiedy naliczyłyśmy siedem osób, czyli o jedną więcej niż było miejsc, w ostatniej chwili przed odjazdem, na drugą kuszetkę na samej górze wpełzł dwumetrowy człowiek z zachodu. I takim sposobem była nas ósemka w sześciokuszetkowym przedziale. 


Pociąg ruszył co do minuty, zgodnie z rozkładem. Siedziałyśmy na dolnej kuszetce starszej Pani, która wraz z córką wyjaśniła pozostałym, że jedziemy do Hue. Wszyscy przytakiwali z podziwem i uznaniem. I tak rozpoczęła się nasza 20-to godzinna podróż wietnamską koleją Saigon-Hue. Po kilku minutach odwzajemniania uśmiechów, kiwania głowami i przyjaznego poklepywania należałyśmy do kobiecej wspólnoty przedziałowej. Dziewczyny częstowały nas wszystkim co miały i obgadywały nas otwarcie, obserwując każdy nasz ruch.




Ponieważ była już 23:00, pociąg kołysał sennie, wgramoliłyśmy się na swoje miejsca pod czujnym spojrzeniem naszych towarzyszek. Miarowy stukot pociągu szybko uśpił Martę. Córka staruszki przygasiła światło. Zapaliłam lampkę w swojej kuszetce, wyjęłam książkę i okryłam się szczelnie kocem, by ochronić się przed morderczą klimą. Noc minęła nam spokojnie. Rankiem dziewczyny przywitały nas radosnymi uśmiechami. Zjadłyśmy na śniadanie zakupione w Saigonie - Banh Mi, pyszne bagietki nadziewane czym popadnie, czym wzbudziłyśmy masowy zachwyt oraz serię przyjaznych poklepywań po ramionach. Przed nami wciąż było siedem godzin podróży. Wróciłyśmy na swoje miejsca i ponownie zasnęłyśmy. Za oknem zmieniał się krajobraz, w przedziale zmieniali się ludzie a my jechałyśmy dalej. Zmęczone poziomą pozycją stałyśmy na korytarzu patrząc na zmieniające się pejzaże. Pola ryżowe mieniły się w słońcu. Świeże, soczyste i zielone wyglądały jak miękki koc. Czasem przypominały lustra poukładane na polach, odbijające w wodzie otaczające wzgórza. Innym razem kolorowe poletka przypominały barwne ozdobne kapy zszyte grubymi nićmi. Niebo było błękitne a słońce świeciło bezlitośnie nie zważając na ciężko pracujących na polach ludzi, skrytych pod stożkowymi kapeluszami spiętymi tasiemką pod zmęczoną szyją. 



Na godzinę przed Hue jechałyśmy wzdłuż morza południowochińskiego. Widoki zapierały dech w piersiach. Pociąg to znikał w tunelach, to giął się niczym metaliczny wąż nad skalnymi urwiskami. Do Hue dotarłyśmy po niespełna 20 godzinach podróży. O czasie :)

piątek, 6 marca 2015

W tunelach Cu Chi

Do tunelów Cu Chi jechałyśmy autobusem przez budzące się leniwie miasto. W ulicznych kawiarenkach mieszkańcy raczyli się mocną kawą, wolno spływającą z blaszanych zaparzaczy wprost do kufelka z gęstym, słodkim mlekiem.

W ocienionych zielonych parkach ćwiczyli, tańczyli i biegali ludzie. Następnego dnia rano dołączyła do nich Marta, ćwicząc formę Chum - Kiu.


W zaspanym autobusie pełnym turystów, pełnym werwy głosem powitał nas przewodnik o amerykańskim przydomku "Mr Bean". Niepozorny, szczupły człowiek o smutnych oczach, nerwowo poprawiający pasek w za dużych spodniach, mówił o sobie wietnamską odmianą języka angielskiego (amerykańskiego).

Podróż w upale, w nieznośnych saigońskich korkach znużyła pasażerów. Mr Bean zapytał żywym głosem, czy chcemy wysłuchać jego opowieści. Wziął do ręki mikrofon, po autobusie popłynęła Jego historia.

Jako niespełna 20-latek przyłączył się do Armii Amerykańskiej, by walczyć z siłami Viet-Cong-u. W pierwszych słowach nazwał siebie złym człowiekiem bez kraju i pochodzenia, by nie pozostawić nikomu złudzeń. W autobusie nastała grobowa cisza. Historia Mr Beana towarzyszyła nam do końca dnia i stawała się coraz bardziej prawdziwa z każdym mijanym kilometrem i każdą chwilą. Nikt z nas nie zapytał Mr Beana z jakich pobudek, dlaczego przyłączył się do armii wroga. Po tylu latach od zakończenia wojny, kiedy historia rozlicza przeszłość i nic nie jest jednoznaczne, nurtował mnie początek Jego historii.


Podczas walk w dżungli pod Saigonem, gdzie zakamuflowane tunele Viet-Congu skrywały podziemne magazyny żywności, produkcję broni, bunkry mieszkalne, Mr Bean stracił najlepsze lata swojego życia. Trzymając w błocie karabin i granaty zgubił radość i młodość, swą miłość i szczęście. Jego Kobieta zginęła podczas walk.

dojechaliśmy ...

W dżungli panował nieznośny upał. Powietrze było ciężkie i duszne. Zatrzymaliśmy się przy kraterze po bombie B52. Mr Bean opowiadał zainteresowanym aspekty techniczne, kiedy nagle rozległy się strzały. Oczami wyobraźni przeniosłam się do czasów wojny. Ciarki przeszły mi po skórze. Słyszałam latające helikoptery, przerażający, niosący śmierć huk. Dźwięk karabinów niósł się z pobliskiej strzelnicy, na której turyści mogli wypróbować sprzęt militarny.


Zwiedzaliśmy dalej słuchając opowieści o tunelach i wojnie. Tunele Cu Chi ciągną się ponad 200 km. Wybudowane gołymi rękami przez mieszkańców wioski Cu Chi stały się siedzibą Viet-Congu, dając im niewiarygodną przewagę nad wrogiem. Mr Bean opowiadał nam o próbach znalezienia zakamuflowanych wejść. Opowiadał o sprowadzaniu psów tropiących przez Armię Amerykańską. Również o usilnych próbach podpalenia, zalania czy bombardowania tuneli. Omal wszystkie próby zakończyły się fiaskiem.



Jeden z tuneli prowadził prosto do bazy USA. Żołnierze Viet-Congu skradali się nim w nocy, by kraść amunicję. Las naszpikowany był śmiertelnymi pułapkami. Tunele zostały zdobyte po spuszczeniu bomby napalmowej, która wypaliła cały las i umożliwiła wytropienie ludzi lasu.

Mr Bean usiadł w kucki, wyciągnął papierosa i opowiedział o śmierci przyjaciela z bunkra. Przyjaciela, który był młodym amerykańskim chłopakiem tęskniącym za domem i maminym jedzeniem. Miał na imię Steven, pochodził z Colorado. Kiedy mówił do Mr Beana, że tęskni nawet za tornado w swoim kraju, ten odpowiadał mu "tu masz swoje tornado", myśląc o dźwięku wciąż latających nad głowami helikopterów.


Spali razem, bok przy boku w amerykańskim bunkrze, śpiewając smętnie "Hey Jude", popijając czarnego Johny Walkera.

Steven zginął od strzału. Mr Bean zerwał mu z szyi  śmiertelnik i włożył do ust, by móc go później  odnaleźć. W ten prosty sposób, po latach odnajdywano ofiary wojny. Mr Bean sprowadził do domu tysiące amerykańskich ciał. Jak powiedział smutno, "nawet amerykański tyłek, jest już tylko szkieletem podobnym do każdej innej kościstej dupy". Dzięki śmiertelnikom w ustach rozpoznawał swoich.

Kończąc swoją opowieść prosił, byśmy nie oceniali Amerykanów. Powiedział - "to byli chłopcy, jak ja, którzy musieli walczyć bo kazali ONI". Opowiadał jak w tamtych lasach, w których staliśmy, słuchając zapatrzeni, ginęli ludzie w  imię czego? po co?

Zadawał pytania podniesionym tonem, wszyscy milczeliśmy, nikt nie znał odpowiedzi..

Mr Bean poprawił czapkę, zapalił papierosa i zniknął wśród cieni. Jego historia zawisła w gęstym powietrzu.


Good Morning Vietnam in 2015 year!

Saigon 01.01.2015

Poranek 1-go stycznia w Saigonie był słoneczny i ciepły. Wyruszyłyśmy zaraz po śniadaniu, pełne energii po filiżance wietnamskiej kawy ze słodkim, skondensowanym mlekiem. Dla mnie najlepszej kawy na świecie. Po wieczornym teście sprawności, czyli pokonywaniu saigońskich ulic bez zielonego światła, odważnie wtapiałyśmy się w potok sunących skuterów. Nie straszne nam były trąbiące autobusy, rozpędzone motory czy szaleni rowerzyści. Pewnym krokiem wchodziłyśmy na zapełnione do granic ulice w celu przejścia na drugą stronę. 



Spacerując w palącym słońcu i lepkim smogu, dotarłyśmy w  klapkach z obtartymi stopami do Muzeum Wojny. Dostojny gmach budynku, otwarty na cztery strony Świata, przyciągał turystów wszelkiej maści pomimo noworocznego spragnienia. Przed budynkiem znajdowały się militarne skarby Armii USA z czasów wojny w Wietnamie. Dziesiątki turystów pozowało do zdjęć przy uśpionym helikopterze, który czasy boju na szczęście ma już za sobą. Muzeum choć otrzymało wiele światowych nagród, choć z oczywistych powodów przedstawia jedną stronę wojny. 




Oglądając zdjęcia prasowe z lat 1964-1974, poznając bliżej osobowości Reporterów, przedstawionych na krótkich opisach, doceniłam jeszcze bardziej profesjonalizm ich pracy. Doskonałe zdjęcia, choć w bieli i czerni były prawdziwe do bólu. Pozbawione koloru emanowały cierpieniem, krwią, zmęczeniem i smutkiem. Te nieruchome fotografie przeniosły mnie natychmiast w tamte krwawe czasy, kiedy głód i śmierć spowijały Wietnam. To właśnie zdjęcia wzbudziły we mnie najwięcej emocji. W tamtej chwili, w klimatyzowanej, zatłoczonej sali Muzeum Wojny doznałam smutnego wrażenia, że sztuka reporterska na tym poziomie nieuchronnie zamiera. 

    zdjęcie z internetu


             zdjęcie z internetu
 
zdjęcie z internetu

W ostatniej sali Muzeum Wojny przedstawiono zdjęcia ofiar bomb napalmowych zrzucanych w trakcie wojny przez wojska amerykańskie. Obrazy ofiar, zdeformowanych dzieci, chorych ludzi, zniekształconych ciał, były tak straszne, że nie mogłam na nie patrzeć. Duże formaty fotografii potęgowały wrażenie.

Wyszłyśmy w ciszy, chowając się przed zgiełkiem w cieniu helikoptera. W głowie odbijało mi się tylko jedno pytanie "jak oni mogli im to zrobić"? Potężny helikopter stał uśpiony w słońcu jak wojownik w letargu, gotowy zbudzić się do walki w każdej chwili. W wyobraźni usłyszałam głośny huk młócących powietrze śmigieł ....


Wojna w Wietnamie trwała 18 lat. Od 1962 roku Stany Zjednoczone postanowiły "aktywnie poprzeć" zbrojnie i finansowo antykomunistyczny rząd Wietnamu Południowego. Zginęło w niej prawie trzy miliony ludności, w tym głównie ludność cywilna. Do dziś Wietnam jest najbardziej zaminowanym krajem na świecie. Po dziś dzień w wybuchach ginie lub ulega kalectwu ponad tysiąc osób rocznie. 

W Saigonie "wojna amerykańska" (tak nazywają ja miejscowi) stała się swego rodzaju towarem na sprzedaż. Sprzedaje się bardzo dobrze i z biegiem lat budzi coraz mniej kontrowersji spoczywając na ciężkich kartach historii.

Na co dzień w Saigończykach nie widać już cierpienia, smutku czy bolesnych wspomnień. Życie toczy się dalej, choć pewnie każda z rodzin ma swoją historię i krew na rękach. Ci co walczyli pamiętają, bo zapomnieć się nie da, o czym miałyśmy się przekonać już następnego dnia w tunelach Cu Chi.

"Ale Sajgon" :)

Saigon 31.12.2014

Wylądowałyśmy w Ho Chi Minh City (Saigonie) późnym popołudniem. Ulice miasta pełne były skuterów i sam samochodów. Płynęły w różne strony miasta niczym rzeka w kierunku morza. Ostatnie godziny starego roku spędziłyśmy w wąskiej uliczce, w której znajdował się nasz hotelik. Spacerowałyśmy po okolicy, kosztując pierwsze wietnamskie potrawy, stęsknione ich smaku i aromatu po czterech latach od ostatniej wizyty w tym kraju. 



Przysiadłyśmy na malutkich plastikowych krzesełkach, rozmiarem odpowiednie dla krasnali, by zjeść wietnamskie kluski z mięsem i warzywami. Przyrządzone przez korpulentną, uśmiechniętą Kobietę w trzy minuty, niczym wszędzie dostępne zupki instant. Smakowały wybornie. Z podkurczonymi nogami, uśmiechając się do siebie, poruszałyśmy pałeczkami jak światowej sławy dyrygent. Saigon pełen był ludzi miejscowych i tych z całego świata. Pomimo, iż mienił się światełkami, na wszystkich barach i restauracjach widniał napis "Happy New Year 2015", nie było czuć atmosfery zbliżającego się nowego roku. Spacerując po wąskich uliczkach pełnych barów i restauracji, dotarłyśmy na plac przy markecie Ben Thanh. Z każdym krokiem tłum gęstniał, ulicami płynęły wolno rzeki skuterów. W powietrzu unosił się duszny zapach smogu. Na niewielkim skrzyżowaniu pod Marketem Ben Thanh, stała  rozstawiona scena z wielkim napisem "Happy New Year 2015".


Wietnamczycy tłoczyli się w oczekiwaniu na rozpoczęcie występu. Wśród tłumu migały świecące uszy, kolorowe opaski i inne magiczne, noworoczne gadżety. Na każdym rogu można było kupić sztuczny śnieg w sprayu. Chodniki stały się parkingami dla skuterów. Były ich setki. Zaparkowane równiutko, każdy w innym kolorze. 


Zmęczone podróżą i pierwszym zetknięciem z Saigonem, usiadłyśmy w przyjemnej knajpce, by raczyć się zimnym piwem w ostatniej godzinie starego roku. Z otwartej na ulicę knajpy, obserwowałyśmy klimat osławionego językiem powszechnym miasta. Po prostu "Ale Saigon"!!! Turyści wałęsali się w tę i z powrotem w klapkach i spodenkach. Nikt nie miał na sobie balowych strojów i butów na obcasie. Czas mijał leniwie jak w każdy wtorek czy piątkowy wieczór. Mimo to zegar nieubłaganie wskazywał kres starego roku. Ulicą płynęła kakofonia dźwięków, jakby klaksony chciały zagłuszyć muzykę z okolicznych barów. Ludzie wyglądali na szczęśliwych. My też czułyśmy się bardzo dobrze od pierwszych dni w Saigonie. I zmęczenie nagle gdzieś się ulotniło. Wietnamskie piwo dodało nam animuszu. Kilka chwil przed północą rozpoczęło się grupowe świętowanie. Każdy zegar wskazywał inną godzinę, ale kto, by się tym przejmował. Na ulicach rozbrzmiewał głośno stary, nieśmiertelny kawałek Abby "Happy New Year". Ludzie wspólnie śpiewali, tańczyli i skakali opryskując się obficie sztucznym śniegiem w sprayu. 



Niebo rozświetliły kolorowe spotlighty. Muzyka odbijała się o stare ściany budynków. Witałyśmy Nowy Rok w Saigonie, z ludźmi z całego Świata. Nad głowami wirowało kolorowe konfetti i miniaturowe karty do gry. Złapałam czarne wino, - co znaczy? Nie wiem, w tamtej chwili wszystko oznaczało szczęście. Byłam podekscytowana i przejęta. Saigon tętnił muzyką, dźwiękiem wystrzeliwanych fajerwerków. Wszyscy się uśmiechali i życzyli sobie Dobrego Roku. Jak to zwykle ja, bardzo się wzruszyłam będąc częścią tego wydarzenia. Złożyłyśmy sobie życzenia jak tysiące innych ludzi. Robiłyśmy zdjęcia sobie, a inni z nami. Atmosfera radości rozlała się po ulicach Saigonu. Nie wiem czy to właśnie wtedy, czy nieco wcześniej, a może później, zakochałam się w tym mieście. I nastał Nowy Rok 2015 pomimo, że w Polsce dopiero robiliście sałatki i chłodziliście szampana.





piątek, 27 lutego 2015

Happy Chinease New Year 2015

Drodzy Podróżnicy, Przyjaciele Świata, Szanowni Goście!

Niechaj ten Rok Owcy/Kozy obfituje w radość, powodzenie, Miłość i dobrobyt. Niech będzie spontaniczny jak radość o północy
w Sajgonie. Nie bójcie się marzyć! Celebrujcie życie i szanujcie Świat. Bądźcie ciekawi  smaków, zapachów i przygód. Rozłóżcie na stole mapę i podróżujcie rowerem, tramwajem, pociągiem, autobusem, łodzią, tuk tukiem, samolotem, rowerem
... byle dalej w Świat :) :)

Wszystkiego co Piękne, co daje Świat;

życzą:

Marta i Oliwia - Ekipa Eldorado

... bo Świat jest taki piękny!

sobota, 25 października 2014

"Poszukiwanie Eldorado w Maroko"

Kiedy opuszczałyśmy Marrakesz przed wschodem słońca, miasto było senne, puste i rozleniwione. Medina spała głębokim snem. Nocne powietrze orzeźwiało uliczki pełne spalin za dnia. Pierwszy napotkany taksówkarz nie miał werwy i łatwo się zgodził na niewygórowaną cenę za nasz kurs. 

Podróż do Fezu miała trwać niecałe 8h, w rzeczywistości spędziłyśmy w autobusie 10h. Wycieńczone podróżą wróciłyśmy do naszego pierwszego hotelu - pałacu - Rijadu na skraju fezkiej mediny. Poczułyśmy się jak u siebie, witane z sympatią przez znajoma Obsługę.


Po krótkim odpoczynku i odświeżeniu, nie tracąc ani chwili wybrałyśmy się na ostatni posiłek oraz zakupy. Nasze podręczne plecaki szybko zapełniły się kulinarnymi skarbami Maroko. Kupiłyśmy osławiony olej arganowy, marokańską herbatę, pastę harisę, kumin, curry, kurkumę, czarny pieprz oraz mieszankę czterech przypraw do tajinu. 


Kiedy fezkie niebo okryła noc, wróciłyśmy na nasz taras, by spędzić tam ostatni wieczór w Maroko.
Siedziałam na dachu Mediny i pisałam ...

"...dookoła nas roztacza się panorama na Medinę. Od piaskowych ścian oświetlonych herbacianym światłem bije znajome ciepło. Przyjemny wiatr tańczy w posadzonej wokół roślinności. Właśnie rozległo się nawoływanie Muzeinów. Poszczególne, tajemnicze Głosy, rozlegają się z kolejnych Minaretów. Tu, u góry panuje nieopisany spokój, na dole miasto tętni życiem. Spoglądam przez barierki otaczające nasz taras, na kobiety, które przyjemny chłód skusił do wyjścia z domu. Po całym dniu pracy, to jest Ich czas na ploteczki, spotkania, wyjście na miasto...

Patrzę na Fez, oświetlony jak świąteczna witryna i chłonę ten widok, by zapamiętać go na długo. Rozwieszone pranie suszy się na wietrze. Dachowe koty idą w nieznane. Gdzieś słychać dziecięcy śmiech."


Fez obdarzyłyśmy dużym sentymentem i oprócz Essaouiry to właśnie tu czułyśmy się najlepiej. Nie przeraziło nas dziewięć tysięcy uliczek, ani też bardzo tradycyjny charakter miasta. Wielką przyjemnością było wrócić na obiad do ulubionej knajpki, być witanym z uśmiechem i sympatią oraz daniem o tytule "welcome from the kitchen" . 

"Żegnamy dziś Maroko pozytywnie zaskoczone. To była nasza pierwsza styczność z kulturą arabską w indywidualnej podróży. Na długo w naszej pamięci pozostanie wyprawa w Góry Atlas, gościnność Berberów, smak miętowej herbaty, marokańskie chleby oraz wspaniałe ciastka.

Jak zwykle czuję niedosyt i chętnie zostałabym dłużej, by móc zobaczyć więcej i więcej. Niestety pora wracać do domu, pisać bloga, by świeżość wspomnień nie uleciała, emocje nie zblakły a zapachy nie wywietrzały."

Do następnej podróży już tylko rok ...!

Czy odnalazłyśmy w Maroko nasze Eldorado...? Jak zwykle, w każdej podróży TAK- jego skrawek. Bo w poszukiwaniu legendarnej Krainy złotem płynącej nie chodzi o jej odnalezienie, lecz  właśnie jej poszukiwanie, podróżowanie zakurzoną drogą po nieznanych szlakach z plecakiem, zeszytem 
i otwartym sercem ....:)





"Atlas Mountains"

Na wyprawę w Góry Atlas czekałyśmy długo, to miał być ten moment, ta chwila, dotknięcia Maroko, do którego chciałyśmy przyjechać tak bardzo. I stało się ... Wczesnym rankiem wyruszyłyśmy z Marrakeszu w Góry Atlas, wraz z naszym przewodnikiem i dziewczyną z Anglii. Jechaliśmy samochodem w kierunku Gór. 



Krajobraz za miastem zmieniał się z minuty na minutę, a Góry przed nami wyglądały jak majestatyczne duchy we mgle. Dolina Ourika, do której dotarliśmy w niewiele ponad godzinę, okazała się wspaniałym miejscem dla ukojenia zmysłów. Wszechobecne restauracyjki usytuowane wzdłuż prawie wyschniętego koryta rzeki, zachęcały swym urokiem, klimatem i zapachem gotowanego tajinu. Rdzenni mieszkańcy Maroko, którzy osiedlili się tam na długo przed przybyciem Arabów, wybrali sobie bez wątpienia piękne miejsce do życia. Intensywna czerwień gór bogatych w składniki mineralne, kontrastowała z błękitem nieba i zielenią, która obfitowała odcieniami w tym właśnie rejonie. Tereny po których jechaliśmy, słyną z upraw jabłek, granatów, oliwek oraz migdałów. 



Po drodze, w małej barberskiej wiosce czekał na nas przewodnik, który poprowadził nas wśród Gór do Wodospadu. Wspinaczka nie była trudna, nawet dla moich chorych nóg. Czułam się świetnie, że mogę iść a powietrze i otaczające mnie widoki, dodawały mi sił. Zapomniałam prawie o mojej chorobie i szłam z rozszerzonymi źrenicami, jak małe dziecko po lizaka. Szybko dotarliśmy do celu. Wodospad spływał ze skał niewielką kaskadą. Dookoła powietrze było krystalicznie świeże i czyste. Panowała urzekająca cisza i spokój. To był właśnie ten moment, ta chwila, w której człowiek-podróżnik zatrzymuję się, a wraz z nim czas. Słychać wtedy serce świata, jak bije tylko dla Ciebie - Podróżniku. 


Tego dnia wrażeń nie było końca. Jechaliśmy dalej przez doliny Gór Atlas. Z każdym kilometrem krajobraz zmieniał się diametralnie. Raz jechaliśmy lesistymi drogami a zapach iglaków wdzierał się przez okna samochodu. Innym razem widzieliśmy za oknami wyschnięte, spękane suszą pola. Każdy z widoków, okraszony był majestatycznym krajobrazem niepowtarzalnym Gór Atlas, które śledziły nas, jakby bały się nas zgubić. 



Jednym z najwspanialszych przeżyć, był obiad u barberskiej rodziny, na który zostaliśmy zaproszeni. Głową rodziny był nikt inny jak sam wioskowy Imam. Wybrany przez wioskową społeczność, stał na czele islamskiej wioski, w której byliśmy gośćmi. Specjalnie dla nas, przygotowano stół pośród Gór na naturalnie powstałym tarasie. Tajin z kurczakiem gotowany w tradycyjny sposób na ogniu, był najlepszym jaki jadłam do tej pory. Kuskus dochodził w glinianym naczyniu na parze, gdy oprowadzano nas po domu. Na stole pojawiła się również marokańska sałatka z pomidorów i soczystej cebuli oraz deser - świeże, tryskające sokiem granaty i jabłka z okolicznych sadów. Królewska uczta, której byłyśmy gośćmi, zakończyła się podaniem miętowej marokańskiej, mocnej herbaty.


Wokół nas panowała niezmącona cisza. Trzy okoliczne wioski wydawały się uśpione rozgrzanym słońcem. kiedy nagle rozległ się głos Imama, nawołującego do Minaretu. Wezwanie do modlitwy pochwyciło echo i poniosło wśród Gór Atlas. Gdzieś w oddali, w odpowiedzi zaryczał osiołek. Piłyśmy herbatę na dachu Maroko, urzeczone magią chwili, miejsca i czasu, który się zatrzymał.




"W czerwonym mieście - Marrakesh"

Pierwsze kroki w Marrakeszu skierowałyśmy na osławiony plac Jemaa El Fna. Panował tam niewiarygodny tłok i zgiełk. Uliczni handlarze przekrzykiwali się w oferowaniu swoich produktów. Zaklinacze węży zahipnotyzowali jadowite płazy do nieprzytomności. Obok nas jakiś mężczyzna prowadził zaciekły dialog z małpka kapucynką. 



Na targu można było kupić wszystko; maleńkie żółwie, lekko śnięte kameleony, wypchane jaszczurki, kolorowe przyprawy, świeże i suszone mięsiste owoce, ubrania i tysiące innych rzeczy. Plac Jemaa el Fna tętnił życiem i przyprawiał o ból głowy. Oblany herbacianym światłem, migający od zapalonych na sprzedaż latarenek tworzył kadr, którego żaden aparat nie mógł zignorować. 



Chcąc sfotografować wyjątkowy klimat tego miejsca, niechcący uchwyciłam mężczyznę kręcącego piruety pomponem przytwierdzonym do czapki. Komponując kadr zdjęcia, nawet nie zauważyłam milimetrowej sylwetki owego "perfomera". On za to zauważył jednak mój mały obiektyw, rzekomo skierowany w jego stronę. Mój przypadkowy "obiekt" okazał się niewiarygodnie wrażliwy i wyczulony na punkcie swych "pomponowych" akrobacji i zażądał zapłaty za pokaz, czyli za zdjęcie. 

Nie chcąc płacić wymyślonej opłaty, usunęłyśmy na oczach zainteresowanego nieszczęsne zdjęcie, ale artysta mimo to rozpoznawał się nawet na ujęciach z Birmy, obecnych nadal na karcie po poprzednim urlopie sprzed roku. Zniesmaczone bezpodstawnymi oskarżeniami, uznałyśmy że prościej będzie zapłacić rozjuszonemu oszustowi. 



Pierwotna cena oscylowała wokół 5 euro. Gdy zaczęło robić się coraz mniej przyjemnie, a głos Pana oszusta coraz mocniej nadwyrężał wytrzymałość naszych bębenków, odprawiłyśmy go dając 20 Dhs (czyli ok. 2,5$). Kiedy odszedł, mrucząc coś pod nosem z pomponiastą czapka pod pachą, poczułam niesmak i złość. Ochota na zwiedzanie placu gdzieś się rozpłynęła. Zaczęłyśmy czuć się źle i nieswojo w narastającym tłumie i chaosie. 

Pomimo, że Plac spowiła całkowita ciemność a otaczające stragany mieniły się ciepłymi kolorami i cudownymi zapachami, skryłyśmy się w niewielkiej knajpce serwującej kebabowe przysmaki. Po zasileniu żołądków i uzupełnieniu poziomu cukru dzięki miętowej herbacie, ruszyłyśmy dalej. Spacerowałyśmy po placu oraz jego okolicach, przeciskając się przez tłumy sprzedawców i naganiaczy wykrzykujących z rozkoszą polskie bluźnierstwa, słysząc z naszych ust polski język. Myślałam, że wrażeń na ten wieczór już wystarczy, ale polskie wulgaryzmy na Placu Jamaa El Fna, to było dla nas za wiele. Nie mogąc się odnaleźć w wymuszonym, sztucznym, nieprawdziwym obrazie Placu Jamaa el Fna, ruszyłyśmy w drogę powrotną do hotelu przez Medinę. Zauroczone fezką Mediną, ta w Marrakeszu nie wywarła na nas dużego wrażenia, wręcz przeciwnie. Smród spalin wisiał w powietrzu, oblepiając mury i całe ciało. Miałam wrażenie, że chwilami w ciasnych uliczkach, trudno było oddychać. Chodzenie utrudniały wszechobecne zdezelowane motory
i skutery. 


Marrakesz zwany Czerwonym Miastem oraz Otwartą Afryka, pozostawił we mnie uczucie niesmaku oraz rozczarowania. Przyznam, że nie poświęciłyśmy temu miastu należytej uwagi i jestem przekonana, aby je poznać, należy się w nim zatracić. My nie miałyśmy tyle czasu, aby przekonać się o tym jak Otwartą Afryką jest Marrakesz. W tym krótkim czasie naszego pobytu w tym mieście, już od pierwszych chwil nie czułyśmy się bezpiecznie, ani też mile witane. Po wizycie na Placu Jamaa El Fna, poszłyśmy wcześnie spać, starając się zapomnieć o niemiłych wrażeniach.