sobota, 19 marca 2016

Cayo Coco; w rezerwacie termosów

Na Cayo Coco prowadziła malownicza droga z "głównej" Kuby, wybudowana na rozkaz Fidela Castro w chwili, gdy wpadł na pomysł dofinansowania wyspy portfelami cudzoziemców, tak niemile widzianych lata wcześniej.  Odizolowana, zamknięta niczym więzienie la zona Cuba, po upadku Związku Radzieckiego była niczym okradziona staruszka. Fidel zmienił front. "Otworzył" Kubę i wprowadził turystykę. Na małych wyspach - Cayo, należących do Kuby powstawały hotele, resorty, zamknięte "zony" dla turystów, bogatych turystów. Od lat 90-tych niewiele się zmieniło lub jeśli, to tylko na gorsze, dla turysty. Kuba jest enklawą bogatych urlopowiczów z wypchanymi znienawidzoną walutą portfelami.


Planując wyprawę na Kubę wiedziałyśmy, że jedyną możliwością zobaczenia któregokolwiek Cayo, łączy się z zakupieniem opcji "all inclusive", której w każdej poprzednie podróży unikałyśmy niczym ognia. By zobaczyć Cayo Coco musiałyśmy wykupić pobyt w Hotelu 4 gwiazdkowym. Na Cayo nie ma innej bazy noclegowej. Nie ma tam domów, hosteli, bungalowów, są jedynie 4-ro i 5-cio gwiazdkowe hotele. Obsługa hoteli mieszka poza wysepkami, dojeżdżając codziennie kilka godzin do pracy. Fidel jednak jest szczodry. Gdy pracujesz dla danego hotelu więcej niż 4 lata i sprawujesz się dobrze, rząd daje Ci za darmo, mieszkanie w miasteczku na granicy głównej Kuby.



Na Cayo Coco dotarłyśmy łączoną taksówką, co oznaczało ,że połowę kursu płaciłyśmy my, drugą inna para turystów. Nie ma innej możliwości dotarcia na wybrane Cayo. Nie kursują tam żadne autobusy. Taksówkarz wysadził nas przy recepcji najstarszego, pierwszego, wybudowanego w latach 90 - tych hotelu na Cayo Coco. 


Wytaszczyłyśmy z bagażnika nasze plecaki oklejone flagami z poprzednich podróży i nieśmiało udałyśmy się w celu zameldowania. Pobyt opłaciłyśmy w Havanie więc jedyne co nam pozostało to wziąć klucze do naszego pokoju. Jakże się myliłyśmy. Procedury all inclusive, z którymi miałyśmy do czynienia po raz pierwszy w życiu, przerosły nasze oczekiwania. Najpierw musiałyśmy obie wypisać coś w rodzaju karty pobytu. Następnie otrzymałyśmy kwit uprawniający do odbioru ręczników plażowych, które wydawane były w określonych godzinach, w jednym miejscu. Ich wymiana czy zagubienie była tak skomplikowana, że po trzecim zdaniu Pana recepcjonisty wyjaśniającego nam ową procedurę, wyłączyłam się. Kiedy już myślałam, że to koniec tego koszmaru bo Recepcjonista położył przed nami karty do wejścia do pokoju. Naszym oczom ukazał się plan hotelu oraz zasady działania poszczególnych restauracji. Spojrzałam nieufnie na podane mi kserówki. Plan hotelu wyglądał niczym mapa Bangkoku. Zamarłam. Kartka opisująca "działanie" restauracji spowodowała, że zbladłam. W tej lunch, w tych i tych godzinach, w tamtej obiad, tu śniadanie, ale jak chcesz czegoś więcej zarezerwuj tu i tu, rezerwacja możliwa jedynie tu,w takich i takich godzinach. Byłam przerażona. Meldowanie zmierzało ku końcowi.



Wzięłyśmy wszystkie kartki, kserówki, "recipty" oraz karty - klucze i już już prawie miałyśmy odejść kiedy Pan Recepcjonista krzyknął, że to jeszcze nie wszystko. Nie mogłam w to uwierzyć. Czy ten koszmar kiedykolwiek się skończy, zapytałam w duchu samą siebie. Kiedy odwróciłam się ku twarzy znużonego recepcjonisty ujrzałam w jego dłoniach niebieski pasek - bransoletkę uprawniającą do pobytu w hotelu i korzystania z jego wszelakich dóbr. Mina recepcjonisty kojarzyła mi się z twarzą strażnika więziennego tuż przed założeniem kajdanek na nadgarstkach osadzonej. Pierwsza nieśmiało wyciągnęła rękę Marta. Kiedy zobaczyłam niebieski pasek okalający jej przegub, wybuchnęłam histerycznym śmiechem. Marta zabiła mnie wzrokiem wojownika Kung Fu. Śmiałam się nieprzerwanie, nie wierząc w swoje nieszczęście. Ja globtroter, podróżnik, włóczykij mam założyć i nosić przez pięć dni coś takiego na moim nadgarstku? To mnie zabiło. Błękitny plastikowy pasek z wydrukowaną nazwą hotelu przylgnął do mojego nadgarstka. Schowałam rękę pod plecak.



Byłyśmy zagubione i przerażone. Recepcjonista widząc nasze miny i mapę hotelu trzymaną do góry nogami, zawołał boya hotelowego, by ten zaprowadził nas do pokoju o numerze 2066 w budynku oznaczonym dodatkowo literą, które określały inne budynki całym alfabetem.
Młody człowiek spojrzał z niesmakiem na nasze plecaki i leniwie wskazał nam drogę. Bądź co bądź nie był głupi, wiedział że od nas nie dostanie napiwku. 

Tak rozpoczęłyśmy swój pierwszy w życiu pobyt w resorcie all inclusive, w rezerwacie termosów w raju Hemingwaya, które przyszło nam lada chwila ujrzeć.


Po zapoznaniu się z mapą hotelu, poszłyśmy odebrać plażowe ręczniki i zjeść pierwszy lunch. Restauracja była pełna turystów. Przeważali Kanadyjczycy, Francuzi i Niemcy. Usiadłyśmy przy dwuosobowym stoliku.  Zamówiłyśmy piwo, wodę i jedzenie. Czekając na obiad obserwowałyśmy innych. Każda osoba przy pozostałych stolikach miała w ręku termos - kubek termiczny. Nikt nie pił ze szklanki, kieliszka, czy filiżanki. Każdy, każdy miał przyklejony do dłoni termiczny kubek. A jakież one miały kształty. Każdy inny, każdy w innym kolorze. Podczas kolejnych dni pobytu na Cayo Coco zaobserwowałyśmy, że oni się z nimi nie rozstają. Piją z termosów w basenie, na śniadaniu, na plaży, na balkonie, w pubie, wszędzie. Cayo Coco nazwałam natychmiast rezerwatem termosów. 

Co było dalej? Lazurowa plaża, miękki piasek, błękitny basen w którym kąpałyśmy się nago w nocy wbrew zakazowi pod czujnym okiem ochroniarza skrytego w krzakach, który zezwolił nam na 10 minut szaleństwa. Przez kolejne dni czytałyśmy książki, kapałyśmy się na przemian w oceanie i basenach. Po kilku dniach zatrułyśmy się jedzeniem. Każda z nas wydalała zawartość żołądka all inclusive, słysząc podobne odgłosy dolatujące z instalacji połączonej z innymi pokojami. Czas stał w miejscu. Na przekór wszystkim nie korzystałyśmy z termosów. Piłyśmy ze szklanek, kieliszków, filiżanek i plastikowych kubków. Woda w oceanie miała trzy kolory lazuru, drugi był kolorem naszej sypialni. Tęskniłyśmy za Hawaną ....





piątek, 18 marca 2016

Santeria i bóstwa; Trynidad

Spacerując uliczkami Trynidadu, szukałyśmy Świątyni Yemaya. Chodziłyśmy w tę i z powrotem a numer sugerujący miejsce Świątyni wydawał się znikać, jakby nie chciał być odnaleziony. Wreszcie się udało. W bramie, pomiędzy kamienicami ukazała nam się flaga, szarfa informująca o tym, że wchodzimy do Świątyni Pani Mórz i Oceanów - Yemayii;

W holu, na zmurszałym krześle siedziała czarna lalka ubrana w białą szatę, charakterystyczną barwę wyznawców Santerii czyli połączenia wierzeń afrykańskich z religią chrześcijańską. Byłyśmy na miejscu. Świątynia Matki Morza dała się odnaleźć po długich igraszkach z mapą miasta.


 Santeria kojarzy mi się z voodoo, tajemnicza i przerażająca niczym proszek zombie. Jest to religia przywieziona przez Nigeryjskich niewolników zmuszanych do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. Mieszanina żywotu katolickich świętych wzbogaconych nadzwyczajnymi mocami nadanymi przez niewolników w czasach brutalnej chrześcijanizacji.
Santeria jest religią tajemniczą, dla jednych wiarą, dla innych pogańskim wierzeniem.. Wiedza na jej temat przekazywana jest podobno wyłącznie ustnie i aby ją posiąść należy osiągnąć wymagany stopień wtajemniczenia. Kapłani są nie tylko przewodnikami duchowymi, ale również lekarzami, uzdrowicielami i szanowanymi doradcami życia. 


Ściany Świątyni w Trynidadzie były obielone wapnem. Wzdłuż ciasnego pomieszczenia stały drewniane ławki zapełnione niemieckimi turystami. W rogu pomieszczenia znajdował się swego rodzaju ołtarz, obok stał stół pełen naczyń z wodą oraz zasuszonych kwiatów i innych "magicznych" rzeczy. W oddali nieśpiesznie przechadzały się kury, biegał wyliniały pies i małe szczurki. Młody, znudzony kapłan w stroju cywilnym bujał się na starym fotelu. 
Przewodnik wycieczki w kilku słowach objaśnił miejsce. My siedziałyśmy z boku, czekając. Po wystąpieniu niemieckiego przewodnika, turyści składali ofiary w postawionej celowo ku temu misie. Kładli banknoty, podnosili kulisty instrument z kokosa z ziarnami w środku, dzwoniąc nim na szczęście, robili sobie zdjęcia i wychodzili. Kilku starszych Niemców podeszło do Kapłana z darami. Były to jednorazowe długopisy i zapalniczki tak pożądane na Kubie.



Po kilku minutach zostałyśmy same. Kapłan schował się za zasłonką bocznego pomieszczenia a my siedziałyśmy bez ruchu, bojąc się Santeryjskich Bogów. Magiczne pomieszczenie zatonęło w ciszy. Z oddali dochodziły głosy ulicy i tych którym nie udało się znaleźć numeru Świątyni oraz miarowe kroki chodzącego drobiu przeznaczonego na santeryjską ofiarę czy przepowiednię.



Kiedy tak siedziałyśmy w ciszy, zza zasłonki pojawił się Kapłan. Czarne, głęboko osadzone oczy zdradzały więcej obecności rumu niż duchowości. Mimo to przyjął nas serdecznie, pokazując albumy ze zdjęciami z różnych obrzędów i świąt Santerii, po czym zostawił nas same. Co by nie narazić się Bogom, zostawiłyśmy banknot w kamiennej misie przed wizerunkiem Bogini, zadzwoniłyśmy kokosowym instrumentem i opuściłyśmy Świątynię Yemayii siostry Oshun, Pani mórz i oceanów, patronki kobiet pragnących zajść w ciążę, oczekujących potomstwa oraz rybaków i marynarzy. Bogini troskliwej i kochającej, pomocnej i łaskawej. Według niektórych wierzeń wciągającej swoje Dzieci do wody, do pałacu na dnie oceanu. 


Trynidad, casa de la Musica

W mieście Muzyki i Chanchanchary (słynnego, regionalnego napoju podawanego w glinianych czarkach z rumem, miodem i sokiem z cytryny) mieszkałyśmy w domu z pianinem, własnym tarasem i lodówką pełną piwa.

 zdjęcie z internetu

W zeszycie zamontowanym przy drzwiach urządzenia chłodzącego, wystarczyło napisać swoje imię, postawić ilość kresek odpowiadających ilości wziętego napitku i raczyć się zimnym piwem na dachu domu z widokiem na miasto. A widok ten był niesamowity. Tam widać było cały Trynidad. Tam, bujając się leniwie w hamaku czytałyśmy książki o Kubie. Na tym tarasie poruszyła nas Muzyka płynąca z każdego domu, okna, knajpki, placu, restauracji ... z ulicy. 




Trynidad tonął w Muzyce. W ciągu dnia i wieczorem Muzyka odbijała się od kolorowych domów, fasad zmęczonych kamienic i osławionych schodów przy Casa de la Musica. Kiedy zapadał zmrok i miasto tonęło w herbacianych barwach latarni, Dom Muzyki zarażał wszystkich salsą niczym chorobą zakaźną. Taneczne rytmy porywały starsze panie, które ochoczo dreptały w rytmie salsy z pięknymi Kubańczykami. Przystojni kelnerzy w fartuszkach z flagą kubańską czujnie kontrolowali gdy napój kończył się w szklance.



Zmęczone tłumem, oddaliłyśmy się od osławionych schodów uliczkami wysadzanymi kocimi łbami przywiezionymi podobno z Bostonu. Tuż za rogiem, na ulicy usłyszałyśmy dźwięki bębnów. Trafiłyśmy na koncert. Przysiadłyśmy na murku na "widowni" słuchając Muzyki. W pewnej chwili podszedł do nas młody mężczyzna pytając czy mamy ochotę na drinka. W kilku zdaniach zareklamował zdolności barmańskie swojej Babci. Nie sposób było odmówić. Siedziałyśmy na ulicy, wsłuchane w rytm kubańskiej Muzyki, sącząc najmocniejsze mojito jakie piłam na Kubie z plastikowego kubka. Byłam szczęśliwa. To był ten Trynidad, który tak pragnęłam zobaczyć. Naturalny, subtelny, rytmiczny. Po kilku minutach zaczął lać deszcz. Tropikalna ulewa zalała miasto. Kocie łby tonęły w potokach deszczu. Muzycy uciekli. Cisza zalała Trynidad.

Przemoczone, wskakiwałyśmy do zatłoczonych barów na kolejne drinki. Kiedy noc otuliła miasto a nam znudziło się mojito, wyruszyłyśmy mokrymi ulicami w kierunku domu z pianinem. Tuż przed wejściem, spojrzałam w niebo. Było czyste, bezchmurne, głęboko granatowe. Na środku niczym diament świecił się Księżyc. Odwrócony, miał kształt umywalki, kieszonki z dziecinnych spodni. Zatrzymałam się zauroczona. Widok ten uzmysłowił mi jak jestem daleko od domu.




Zbudziły mnie promienie słońca wpadające przez drewniane rolety w oknach bez szyb oraz okrzyki niczym owacje płynące zewsząd. Wbiegłyśmy na taras by sprawdzić co się dzieje. Wzdłuż ulicy stały dzieci w szkolnych mundurkach kibicując rowerzystom w miejskim wyścigu. 



Po intensywnym kibicowaniu z dachu, zjadłyśmy śniadanie czyli kolejną wariację na temat jajka, twarde suchary i świeże owoce. Wypiłyśmy kilka filiżanek świeżo mielonej kawy z mlekiem z proszku i ruszyłyśmy na miasto. Kolorowe uliczki starówki pełne były turystów wszelkiej maści. Wystarczyło skręcić za kościół by wejść do Trynidadu. Tu toczyło się życie a raczej marazm i znużenie. Wzdłuż ulic siedzieli zmęczeni mieszkańcy, wpatrzeni w nicość. Sklepy świeciły pustkami, jak każde na Kubie. Od rana, oczy Kubańczyków mętne były od rumu. Była sobota. Kobiety kompulsywnie sprzątały fasady i schody domów. W naszej "casa" również wszystkie meble zostały wyniesione by zmyć podłogę, okna, schody, tarasy. 






Zajrzałyśmy przez okno do przedszkola. Zaspane brzdące bały się obiektywu, uśmiechnięta przedszkolanka zapraszała nas do środka. Obok w holu zniszczonej kamienicy, starszy Kubańczyk stroił fortepian. Przystanęłam ...




W ruinach domu bez dachu, znalazłyśmy pizzerię. Młody, rezolutny Kubańczyk obiecał nam  najlepszą pizzę jaką w życiu jadłyśmy. Knajpa brzmiała salsą. Wszyscy pracownicy tańczyli, ruszając się nieziemsko. Pizzę podano. Kiedy próbowałyśmy pierwszego kęsa, czas się zatrzymał, wszyscy wpatrywali się w nas, w oczekiwaniu na opinię. Nie mogłyśmy ich zawieść. Gładziłyśmy się po brzuchach, mówiąc namiętnie -  "bueno" by ich nie urazić. Pizza była dobrą kubańską pizzą, jakże daleką od placków do których przywykłyśmy. Ciasto było gumowe i twarde, na pizzy było niewiele poza serem. Kubańczycy oszaleli na punkcie pizzy. W samej Havanie "pizzerie" są na każdym kroku. My jadłyśmy kubański prototyp w celach oszczędności. 
Kiedy my z głodu pałaszowałyśmy nasze pizze, obsługa pizzerii oszalała salsą. Wszyscy tańczyli jakby byli bez mięśni czy kości. Nasz kucharz był nauczycielem salsy!


Wieczorem, przez herbaciane ulice wróciłyśmy na stare miasto. W jednej z knajpek dostrzegłam naszych znajomych Duńczyków poznanych w Viniales ...
Następnego dnia zostawiłyśmy Trynidad i pojechałyśmy na Cayo Coco ....



Zapraszamy do obejrzenia koncertu z ulicy ... w Trynidadzie ...






niedziela, 6 marca 2016

Cienfuegos

Z Viniales kubańska droga poprowadziła nas do Cienfuegos, miasta które skradło nasze serca. Cienfuegos mniej popularne wśród turystów okazało się magicznym miastem. Tutaj zagubiłyśmy się wśród ulic, spacerowałyśmy wzdłuż Maleconu. Tutaj wsiadłyśmy do pięknego Buica z 1957 roku, który zawiózł nas do parku Guanaroca. Tutaj porwała mnie rumba i to tutaj w Cienfuegos poczułam rytm Kuby.


Mieszkałyśmy w pięknym domu. Całymi dniami chodziłyśmy po mieście bez celu, spacerowałyśmy w słońcu i kolorach. Któregoś popołudnia, nogi zaprowadziły nas do ośrodka kulturalnego, w którym akurat rozpoczynał się koncert. Po usłyszeniu pierwszych dźwięków, całe moje ciało wibrowało. Nogi same się ruszały, ciało chciało tańczyć. Uniesiona Muzyką zostałam zaproszona do tańca przez lidera zespołu. Dałam się porwać rumbie. Oszalała rytmem nie zważałam na publikę, tańczyłam. Poszło mi chyba całkiem nieźle, bo mój partner, aż mnie wycałował na koniec, serdecznie dziękując. 



Wieczorem Cienfuegos było puste, ciche i senne. W porcie nic się nie działo, ulice opustoszały. Stare kutry niczym sędziwi Kubańczycy stały zmęczone i sennie kołysały się na wodzie. Miasto zasypiało.



Rano wsiadłyśmy do pięknego Buica z 1957 roku i w szalonym tempie, pustymi drogami dotarłyśmy do parku Guanaroca. Buica zamieniłyśmy na łódź sterowaną wiosłami przez naszego przewodnika. 



Wpłynęliśmy na jezioro. Zgiełk miasta i ludzi zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Cisza zalała jezioro. Byłyśmy w świecie przyrody jak goście. Tutaj nie rządził człowiek. Tutaj nie czuło się oddechu Fidela. Zniknął Che i rewolucja. Zahipnotyzowane dźwiękiem wioseł budzących  uśpioną taflę wody, wpłynęliśmy na środek jeziora, do miejsca magii, miejsca które było domem flemingów. 



Z każdym ruchem wioseł, zbliżaliśmy się do tych niesamowitych ptaków, które ignorowały nasze przybycie i brodziły spokojnie w swojej wodzie, tak dobrze im znanej. Otaczała nas zupełna cisza, przerywana jedynie pojedynczymi wezwaniami tych magicznych ptaków. W pewnej chwili jezioro zrobiło się różowe. Były tam, piękne, wyjątkowe, niesamowite, jedyne w swoim rodzaju. 




Upajałyśmy się widokiem. Róż piór odbijał się w wodzie tworząc piękne impresje. Bałam się oddychać, by ich nie spłoszyć. Para flemingów zaczęła się przytulać. To był widok nie do opisania, brak mi słów, by Wam to zrelacjonować. Patrzyłyśmy jak urzeczone, chłonęłyśmy każdy dźwięk i każdy obraz. Po kilku minutach podpłynęła druga łódź. Za głośno ..., za szybko. Flemingi przestraszone, wzniosły się i odleciały. Wielkie, piękne ptaki, utworzyły sobie znany klucz i odleciały spłoszone. Widok zapierał dech w piersiach. Jezioro zamilkło, jakby tęskniło za różowym pięknem. Pożegnałyśmy flemingi, powitałyśmy kraby mieszkające nad jeziorem i ruszyłyśmy w drogę powrotną.


Przed parkiem czekała nasza limuzyna. Dotarłyśmy do miasta w kilkanaście minut. To był kolejny piękny  dzień. Nogi poprowadziły nas wzdłuż Maleconu. Szłyśmy w milczeniu, podziwiając miasto. W Cienfuegos znalazłyśmy portową knajpę, w której wraz z Kubańczykami piłyśmy parszywe piwo z kega, jedyne w tym kraju za peso nacionales. Była to pierwsza i ostatnia knajpka, w której jako turystki nie płaciłyśmy w CUC-ach. 



Cienfuegos zostanie na długo w naszej pamięci. Tam odpoczęłyśmy, zagubiłyśmy się i zobaczyłyśmy flemingi, jedne z najpiękniejszych ptaków świata. Tam nie było rewolucji. Była Kuba i my.