piątek, 6 marca 2015

Good Morning Vietnam in 2015 year!

Saigon 01.01.2015

Poranek 1-go stycznia w Saigonie był słoneczny i ciepły. Wyruszyłyśmy zaraz po śniadaniu, pełne energii po filiżance wietnamskiej kawy ze słodkim, skondensowanym mlekiem. Dla mnie najlepszej kawy na świecie. Po wieczornym teście sprawności, czyli pokonywaniu saigońskich ulic bez zielonego światła, odważnie wtapiałyśmy się w potok sunących skuterów. Nie straszne nam były trąbiące autobusy, rozpędzone motory czy szaleni rowerzyści. Pewnym krokiem wchodziłyśmy na zapełnione do granic ulice w celu przejścia na drugą stronę. 



Spacerując w palącym słońcu i lepkim smogu, dotarłyśmy w  klapkach z obtartymi stopami do Muzeum Wojny. Dostojny gmach budynku, otwarty na cztery strony Świata, przyciągał turystów wszelkiej maści pomimo noworocznego spragnienia. Przed budynkiem znajdowały się militarne skarby Armii USA z czasów wojny w Wietnamie. Dziesiątki turystów pozowało do zdjęć przy uśpionym helikopterze, który czasy boju na szczęście ma już za sobą. Muzeum choć otrzymało wiele światowych nagród, choć z oczywistych powodów przedstawia jedną stronę wojny. 




Oglądając zdjęcia prasowe z lat 1964-1974, poznając bliżej osobowości Reporterów, przedstawionych na krótkich opisach, doceniłam jeszcze bardziej profesjonalizm ich pracy. Doskonałe zdjęcia, choć w bieli i czerni były prawdziwe do bólu. Pozbawione koloru emanowały cierpieniem, krwią, zmęczeniem i smutkiem. Te nieruchome fotografie przeniosły mnie natychmiast w tamte krwawe czasy, kiedy głód i śmierć spowijały Wietnam. To właśnie zdjęcia wzbudziły we mnie najwięcej emocji. W tamtej chwili, w klimatyzowanej, zatłoczonej sali Muzeum Wojny doznałam smutnego wrażenia, że sztuka reporterska na tym poziomie nieuchronnie zamiera. 

    zdjęcie z internetu


             zdjęcie z internetu
 
zdjęcie z internetu

W ostatniej sali Muzeum Wojny przedstawiono zdjęcia ofiar bomb napalmowych zrzucanych w trakcie wojny przez wojska amerykańskie. Obrazy ofiar, zdeformowanych dzieci, chorych ludzi, zniekształconych ciał, były tak straszne, że nie mogłam na nie patrzeć. Duże formaty fotografii potęgowały wrażenie.

Wyszłyśmy w ciszy, chowając się przed zgiełkiem w cieniu helikoptera. W głowie odbijało mi się tylko jedno pytanie "jak oni mogli im to zrobić"? Potężny helikopter stał uśpiony w słońcu jak wojownik w letargu, gotowy zbudzić się do walki w każdej chwili. W wyobraźni usłyszałam głośny huk młócących powietrze śmigieł ....


Wojna w Wietnamie trwała 18 lat. Od 1962 roku Stany Zjednoczone postanowiły "aktywnie poprzeć" zbrojnie i finansowo antykomunistyczny rząd Wietnamu Południowego. Zginęło w niej prawie trzy miliony ludności, w tym głównie ludność cywilna. Do dziś Wietnam jest najbardziej zaminowanym krajem na świecie. Po dziś dzień w wybuchach ginie lub ulega kalectwu ponad tysiąc osób rocznie. 

W Saigonie "wojna amerykańska" (tak nazywają ja miejscowi) stała się swego rodzaju towarem na sprzedaż. Sprzedaje się bardzo dobrze i z biegiem lat budzi coraz mniej kontrowersji spoczywając na ciężkich kartach historii.

Na co dzień w Saigończykach nie widać już cierpienia, smutku czy bolesnych wspomnień. Życie toczy się dalej, choć pewnie każda z rodzin ma swoją historię i krew na rękach. Ci co walczyli pamiętają, bo zapomnieć się nie da, o czym miałyśmy się przekonać już następnego dnia w tunelach Cu Chi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz