sobota, 6 października 2012

Zawracamy...

Nasza podróż trwała cały dzień. Wypłynęłyśmy z Don Det o 7 rano, by w porcie Ban Nakasang załadować się do lokalnego autobusu do Pakse. Wybierając ten rodzaj transportu, spodziewałyśmy się przygody, ale to było prawdziwe wyzwanie. Na twardych deskach upchnięto 30 osób, plus bagaże, czyli worki ryżu, kokosy, fermentujący sos rybny, ryby świeże i te lekko śnięte... Miałam też wrażenie, że na dachu obok mojego plecaka coś gdacze, ale nie jestem pewna. Już po 15 minutach drogi wszystko mi zdrętwiało i ścierpło. Siedząca obok mnie 100-letnia babcia bez zębów przysnęła przytulając się do mojego ramienia. Obok siedziała Marta, którą z drugiej strony przytulała mała dziewczynka, śniąc słodko. Kiedy byłyśmy pewne, że nie ma szans kogokolwiek dokoptować do tego wehikułu, z prostej przyczyny jaką był brak miejsca, zatrzymaliśmy się przy drodze, na której czekały dwie pasażerki, nastoletnia dziewczyna i jej mama na wózku inwalidzkim. Pasażerowie ścisnęli się jak ziarnka kawy w próżniowo zamkniętej torebce. Wózek inwalidzki wylądował na dachu i ruszyliśmy dalej. Przez okna, które są zawsze otwarte, bo nie ma czym ich zamknąć wpadał rześki wiatr, kurz i smog. Po godzinie jazdy zatrzymaliśmy się gdzieś w polu, na kilka minut. Przez otwarte okno, zza moich pleców zaczęły pojawiać się usmażone kuraki na patyku, różnorakie podroby, kulki ryżu zamknięte w torebkach i różności w płynie. W autobusie nastąpiło poruszenie. Wszyscy kupili sobie śniadanie. Cały autobus jadł i my również, razem ze wszystkimi, czym zdobyłyśmy sympatię współpodróżujących. Po wspólnym posiłku, w autobusie nastała cisza, jedni przysnęli na ramionach innych, inni zapalili skręty z tytoniu. Po jakimś czasie autobus znów się zatrzymał, na wspólne siu siu, my zostałyśmy. Dojechaliśmy na przedmieścia Pakse po ponad dwóch godzinach. Zadziwiająco szybko przesiadłyśmy się do mniejszego autobusu, który jechał do centrum. Marta zmieściła się z naszymi dwoma podręcznymi plecakami, dwa duże znów wylądowały na suficie, a ja jechałam siedząc na krawędzie naczepy, kurczowo trzymając się dachu. Po czterdziestominutowym rozwożeniu wszystkich pasażerów wedle życzenia, dotarłyśmy (ja z obolałym tyłkiem) pod nasz hotel. Odświeżyłyśmy się szybko, zostawiłyśmy bagaże i wybyłyśmy w pośpiechu załatwiać ostatnie laotańskie sprawunki. O 15.00 spod hotelu miał odebrać nas minibus i zawieźć nas do tajskiego Ubon. Na pobliskim markecie, kupiłyśmy 2kg ryżu, bo ten poprzedni zjadły nam mrówki. Wysłałyśmy ostatnią kartkę na poczcie, wypiłyśmy pożegnalną kawę i zasiadłyśmy w knajpie pod hotelem.



Po klaustrofobicznym Don Det, Pakse zaczęło nam się podobać. Dobrze czułyśmy się na znanych nam ulicach, poruszałyśmy się pewnie i sprawnie. Załatwiłyśmy wszystkie sprawy. Miło było zobaczyć znane twarze i być rozpoznawanym przez okolicznych sprzedawców. Minibus do Ubon odjechał przed czasem. Po godzinie jazdy dotarliśmy do przejścia granicznego, gdzie przeszliśmy wszystkie niezbędne kontrole, dokonałyśmy opłaty za przybycie po czasie, przestąpiłyśmy granicę i wsiadłyśmy do innego minibusa, jadącego już po tajskiej ziemi...



I tak beer Lao zamieniłyśmy na Changa, sabaidee na sa-ła-dii. Z narodowej flagi zniknął biały okrąg i pomimo tych samych barw klimat zupełnie się zmienił. Wpadłyśmy w "królouwielbienie". Niespełna kilka metrów za przejściem granicznym, wzrosły wzdłuż drogi ogromne ołtarze z wizerunkiem króla. Bez wątpienia, czy chciałyśmy tego czy nie, nasza podróż dobiegła końca. Byłyśmy w Tajlandii. W drodze do Ubon, mijaliśmy zalane tereny, zatopione gospodarstwa i chaty. Zaczął padać deszcz. Zrobiło mi się smutno. W Ubon przywitały nas karaluchy i mili Tajowie w ulicznej restauracji. Zjadłyśmy PadThai, czyli tajskie spaghetti jak powiedział kucharz, zakupiłyśmy kilka Changów i wróciłyśmy do hotelu. Rano odleciałyśmy do Bangkoku...



Ostatnią noc spędziłyśmy włócząc się po knajpach, wdychając egzotyczną mieszaninę zapachów, jedząc nasze ulubione potrawy, pijąc litry piwa, kupując za dużo. To była wspaniała noc. Bangkok ugościł nas jak zwykle. Tu wszystko się zaczyna i ... kończy, do zobaczenia za rok, w drodze do Birmy :)

Baśń 4000 i 1 ziołowej wyspy - Don Det

Opuściłyśmy Pakse o 8 rano, wyruszając w dalszą drogę. Tym razem naszym celem była mała wysepka Don Det, jedna z 4000 istniejących na Mekongu. Dotarłyśmy łodzią do tej gandziowej przystani tuż przed południem. 


Całe centrum tego imprezowego przybytku to 200-metrowa ulica z barami i restauracjami, w których marihuana jest dostępna w menu. Dziesiątki turystów wlecze się tu leniwie po barach w poszukiwaniu niewiadomego. Jedni zalegli na miękkich posłaniach, w oparach marihuany, inni zastygli w hamakach, a jeszcze inni - tacy jak my pochowali się z nudów po kątach, robiąc to co lubią najbardziej. 



W pierwszą noc była awaria prądu, elektryczność była w co drugim lokalu, przez co narkotyczny nastrój wzmógł się jeszcze bardziej przy zapalonych świecach. Rzeczne zioło ścięło mnie z nóg i szybko poszłyśmy spać. Po ciężkiej, dusznej nocy bez klimatyzacji, czy choćby wiatraka, wstałyśmy wykończone. 




Aby dodać sobie energii, wypożyczyłyśmy rowery i wyruszyłyśmy na drugą, sąsiednią wyspę Don Khon. Odwiedziłyśmy rano tamtejszą  Świątynię, w celu tylko nam wiadomym i pojechałyśmy nad wodospad, z którego już na pieszo poszłyśmy na okoliczną plażę. Po wypiciu regenerującego szejka bananowo-ananasowego, wróciłyśmy przez most na naszą narkotyczną wysepkę. 



I tak jesteśmy tu do dziś, skąd do Was piszę. Leżymy na posłaniach, w cichej knajpce nad Mekongiem, w której męskie Dziewczyny mają zgrabniejszą figurę niż ja. Siedzimy tu od wczoraj, pochłonięte pisaniem i nastrojem totalnego wyciszenia. Jesteśmy już spakowane, bo Don Det to koniec naszej drogi, z której zawracamy. Już jutro rano wyruszamy do Pakse, skąd jedziemy do tajskiego Ubon Ratchathani, by wsiąść w samolot do Bangkoku. Nasza podróż dobiega końca, musi minąć znów rok, nim wyruszymy w następną, tym razem dokąd ... ? Jeszcze nie wiemy.


W mieście nijakim...

Azjatycki wehikuł czasu podjechał punktualnie, wypełniony pasażerami i bagażem po brzegi, co nie przeszkadzało, by wcisnąć tam jeszcze jednego turystę. Lokalny autobus nie ma nic wspólnego z Waszym wyobrażeniem autobusu. To po prostu przyczepa z zamontowanymi wzdłuż dwiema drewnianymi ławkami, na których siadają pasażerowie. Pomimo wszelkich niewygód jest to jednak nasz ulubiony sposób podróżowania.


Dotarłyśmy do Pakse w niecałą godzinę. Z dworca autobusowego uciekłyśmy szybko, nie oglądając się za siebie. Szarańcza tuk-tukowców zaatakowała tych co zostali. My w bocznej uliczce wynajęłyśmy swego rodzaju motorikszę i pojechałyśmy do naszego hotelu. 

Pakse przez cały czas wydawało mi się nijakie. Nic mnie w tym mieście nie zauroczyło i nie złapało za serce. Z wyjątkiem restauracji na łodzi na Mekongu, gdzie podawano wspaniałe wariacje pod tytułem FISH - tu również odkryłam oyster sos. To było najlepsze jedzenie jakie jadłam w Laosie - doskonałe.


Z braku zajęcia w mieście nijakim wykupiłyśmy całodniową wycieczkę po plantacjach kawy i herbaty, z przystankami przy trzech wodospadach i wiosce, w której ludzie mieszkają z trumnami, na tzw. wszelki wypadek.  Wykupienie tej wycieczki okazało się dobrym wyborem. Gdybyśmy pojechały tam same, nie udałoby nam się, zobaczyć choćby połowy.




Jeździłyśmy więc klimatyzowanym busikiem, z grupą turystów rozmawiających cały czas o tym samym, co kto widział, gdzie był, czym i  jak dojechał. Każdy ten dialog był sztuczny i napuszony. Każdy taki sam. Młodzi i podstarzali, na siłę wyluzowani backpackerzy przechwalali się pobytami w egzotycznych miejscach świata. Doradzali sobie i wymądrzali się, jakby byli Tiziano Terzani, który spędził  w Azji 3/4 swojego życia. Oni wykupując "combo" wycieczkę: Tajlandia - Laos - Wietnam - Kambodża w jednym, po kilku dniach spędzonych w tych krajach, są mądrzejsi od przysłowiowego radia.



Na szczęście nie tylko takich ludzi spotkałyśmy na naszej drodze. 

W cichym Champsak, poznałyśmy ciekawą i niesamowitą australijską nauczycielkę, która od 35 lat podróżuje sama po Azji. To opowieści właśnie tej osoby słuchałyśmy godzinami i dopytywałyśmy o doświadczenia. Poznałyśmy się w nastrojowej restauracji z widokiem na Mekong. Już wieczór wcześniej wymieniłyśmy powitanie, co ośmieliło nas nawiązać kontakt następnego dnia. Po krótkiej rozmowie okazało się, że owa dojrzała Pani wylądowała w Laosie przez przypadek. Intuicja przywiodła ją do małego Champasak. Podczas rozmowy wyznała nam, że nie ma pieniędzy, a na tej małej prowincji nie ma bankomatu. I właśnie jej dylematem jest zamówić Beer Lao, czy sałatkę z owoców, bo stać ja tylko na jedno.

Marta zasugerowała, by zamówiła sałatkę, a my postawimy Beer Lao. I tak zrobiłyśmy. W rewanżu Australijska Nauczycielka raczyła nas opowieściami z podróży po Azji, tuż po rewolucji w Kambodży.

Nasze drogi splotły się raz jeszcze, przez przypadek następnego dnia, w mieście nijakim, w Pakse.






sobota, 15 września 2012

W drodze do miasta ważek

Do Vientiane przyleciałyśmy z opóźnieniem, ale na skrzydłach pachnącego nowością airbusa A320, który należał do rodziny Lao Airlines niespełna tydzień. Lot trwał 25 minut. Laos z lotu ptaka wyglądał jak magiczna kraina dobrych hobbitów, soczyście zielony i miękki jak dywan z mchu. Brunatny Mekong lśnił w słońcu i wił się wzdłuż kraju niczym błotny wąż.



W Vientiane mieszkałyśmy w hotelu Khamvongsa, w którym czułyśmy się jak w starym filmie. Biało-czarna posadzka, stary, duży, ciemny bar oraz leniwe wiatraki, cięły gorące powietrze, hipnotyzowały i przenosiły w czasie. Nastrój starych Indochin zawisł pod sufitem pięknego patio z bambusowymi stolikami, skrytymi pośród drzewek i palm rosnących wewnątrz. Na ścianach wisiały stare mapy i zdjęcia. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie gości w lnianych garniturach i słomkowych kapeluszach, na stoliku leżał stary analogiczny aparat ... w skórzanym futerale.

Nasz pokój był duży i przestronny, urządzony w podobnym, surowym klimacie z ogromnym łóżkiem pośrodku. Wewnątrz panował przyjemny chłód. Stolicy najbardziej ciekawa była Marta. Nurtowało ją komunistyczne miasto, więc bardzo szybko wyruszyłyśmy na spacer, zanim zasnęło w mroku.

Vientiane przypominało nieco khmerskie Phnom Penh, choć już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest bogatsze. Charakteryzowało się podobną niską zabudową, ale siedziby firm były szklane, bogate i zimne jak wszystkie stołeczne korporacje świata. Nad ulicami wisiały nisko splecione warkocze grubych kabli, jak w każdym azjatyckim mieście. Zmrok zapadł szybko. Po zachodzie słońca, gdy powietrze lekko się ochłodziło na ulice wylegli turyści i mieszkańcy miasta. W knajpkach zrobiło się tłoczno. Zjadłyśmy późną kolację i poszłyśmy spać. 
 
Vientiane przypominało nieco khmerskie Phnom Penh, choć już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że jest bogatsze. Charakteryzowało się podobną niską zabudową, ale siedziby firm były szklane, bogate i zimne jak wszystkie stołeczne korporacje świata. Nad ulicami wisiały nisko splecione warkocze grubych kabli, jak w każdym azjatyckim mieście. Zmrok zapadł szybko. Po zachodzie słońca, gdy powietrze lekko się ochłodziło na ulice wylegli turyści i mieszkańcy miasta. W knajpkach zrobiło się tłoczno. Zjadłyśmy późną kolację i poszłyśmy spać. 



Rano po wspaniałym śniadaniu, przy laotańskiej kawie, z gazetą Vientiane Post, w której znalazłyśmy artykuł o Polsce, wyruszyłyśmy na zwiedzanie miasta. Nie będę Was zanudzać nazwami kolejnych świątyń, bo tego dnia sama miałam ich dość. Wieczorem nadszedł czas na pakowanie. Nasz samolot do Pakse odlatywał już o 7 rano. Wstałyśmy przed 5, kiedy stolica pogrążona była jeszcze we śnie. Ty razem, znany nam dobrze ATR-ek odleciał o czasie. W Pakse znalazłyśmy kierowcę tuk-tuka, który za 10 razy więcej niż lokalny autobus, zawiózł nas do Champasak. To nie był interes życia, ale trudno... 
I tak dotarłyśmy do miasteczka, w którym nie było nic, a do którego tłumnie przybywali turyści, by zobaczyć antyczną Wat Pho


W celu zrefundowania nadwyrężonych funduszy, wynajęłyśmy skromny pokój. W miasteczku, w którym nie było nic, panował niemiłosierny upał. Szukałyśmy schronienia w cieniu. Zasiadłyśmy na tarasie nad Mekongiem, przy zimnym ryżowym beer Lao i każda z nas oddała się pisaniu w swoim własnym zeszycie.

I tak już piszemy od kilku dni, dla Was i dla siebie, by zapamiętać na dłużej, by nic nie umknęło i nie uleciało.

Champasak nazwałam miastem ważek. Te piękne owady z atramentowymi i czerwonymi skrzydełkami, latały stadami, dosłownie wszędzie. Dookoła słychać było tylko ich brzęczenie. 
 
W Laosie zgodnie z prawem wszystkie bary, knajpy i inne przybytki usługowe zamykane są o 23.30. Kiedy wszystkie inne azjatyckie miasta budzą się do nocnego życia, Laos zapada w głęboki sen, by zbudzony pianiem koguta, tuż przed świtem wziąć udział w ceremonii ofiarowania.
Byłyśmy już w połowie podróży, nasze organizmy były już całkowicie przestawione i domagały się snu o 21.00. Codziennie wstawałyśmy bardzo wcześnie, by uniknąć upału, który tu na południu, dawał nam się ostro we znaki. 



Drugiego dnia w ważkowym mieście wynajęłyśmy rowery i wyruszyłyśmy w głąb prowincji Champasak na poszukiwanie ruin antycznego khmerskiego miasta-państwa i pięknej Wat Phu. Dzięki temu, że wyruszyłyśmy wczesnym rankiem, udało się nam uniknąć tłumów turystów, przybywających klimatyzowanymi busami.


My upocone, ogorzałe od słońca i szczęśliwe, pedowałyśmy dalej mijając spokojne wioski, uprawne ziemie i ryżowe pole. Mijałyśmy ludzi pogrążonych w pracy, zajętych codziennymi czynnościami, machałyśmy roześmianym dzieciakom, odganiałyśmy śpiące na środku drogi ospałe krowy i psy. Jadąc powoli, kosztowałyśmy subtelnie nastrój tego kraju,  żyjącego w symbiozie z matką naturą i matką rzeką. Mekong daje życie i pożywienie. Jest też główną autostradą kraju. Z wszechobecnych portów, można popłynąć dalej, na łodzi, łódeczce lub promie. Pedałując coraz wolniej, witałyśmy z ludźmi, uśmiechając się szeroko tak jak oni do nas. Bo Ci ludzie wciąż się uśmiechają, pomimo strasznej historii, w której przyszło brać im udział.
W trakcie "amerykańskiej wojny" w Wietnamie, wujaszek Ho Chi Minh właśnie przez Laos, przeprowadził swój szlak.  To spowodowało notoryczne i bezlitosne bombardowanie Laosu przez Amerykanów. Statystyki mówią, że na ten niewinny kraj spadło więcej bomb niż podczas II wojny światowej na Europę. Bomby wybuchały co 8 minut, przez 9 lat. 
Po południu wybrałyśmy się na masaż do lokalnego spa. Po drodze zjadłyśmy kilka ugrillowanych na patyku wątróbek, w miejscu do którego nie dotarli turyści. Pani 'kucharka' nie rozumiała ani słowa po angielsku, co zupełnie nam nie przeszkadzało w porozumieniu się. Goszczono nas ciepło i serdecznie. Masując się po brzuchu pokazałam, wątróbki są przepyszne, czym wywołałam ogólny śmiech.
W ciepły, lepki wieczór nad Mekongiem pakowałyśmy się, by wyruszyć do Pakse. 

Na lekcji gotowania

Kolejny dzień w Mieście Mnichów położonym pomiędzy dwiema rzekami Nam Khan River a Mekongiem, spędziłyśmy na lekcji gotowania. Jak przystało na kucharzy z prawdziwego zdarzenia, zaczęłyśmy od zakupów na lokalnym bazarze. Miejsce to odurzyło nas zapachami, tymi przyjemnymi dla nosa i tymi, których nawet najtwardszy nos nie zniesie. 


Czego tam nie było... Świerze warzywa prezentowały całą gamę zieleni, egzotyczne owoce o najdziwniejszych kształtach i nazwach piętrzyły się w ułożonych stosach. Zapach chili drażnił nozdrza, a sos rybny powodował torsje. Słuchałyśmy pilnie Kucharza-Mistrza, gdy opowiadał o ziołach i ich zastosowaniu. Testowałyśmy lokalne potrawy, których nie serwują żadne restauracje. Smakowałyśmy przysmaki przyrządzane z wodorostów, jadłyśmy grzybowe chipsy, gorące kokosowe babeczki i wiele innych pyszności, dostępnych tylko w miejscu takim tak to. Bogactwo przypraw, ziół, warzyw i owoców dostępnych na takim bazarze powoduje zawrót głowy. 



Po zakupie dwóch kilogramów wysokiej jakości ryżu, który kilka dni później zjadły nam mrówki na Don Det, pojechaliśmy tuk-tukami kilka kilometrów za miasto, by w oazie spokoju oddać się sztuce gotowania. Dla każdego adepta szkoły kucharzenia przygotowane były fartuszki i ręczniki oraz stanowisko do przygotowywania potraw, wraz z osprzętem. Po umyciu rąk, przystąpiliśmy do pracy.



Kucharz-Mistrz najpierw omawiał danie, a później doglądał poczynań swoich podopiecznych. Zabawa była świetna. Przez kilka godzin, stworzyłyśmy cztery orientalne dania  i deser, wszystko to pałaszowaliśmy z dumą, przy specjalnie dla nas zastawionym stole. Deser z czerwonego ryżu, gotowany w mleczku kokosowym z owocami, zawładnął moją duszą. Na pożegnanie dostaliśmy przepisy i wróciliśmy do miasta. To był nasz ostatni wieczór w Luang Prabang. Rano wyruszałyśmy do stolicy Laosu-Vientiane.

Pomarańczowa Procesja

Kolejny dzień w Luang Prabang był uroczy i spokojny jak samo miasto. Zwiedziłyśmy wspaniały stary klasztor Wat Xieng Thong, którego, ozdobione mozaikami ściany mieniły się w słońcu jak kolorowe szkiełka w kalejdoskopie. W świątyni panował nieopisany spokój, w powietrzu unosił się nastrój magii i tajemniczości. Czułam się bezpieczna i ukojona. Przez małe okno, beztrosko wpadał snop światła, podrywając do tańca opiłki kurzu. Usiadłyśmy na wytartym, starym, czerwonym dywanie i wchłaniałyśmy zapach starego drewna i kwaśnego powietrza. Każda z nas była gdzieś indziej, choć obok siebie.



Wieczorem przepłynęłyśmy na drugą stronę Nam Khan River do jednej z najlepszych restauracji w mieście- Dyen Sabai.


photo by NaomiQYTL

Ukryta w cieniu bambusów knajpka, ustrojona migoczącymi światełkami, wyglądała zjawiskowo. Po wyborze stolika, co wcale nie było takie proste, zamówiłyśmy laotańskie BBQ. Kelner rozpalił ogień na jego środku, w specjalnie przygotowanym do tego miejscu. Kiedy węgielki żarzyły się pomarańczowym światłem, postawił na nich naczynie, w którym same miałyśmy gotować to, na co mamy ochotę. Była to jakby miska w misce, lub durszlak w misce. Wokół pływał bulion, a na wystającej części (durszlaka) układało się cieniutko pokrojone kawałki mięsa, które gotowały się w parującym bulionie. Do miski wrzuciłyśmy resztę składników, czyli świeży szpinak, morning glory, jajko, tofu i inne warzywa o niewiadomej nazwie. Zabawa była przednia, jedzenie wspaniałe. Ucztowałyśmy wśród kilkumetrowych bambusów, oświetlonych lampionami. Pod nami płynęła leniwie rzeka, czarna woda rozbudzała wyobraźnię. Niebo usiane było gwiazdami, odwrócony księżyc oświetlał wioślarzom drogę do brzegu po drugiej stronie.

Następnego dnia wstałyśmy przed wschodem słońca. Miasto pozornie wydawało się śpiące. Ulice były puste, sklepiki, knajpki i bary pozamykane. W każdym domu nieśmiało paliło się światło, w świeżym, porannym powietrzu unosił się zapach gotowanego ryżu. Tak pachnie Luang Prabang o poranku. Jak każdego dnia, Mieszkańcy gotowali ryż i przygotowywali dary na procesję mnichów. Kiedy dotarłyśmy na miejsce, już prawie świtało. Jedna z głównych ulic miasta, po obu stronach wypełniona była ludźmi. Laotańczycy siedzieli na matach z misternie przygotowanymi darami i najlepszej jakości ryżem skrytym w bambusowych koszyczkach. Turyści zaspani, lecz w gotowości z naładowanymi aparatami niecierpliwie czekali na strzał.


Specyficzną ciszę i nastrój oczekiwania przerwał gwałtownie jednostajny rytm wygrywany na bębnach. W ich monotonnym brzmieniu, spokojnym krokiem szli mnisi. Każdy w pomarańczowej szacie z pustą misą, zawieszoną na ramieniu. Bosymi stopami przemierzali ulice miasta, by zebrać posiłek, który będzie tylko tym jednym na cały dzień aż do jutra i kolejnej procesji. Były ich setki. Pomarańczowy łańcuch zdawał się nie mieć końca. Szli w ciszy, młodzi i starzy, wszyscy otuleni w pomarańcz. Laotańczycy wrzucali do mis kuleczki ryżu i owoce, licząc na błogosławieństwo, zmniejszenie ilości wcieleń i osiągnięcie ostatecznego stanu nirwany.





Po zebraniu darów, mnisi wracają do klasztorów i świątyń, mieszkańcy do swoich zajęć, turyści do łóżek. Miasto budzi się w ciszy odchodzących bosych stóp.
I tak od setek lat, tuż przed wschodem słońca, Luang Prabang pachnie gotowanym ryżem a ulice miasta wypełnia pomarańczowa procesja buddyjskich mnichów.