czwartek, 28 stycznia 2010

Vomitus, delfiny i Mekong ;-)

22.11.2009
Do Kratie przybyłyśmy dwa dni temu późnym popołudniem. Ponad ośmiogodzinna podróż z Phnom Penh, tak dała mi się we znaki, że resztę dnia spędziłam zamknięta w hotelowej łazience. Po 2 tygodniach podróży, dopadło mnie azjatyckie zatrucie. Jak to bywa w tropikach, takie choroby są dość intensywne i męczące, ale trwają na szczęście tylko jeden dzień. Kiedy ja "umierałam" w dość obskurnym pokoju, Marta robiła rekonesans nowego miejsca. Następnego dnia, trochę osłabiona po wibracjach żołądka, ale już zdrowa, byłam gotowa na nową przygodę i spotkanie z delfinami.

Nad Mekongiem

Kratie to mała prowincja na wschodzie Kambodży, która słynie przede wszystkim z swoich honorowych mieszkańców - delfinów rzecznych  - Irrawaddy Dolphins. W czasach dyktatury Czerwonych Khmerów,  te piękne stworzenia były zabijane dla tranu. Przez granaty wrzucane w Mekong, populacja delfinów o mało nie wyginęła. Dziś delfinie rodziny odrodziły się tak jak całe to państwo i żyją szczęśliwe w mętnej wodzie Mekongu. To właśnie one, przyciągają tutaj turystów, którzy tak jak my wypływają łodziami na środek rzeki ,by zobaczyć ich radosne igraszki o zachodzie słońca. Na łodzi była nas piątka: my dwie, para Holendrów + kapitan. Płynęliśmy nie wiedząc czego się spodziewać. Aparaty były gotowe i zniecierpliwione by uchwycić choć nosek lub płetwę tych cudnych stworzeń. Widok Mekongu, krajobraz wokół i cisza mącona jedynie pluskiem wody o burtę, spowodowały, że na chwilę zapomnieliśmy po co tam jesteśmy.

Mekong

Uśpieni, zrelaksowani, rozmarzeni płynęliśmy przez glinianą rzekę i nagle pojawił się pierwszy delfin. Trudno opisać uczucia na jego widok. Byłam podniecona, szczęśliwa i już zupełnie zapomniałam, że coś wczoraj mnie bolało. Z czasem pojawiły się następne. Pływały raz bliżej, raz dalej, raz same, w parach lub całą rodziną. Słońce schodziło coraz niżej. Mekong wydawał się pomarańczowy, a delfiny bawiły się z nami w kotka i myszkę. Wypływały raz z prawej, raz z lewej strony i chowały się w głąb tej pięknej rzeki, budzącej respekt. W takich miejscach jak to, na łodzi, na środku rzeki, gdzie obok mnie pływają delfiny, czuję się wolna, bezpieczna i szczęśliwa.
                   
  Irrawaddy Dolphins 
Irrawaddy Dolphins

Dziś przepłynęłyśmy promem, na drugą stronę Mekongu. Pokonałyśmy kilkadziesiąt metrów z rowerem na plecach, po wysuszonym leju rzeki. Upocone i umęczone, dotarłyśmy na wyspę Ko Treung, gdzie czas się zatrzymał. Przekroczyłyśmy rzekę, ale też jakąś niewidzialną granicę. Niebo nad Mekongiem wyglądało jak z dziecięcych malowanek. Radosne chmurki, wolno sunęły po błękitnym niebie. Mętna, gliniana rzeka, raz się pojawiała, raz znikała wśród drzew w trakcie jazdy po wyspie. Po obu stronach drogi, wyrastały przed nami charakterystyczne khmerskie domki na palach, schowane w cieniu bananowych ogrodów.

Ko Treung

 
Ko Treung

Ciszę przerywały jedynie radosne, subtelne okrzyki miejscowych dzieci. Z drzew, z domów, z krzaków, zewsząd machały nam małe rączki i brzmiało wdzięczne "hello".

Ko Treung

Ko Treung

Jechałyśmy wolno, oblepione pomarańczowym kurzem. Prowadziły nas motyle tak barwne i duże jak podstawki pod filiżanki. Co jakiś czas, drogę zatarasowała nam uśpiona upałem krowa lub kura z małymi kurczakami, które wystraszone rowerami, rozbiegały się na boki. Jechałyśmy przez krainę kokosów, bananowców, drzew chlebowych, gdzie człowiek i przyroda tworzą jedność. Mijani ludzie uśmiechali się do nas gościnnie i szczerze. Mijałyśmy pola uprawne, gdzie całe rodziny w wiklinowych kapeluszach pracowały nad plonami.

Ko Treung

Dotarłyśmy na skraj wyspy, do świątyni. Zatrzymałyśmy się na chwilę, by napić się wody, zrobić kilka zdjęć i odpocząć. Rozpieszczając oczy, rozpościerającym się przed nami Mekongiem, usłyszałyśmy cichutkie - "hello". Obok nas stał kilkuletni chłopiec, zaciekawiony jak każde dziecko na świecie. Zaczęliśmy rozmawiać w stary,  niezawodny sposób, czyli trochę po angielsku, resztę całym ciałem i dłońmi. Cała nasza trójka wypowiedziała swoje imiona. Mały Hu, był bardzo zainteresowany aparatem fotograficznym, więc Marta zrobiła mu zdjęcie i oczywiście je pokazała, co sprawiło mu ogromną radość. Przypomniało mi się, że jak zwykle, mam w plecaku cukierki, czyli mniam-mniam (w międzynarodowym języku), więc podarowałam Hu kilka.  On w zamian, pomógł mi z moją oporną stopką przy rowerze, kopiąc w nią dziarsko, aż odskoczyła na swoje miejsce. Prawdziwy mężczyzna.

Mały dzielny Hu

Wytyczona ścieżka, zaprowadziła nas do promu. Z oddali widziałyśmy, że wypełnia się ludźmi, co oznacza, że niebawem odpłynie. Bo tutaj nie ma rozkładu, czas płynie wolno, niespiesznie. I znów, przez piaszczystą, spękaną, wysuszoną rzekę,  brnęłyśmy z rowerami, które z każdą chwilą stawały się coraz cięższe.


 Mekong

Cały prom, czyli zdezelowana, drewniana, nieco większa łódź, czekała na nas wraz z lokalnymi pasażerami. Płynęłyśmy do Kratie, gdzie życie toczy się wokół miejskiego marketu, a kilkunastu turystów odpoczywa w małych knajpkach przy piwie, bo kucharz śpi i teraz nie można zamówić jedzenia.

 Kratie

 
Kratie Market

Tutaj kobiety i dziewczynki całymi dniami chodzą w słodkich pidżamkach w misie, w serduszka i kwiatuszki, w landrynkowych kolorach.

środa, 13 stycznia 2010

Motorowe miasto

19.11.2009
Do Phnom Penh wracałyśmy kilka razy, czy nam się to podobało czy nie. Gdziekolwiek chcesz jechać podróżniku, transfer masz w stolicy. Po kilku takich pobytach i powrotach, zaczynałam mieć dosyć stołecznego chaosu. Na każdym wolnym metrze, stoi tuk-tukowiec i nagabuje tyle razy ile razy go mijasz. Po godzinie masz szczerze dosyć i zaczynasz być niemiła. Kilka miejsc, które chciałyśmy zobaczyć znajdowało się w okolicy, zamieszkałej przez nas, spokojnej 57 Street. Bojkotowałyśmy więc usługi tuk-tukowców, motodriverów i taksówek i poruszałyśmy się na własnych nogach.

Royal Palace, Phnom Penh


Royal Palace, Phnom Penh
Zwiedziłyśmy w Phnom Penh rzeczy obowiązkowe, czyli Royal Palace i Silver Pagoda. Nie wiem co mam napisać bo nie zrobiły na mnie zbyt dużego wrażenia. Być może zbyt wiele oczekiwałam. Spodziewałam się takich wspaniałości jak w tajskim Grand Palace. Tu było dużo skromniej, dzikie tłumy turystów i zero nastroju. Na zdjęciach wszystko wygląda pięknie i z całą pewnością jest, ale ja doskonale pamiętam przeżycia z tajskiego kompleksu świątyń. To była gama emocji i przeżyć. Tajski Grand Palace to emanująca duchowość, misterne zdobienia i wszechogarniający spokój. Z Royal Palace zapamiętałam jedynie piękną salę koronacyjną, żółtozłociste dachy i cztery twarze na stupie pałacu.

Royal Palace, Phnom Penh

Miałyśmy już szczerze dosyć Phnom Penh. Z radością czekałyśmy na wyjazd do spokojnego, prowincjonalnego Kratie. Następnego dnia rano, wyruszyłyśmy kolejnym autobusem, w następną podróż, która tym razem mnie powaliła.

Phnom Penh


Royal Palace, Phnom Penh

wtorek, 12 stycznia 2010

W objęciach Angkoru

16.11.2009
Wcześnie rano, po pysznym śniadaniu, podanym przy basenie, przy pierwszych promieniach słońca czekały na nas wypożyczone rowery. Otrzymałyśmy mapę Angkoru i dokładne wskazówki dojazdu do głównej bramy. Bajeczny Angkor można zwiedzać na kilka sposobów: tuk-tukiem, samochodem, busem i rowerem. Wyznaczone są dwie trasy dla zwiedzających: mała ok. 12 km i duża ok. 30 km. Bilety można kupić na 1 dzień, 3 dni i tydzień. Nasz 3-dniowy bilet kosztował 40$. Przy kasie zapozowałyśmy do zdjęcia (bez rowerów), które było wydrukowane na bilecie i pełne emocji wyruszyłyśmy w drogę. Upał był niemiłosierny, słońce paliło ostro pomimo wczesnej godziny. Plecaki z zapasem wody i aparatem z obiektywami, z minuty na minutę stawały się coraz cięższe. Nic się jednak nie liczyło. Najważniejsze było to, że z każdym kilometrem zbliżałyśmy się do jednej z najsłynniejszych świątyń świata - Angkor Wat. Jechałyśmy wyznaczona ścieżką, wśród wysokich drzew. Mijałyśmy stare, malownicze baseny wodne. Po kilkunastu minutach jazdy wyrosła przed nami brama Angkor Wat...

Angkor Wat, Siem Reap 

Charakterystyczny szary kamień zapraszał do wejścia. Zaparkowałyśmy rowery i prawie biegiem udałyśmy się do świątyni. Już sama brama była dziełem architektury. W pustych oknach korytarzy zobaczyłyśmy Angkor Wat w całej okazałości. Stał dumny, majestatyczny, tajemniczy, nieodgadniony. Szara elewacja kontrastowała z otaczającą zielenią. Nie mogłam uwierzyć, że Go widzę. Był piękny i ogromny. Nie potrafię opisać wrażeń. Stałam przed jedną z najpiękniejszych świątyń świata. Patrzyłam na Angkor Wat - dumę Kambodży, wizytówkę tego kraju, tajemniczą kartę historii.

Grzybek i Angkor Wat, Siem Reap 

Angkor Wat powstał w 1113 do 1150 r. n.e., za panowania Suryavarmana II, zbudowany ku czci bóstwa Wisznu. Niszczony i odbudowywany przez lata. Dziś nadgryziony zębem czasu, miejscami zabezpieczony przed tłumami turystów z kraju i całego świata.
O Angor Wat można by pisać długo. Zwiedzałyśmy grafitowe korytarze, szare galerie, historyczne schody, tajemnicze zakamarki przez dwie godziny. W upiornym upale, z tłumem turystów w każdym kącie świątyni trudno o klimat i duchowy nastrój, choć świątynia sama w sobie jest dziełem jedynym w swoim rodzaju.
Zawsze w takich miejscach jak to, beczę jak pszczoła i dziękuję losowi, że dane mi było to zobaczyć, nie w albumie ze zdjęciami, nie w książce, czy na martwym ekranie telewizora, ale na własne oczy, które zapamiętają to do końca życia.

Olodum i Angkor Wat, Siem Reap

Opuściłyśmy Angkor Wat, kilka razy oglądając się za siebie i ruszyłyśmy dalej. Po kilku minutach jazdy, poczułyśmy na sobie czyjś wzrok. To spokojne twarze Bayonu, spoglądały na nas z charakterystycznym khmerskim uśmiechem. Kamienne kolosy patrzyły na nas, uśmiechały się i zapraszały do swojej świątyni, której strzegą od setek lat. Przyjęłyśmy zaproszenie i wniknęłyśmy w grafitowe zaułki, by schronić się od palącego słońca i tłumów zwiedzających. Tu, w zakamarkach kamiennych korytarzy, odnalazłyśmy ciszę i spokój. Nawet lekki, chłodny wiatr znalazł tu schronienie i rozpieszczał naszą rozgrzaną skórę. Chwilami zapadała niebiańska cisza, pełna nastroju i tajemniczej niesamowitości. 216 pięknych twarzy Bayonu, oprowadzało nas po świątyni, równie pięknej i mistycznej jak osławiony Angkor. Podziękowałyśmy za gościnę szczerym uśmiechem i ruszyłyśmy dalej przez dżunglę, prowadzone głośnym dźwiękiem klekoczących owadów. Były ich tysiące, ukryte w konarach wysokich drzew. Wygrywały wspólnie jakiś, tylko im znany rytm, tworząc niesamowitą kakofonię brzmień, które jak werble ogłaszały nadejście przygody.

Bayon, Siem Reap 

Jechałyśmy drogami, glinianymi ścieżkami, mijałyśmy pola uprawne, małe wioski, co jakiś czas zatrzymując się by zrobić zdjęcie i zwiedzić kolejną, piękną świątynię. Na naszej rowerowej trasie było ich wiele. Każda inna, każda wyjątkowa, z własną historią i  tajemnicą. Czym dalej jechałyśmy, tym mniej turystów spotykałyśmy. Pojedyncze osoby, tak jak my wybierały dłuższą trasę, by cały dzień obcować z cudami architektury i duchem tamtych czasów.

Marta - Olodum w drodze przez Angkor ...



Grzybek po czerwonych drogach Kampuczy ...

Ta Som 

Dzień mijał bardzo szybko, słońce zniżało się ku zachodowi. Coraz bardziej czułyśmy zmęczenie. Na końcu trasy czekała nas nagroda. Jak dziecko, nie mogłam się doczekać by zobaczyć Ta Prohm. Świątynia drzewo, świątynia dżungla ze ścianami z korzeni kolosalnych drzew, omszała, magiczna, niesamowita, bajkowa ukazała się przed nami. Mury wyparte przez korzenie chyliły się tajemniczo, uginały pod ciężarem dżungli, która szumiała, grała i rosła głośno, chcą ostatecznie pochłonąć stare ściany. Wielkie i grube korzenie, jak tłuste węże wpełzały pomiędzy szaro-zielonkawe mury. Oplatały, wiły się, wrastały w same trzewia duszy świątyni.



Ta Prohm, Angkor, Siem Reap

Wyjątkowości, piękna i mistycyzmu tego miejsca nie da się opisać. Tam trzeba być, patrzeć, słuchać, poczuć i dotknąć serca świątyni, której bije głośno w rytm serca dżungli.
Ta Prohm wprowadza cię w magiczny trans, narkotyzuje swoim nastrojem, wypełnia serce niezapomnianym uczuciem. Ta Prohm jest jak najpiękniejszy zachód słońca, jak niebiańska plaża, jak najjaśniejsza gwiazda, która świeci oślepiającym, szmaragdowym blaskiem.
Słońce zachodziło, miałyśmy niewiele czasu na powrót przed zmrokiem i kilka kilometrów do domu. W tropikach  zmrok zapada nagle; jakby ktoś zaciągnął czarną kotarę na niebo.Przy rowerach nie było świateł, drogę powrotną coraz trudniej było rozpoznać. Opuściłyśmy teren Angkoru i jechałyśmy dalej w kierunku Palm Village. Nagle zrobiło się zupełnie ciemno, zapamiętane wcześniej newralgiczne punkty, gdzieś zniknęły w mroku i tumanach kurzu. Na drogach roiło się od motorów, tuk - tuków i  samochodów. Wszyscy spiesznie wracali do domów. Dopadło nas skrajne zmęczenie i wątpliwości czy jedziemy w dobrym kierunku. Czerwone drogi nie mają nazw, domki na palach nie mają numerów, mapka stała się zbędna. Z dala od punktów turystycznych ludzie nie mówią po angielsku, nie było kogo zapytać o drogę. Na skrzyżowaniu dróg straciłyśmy pewność siebie i nie wiedziałyśmy gdzie jechać. W stary niezawodny sposób, czyli na migi dogadałyśmy się z miejscowym, który wskazał nam drogę. W zupełnych ciemnościach, otoczone czarną masą, dotarłyśmy do naszej bambusowej wioski, która otuliła nas spokojem i bezpieczną ciszą. Szczęśliwe, spełnione, zmęczone i pełne niezapomnianych wrażeń poszłyśmy spać, po długim, niesamowitym dniu.


w drodze ... 




To w drogę ..

15.11.2009
Opuściłyśmy Phnom Penh na kilka dni, by wyruszyć do Siem Reap. Tam czekała nas przygoda, której z pewnością nie zapomnimy do końca życia.

Marta - Olodum gdzieś w drodze do Siem Reap

W Siem Reap  mieszkałyśmy z dala od miasta, w pięknym, bajecznym kurorcie Palm Village. Odpoczywałyśmy od miejskiego zgiełku w bambusowym domku nad basenem, wśród bananowych drzew i pachnących kwiatów.
http://www.palmvillage.com.kh/index.html

Oliwka - Grzybek w Palm Village, Siem Reap

Palm Village, Siem Reap

Późnym popołudniem pojechałyśmy tuk-tukiem do centrum, by bliżej poznać Siem Reap. Przyjemne małe miasteczko, żyjące głównie z turystyki powitało nas tysiącem klimatycznych knajpek, barów i restauracji. Każda miała do zaoferowania pyszne, zimne piwko o dumnej nazwie Angkor i dziesiątki wspaniałych, prostych i wyszukanych potraw khmerskiej kuchni. Rozpieściłyśmy żołądki, ugasiłyśmy pragnienie a dusze poddały się nastrojowi migających świateł i egzotycznych zapachów.

Siem Reap

Siem Reap

W Siem Reap poczułyśmy urlop, odpoczynek i spokój. Po spacerze na nocnym bazarze i małych zakupach wróciłyśmy do naszej palmowej wioski by odpocząć przed tak ważnym dla nas dniem.

Siem Reap

Duchy przeszłości

14.11.2009
Sobotni dzień, pierwszy w Kambodży spędziłyśmy na spotkaniu z historią.  Niestety smutną historią. Wczesnym rankiem wynajęłyśmy tuk-tuka by pojechać na Pola Śmierci - Killing Fields, oddalone od miasta kilkanaście kilometrów. Pola Śmierci to teren dawnego chińskiego cmentarza, który w czasach reżimu Pol Pota był miejscem masowych morderstw khmerskiej ludności. Kilka razy w tygodniu przywożono tam ludzi w jednym celu - by ich zabić. Zabijano natychmiast, tuż po wyjściu z ciężarówki. Czerwoni Khmerzy nie używali broni do zabijania, by oszczędzać kule. Mordowali z zimną krwią, masakrując ludzkie głowy. Na jednym z drzew wisiał głośnik, który zagłuszał krzyki katowanych ludzi. Na Polach Śmierci zabijano wszystkich, mężczyzn, kobiety i dzieci. Jedno z drzew było specjalne, przeznaczone tylko do mordowania dzieci. O jego pień żołnierze Pol Pota roztrzaskiwali dziecięce główki.
Dziś Pola Śmierci porośnięte są soczystą zielenią. Masowe groby z setkami zwłok niewinnych ludzi, porosła świeża trawa. Idziesz wydeptanymi, wąskimi ścieżkami, ostrożnie by nie nadepnąć wystających z ziemi resztek ubrań zabitych ludzi. Nie możesz uwierzyć, ale Oni naprawdę tam są. Pochowani głęboko, uśpieni na zawsze, zabici za nic. Tysiące ludzi wrzuconych niedbale w mokrą ziemię. Zakopani by więcej nie krzyknąć. Powietrze ma kwaśny zapach stęchlizny.
W niewielkim muzeum oglądamy krótki film o odkryciu tego miejsca. Na sali panuje grobowa cisza. Para starszych ludzi nie ukrywa wzruszenia. Na ekranie tysiące czaszek, drobnych kości oblepionych czerwonym błotem.
Zaraz za główną bramą, wyrasta wielka biała stupa. Z daleka wygląda jak inne. Dopiero podchodząc bliżej widzimy, że wypełniona jest ludzkimi czaszkami. Podzielona na półki. Kobiety 20-40 lat, mężczyźni 30-60 lat.Wielka piramida cierpienia, postawiona by pamiętać, nie zapomnieć i nigdy więcej do tego nie dopuścić.
Wszystko zaczęło się w 1975 r., kiedy Czerwoni Khmerzy opanowali państwo. Rozpoczął się rok 0 - nowa historia rewolucyjnej Kampuczy. Na czele "nowego" państwa, fanatycznego reżimu stanął Pol Pot (Saloth Sar). Człowiek będący w młodości mnichem buddyjskim, który ukończył francuską Sorbonę, przez kilka lat zdusił ducha swojego kraju, zmiażdżył serce Kambodży, zmazał khmerski uśmiech z ludzkich twarzy i zabił 1/3 ludności.
W czasach rządów Pol Pota zakazane było dosłownie wszystko. Przede wszystkim pielęgnowanie tradycji, wyznawanie religii i czytanie książek. W roku 0 miejska ludność była masowo wysiedlana na wiejskie tereny i zmuszana do ciężkiej pracy. Ci którzy, nie chcieli opuścić swoich domów byli zabijani na miejscu. Chora ideologia Pol Pota miała przede wszystkim wyniszczyć intelektualistów, lekarzy i ludzi wykształconych. Obywateli noszących okulary zabijano. Reszta społeczeństwa pracowała ciężko w okrutnych warunkach za miskę ryżu. Kambodża umierała, gasła w zastraszającym tempie. Ludzie umierali z głodu i chorób. Inni ze strachu, by przeżyć przyłączali się do Czerwonych Khmerów, ślepo wierząc, że jest to jedyne wyjście.
W Phnom Penh w jednym z liceów przy ulicy Tuol Sleng, Pol Pot stworzył jedno z najokrutniejszych więzień w historii. Tysiące kobiet i mężczyzn było tam torturowanych i w brutalny sposób zmuszanych do nieprawdziwych zeznań. Liceum - więzienie, czyli S-21, było naszą kolejną lekcją historii. Ciasne, ciemne cele, narzędzia tortur, tysiące zdjęć niewinnych ludzi, katowanych z zimną krwią w imię rewolucji.

Tuol Sleng S-21, Phnom Penh

Z całego dnia mamy tylko dwa zdjęcia - dwie fotografie budynku liceum. Ani na Polach Śmierci, ani w S-21 nie byłyśmy w stanie fotografować dowodów tych strasznych zbrodni. Nie możemy zrozumieć ludzi, którzy biegali z aparatami i kamerami, uwieczniając wszystko jak szczęśliwe chwile z urlopu nad morzem.

Tuol Sleng S-21, Phnom Penh

Przy stupie czaszek na Polach Śmierci, jedna z turystek poprosiła Martę, by zrobiła jej zdjęcie na tle "czaszkowej piramidy". Marta spytała cynicznie "Are you sure?". Dziewczyna odpowiedziała głupim uśmiechem. Zdjęcie zrobione, turystka szczęśliwa, my zniesmaczone.
"Wyzwolenie" Khmerów przyszło od sąsiedniego Wietnamu w 1979 r. Pol Pot uciekł do dżungli, przy granicy z Tajlandią i tam po kilkunastu latach zmarł śmiercią naturalną, nie ponosząc żadnych konsekwencji swoich krwawych rządów.
Kiedy 02 listopada 1979 r., dziennikarz Tiziano Tarzani przybył na granicę tajlandzko - kambodżańską, usłyszał od tajskiego żołnierza: "podążaj za smrodem trupów, a trafisz do Kambodży". Wtedy Kambodża była jednym, wielkim cmentarzem. Ludzie umierali przy drogach, na polach, w prowizorycznych chatkach. Umarła kultura, duchowość, wiara i uśmiech. Pol Pot zabił wszystko, co w jego kraju było najpiękniejsze. Dziś podróżując po czerwonych drogach Kambodży, poznajemy kraj odrodzony, soczysty i kolorowy. Spotykamy ludzi szczerych, ciepłych i uśmiechniętych. Drogi są czerwone, jakby wsiąkła w nie krew historii, ale przyroda, miasta i wioski tętnią życiem i świeżością.  Dziś Kambodża pachnie egzotycznymi kwiatami, słodkimi owocami i świeżą bagietką.


Welcome to the Kingdom of Wonder

13.11.2009
Stolica Kambodży Phnom Penh  przywitała nas uroczym małym lotniskiem, gdzie wszystko było razy 3. Trzy rękawy (mosty łączące samolot z portem), trzy taśmy bagażowe i nawet w toalecie były trzy kabiny, a na postoju czekały trzy taksówki. Obległo nas więcej niż trzech tuk-tukowców, oferujących dowóz do miasta z a 7$. Po pierwszym szoku wybrałyśmy jednak taksówkę z 9$ i ruszyłyśmy w miasto na spotkanie z Kambodżą, dla nas nieznaną i nieodkrytą.

57 Street, Phnom Penh, widok z balkonu Goldie Boutique Guesthouse    
   
Po kilkunastu minutach jazdy utknęłyśmy w korku. Normalne, szerokie ulice, których według zebranych wcześniej informacji miało tu nie być, były totalnie zakorkowane przez nadciągające zewsząd samochody, tuk-tuki i oczywiście motory. Ta część Azji ewidentnie zwariowała na punkcie tych jednośladów. Jeżdżą nimi wszyscy, młodzi, starzy, biedniejsi, bogatsi, dosłownie wszyscy. Motory są tak kolorowe i "wypasione" jak u nas auta. Spełniają się w tych warunkach doskonale i bynajmniej nie są, jak myślimy  dla dwóch osób. Jeżdżą nimi całe rodziny, max. naliczyłam pięć osób na jednym motorze. Przewozi się nimi wszystko: pasażerów, kilogramy towarów, kilkanaście świnek, inny motor. Można także jechać na motorze  z podłączoną kroplówką. Ten widok pamiętam z pierwszych świateł, na przedmieściach Phnom Penh.


  Phnom Penh

Kiedy dotarłyśmy do hostelu było już późno. Ulice stolicy były ciemne i nieoświetlone. Trudno było się zorientować gdzie jesteśmy i jak tu właściwie jest. Zrobiłyśmy sobie krótki spacer po okolicy i instynktownie wybrałyśmy restaurację pełną miejscowych. Khmerskie potrawy okazały się gamą delikatnych smaków o zapachu świeżej Azji. Kuchnia Kambodży rozpieszcza, bawi i już od pierwszego kęsa zabiera w podróż po kolorowej krainie przypraw.

Independence Monument, Phnom Penh