czwartek, 3 września 2015

"Adventure with the Vietnamese Kitchen" - "cuộc phiêu lưu với nhà bếp Việt"

Trzeciego dnia naszej wizyty w Hoi An, po wspaniałym wietnamskim śniadaniu w Green Tea Guest House, wyruszyłyśmy podekscytowane na długo oczekiwaną lekcję gotowania. Tradycyjnie, lekcja rozpoczęła się na lokalnym bazarze, który mijałyśmy kilkakrotnie w ciągu dnia. Kupiłyśmy zioła, przyprawy, owoce, warzywa oraz cały koszyk niesamowitości, które były niezbędne do przyrządzenia sześciu dań, które wybrałyśmy do nauki. To był wspaniały dzień!





Z torbą pełną zakupów stawiłyśmy się punktualnie w Restauracji Gioan, gdzie czekał na nas przygotowany stół, dwa fartuchy, komplet lekko stępionych noży (chyba dla bezpieczeństwa), długie pałeczki do gotowania oraz cała gama niezbędnych produktów. Nasza Nauczycielka okazała się być drobna, rezolutna, uśmiechnięta Dziewczyna ... lubiąca śpiewać.


Zabawa w Wietnamską Kuchnię trwała kilka godzin. Słuchałyśmy pilnie wytycznych naszej Szefowej i skrupulatnie wykonywałyśmy swoje zadania. Z naszych garnków, patelni, miseczek, talerzyków i rondelków unosił się doskonały, azjatycki zapach. Próbowałyśmy wszystkiego, dotykając nieśmiało językiem drewnianej pałeczki. Przez otwarty nad restauracją sufit, wypływał zapach gotowanych przez nas dań. Zaciekawieni ludzie zaglądali do środka.



 
W kucharskich mini-książkach z przepisami, opisane były wszystkie czynności krok po kroku, niemal co do sekundy, bo w Kuchni Wietnamskiej sekundy są na wagę złota. Dowiedziałyśmy się jaki papier ryżowy wybrać, by sajgonki nie były zbyt tłuste. Jak gotować Pho, by była klarowna. Co robić, aby warzywa w sałatce były chrupiące.

Po wspólnym krojeniu, siekaniu, tarciu, mieszaniu, obieraniu, smażeniu, gotowaniu, przyszedł czas na jedzenie. Posprzątałyśmy stół z przyrządów, oczyściłyśmy blat i zasiadłyśmy w trójkę do wspólnej uczty z sześciu dań. 


Od smaków i zapachów kręciło się w głowie. Kubki smakowe zwariowały ze szczęścia i niczym motyle w brzuchu, mrowiły w język. Dania były pyszne, jednocześnie proste i wykwintne. Objadałyśmy się wzdychając i mrucząc z radości i satysfakcji. Byłyśmy z siebie dumne. Gotowanie było przyjemne i proste. Spod naszych dłoni wyszły same dzieła. 



Śpiewałyśmy wspólnie ośmielone naszą Szefową i jadłyśmy wspaniałe dania Kuchni Wietnamskiej. To był na prawdę, wspaniały dzień.

Pod koniec urlopu, gdzieś w jakimś barze, Marta spytała mnie - gdzie jadłam najlepsze jedzeni w tej podróży. Z dumą odparłam, że w Hoi An na lekcji gotowania, to które same gotowałyśmy. Marta przyznała mi rację, przybiłyśmy piątkę i stuknęłyśmy się kufelkami zimnego piwa.


W Mieście Świateł

Do Hoi An dotarłyśmy pociągiem. Miasto powitało nas feerią barw i tysiącem kolorowych latarni odbijających się w tafli rzeki. W utworzonych przez światło impresjach, wolno płynęły po wodzie małe świeczki otulone kolorowymi, papierowymi latarenkami. Z okolicznych barów i restauracji sączyła się nastrojowa muzyka i gama nowych zapachów. 


  
Mostek Japoński zbudowany na małym kanale rzeki wyglądał jak świetlista brama do krainy baśni. Był jak magiczne przejście do innego świata. Kolorowe lampiony uczepione drzew, kabli, dachów, krzewów nadawały miastu klimat sprzed lat. 


Stare, drewniane, niskie domy były ciche i sędziwe, przytulone jak para staruszków. Zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie to piękne miasto bez turystów i dóbr współczesności. Piękne dziś, musiało być perłą w dawnych czasach. Wąskie uliczki skrywały tajemnice i opowieści z krainy 1000 i jednej nocy. 



Spacerowałyśmy w ciszy, urzeczone klimatem. Zacumowane przy brzegu łódki bujały się narkotycznie jak w sennym letargu. Hipnotyczny nastrój przerwał mały deszczyk, którego pojedyncze, ciepłe krople przestraszyły miejscowych niczym złowroga wichura. Zerwali się w pośpiechu, kryjąc swoje ciała oraz dobra z ulicznych straganów. Nie zdążyli jeszcze pochować wszystkiego, gdy tafla rzeki znów była gładka jak lustro. Rozbawione poruszeniem, które opanowało miasto, poszłyśmy na kolację, by skosztować lokalnej potrawy, dostępnej tylko w tym regionie Cao Lau, czyli kluski z ziołami oraz mięsem. 


Hoi An spędziłyśmy cztery dni. Spacerowałyśmy, jeździłyśmy na rowerach przeciskając się przez tajemnicze uliczki, setki innych rowerów i motorów. W dziennym świetle, miasto nie traciło uroku. Żółte, omszałe ściany starych domów o drewnianych sufitach zbudowane jak labirynt wokół rzeki, opowiadały cicho swoją historię. Drewniane, ciężkie drzwi wiekowych domostw z pięknymi napisami w starym języku, zapraszały do wejścia. W środku panował przyjemny chłód i zapach starego drzewa. Na ścianach lub ołtarzykach były poustawiane zdjęcia pierwszych właścicieli, otoczone dymem z ciągle palonych kadzideł. Drewniane, ciężkie, masywne schody skrzypiały niczym stara szafa. 




Na dziedzińcach znajdowały się małe ogrody ze smoczymi fontannami lub pięknymi drzewkami bonsai. W dawnych czasach, w tych przydomowych ogrodach chowane były zmarłe dzieci. Grobów nie było. Ziemię pokrywała trawa i kwiaty ...

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

"Nad Rzeką Perfumowaną"

Pierwszy wieczór i następny dzień włóczyłyśmy się leniwie po spokojnym Hue. W porównaniu do Sajgonu, miasto było ciche i wyludnione. Pierwsze kroki skierowałyśmy na brzeg rzeki Perfumowanej, w której mętnych wodach odbijały się kolorowe neony, światła pływającej restauracji, impresje mostu tworzące wodne iluminacje. Smocze łodzie kołysały się leniwie na ciemnej zaspanej rzece. Spacerując po nadrzecznym parku wśród miejscowej młodzieży, uciekałyśmy przed licznymi szczurami, tak szybko jak one przed nami. Codziennie wieczorem owe gryzonie wychodziły tłumnie na kolację w parku, który szybko mianowałam wdzięczną nazwą "park szczurów". 


Na drugim brzegu rzeki Perfumowanej, która swą nazwę zawdzięcza rosnącym w niej niegdyś roślinom o pięknym zapachu, znajdował się miejscowy market. Miejsce, którego nie mogłyśmy pominąć. Azjatyckie markety mają w sobie coś zarówno fascynującego, jak i odpychającego. Zawsze można tam kupić mydło i powidło. Zapach świeżego jedzenia miesza się z dusznym aromatem suszonych ryb, słodkich kadzideł, soczystych, świeżych owoców i lokalnych potraw. Usypane stożki ryżu w różnych gatunkach oraz kolorowych przypraw, zawsze przyciągają nasz wzrok, jak i lokalne smakołyki. 







Przeciskając się w ciasnych alejkach pod dachem z plastikowych worków, przystanęłyśmy przy dwóch stanowiskach gotujących kobiet. Ożywione naszą obecnością zachwalały swoje smakołyki. Nie chcąc urazić żadnej z nich, usiadłyśmy oddzielnie. Zaczęłam od pochłonięcia mocno wypieczonych kawałków wieprzowiny nadzianej na bambusowy patyk. Smak czosnku i chili rozpuścił mi się w ustach topiąc mą duszę w istnej euforii aromatów. Następnie w mojej plastikowej miseczce pojawił się ryżowy placek z krewetkami i przepiórczym jajkiem. Chrupiący placek maczałam w dziwnym zielonym sosie o smaku orzechów. Gdy ja raczyłam się darami kuchni azjatyckiej, pod moim stoliczkiem przemknął śnięty karaluch wielkości kciuka. Marta zajadała się obok, nie zważając na upał, latające muchy i liczne towarzystwo karaluchów. Obie panie były szczęśliwe, nasze brzuchy i podniebienia również. 


W parku szczurów cykady rozpoczęły swój koncert. Wsłuchiwałam się w ich hipnotyczne brzmienie, które tak bardzo kocham w Azji. Neony tworzyły barwne impresje na tafli rzeki perfumowanej a smocze łodzie zasypiały tuląc się do siebie.

Jesteśmy w Hue już trzeci dzień, trzeci wieczór w tym samym barze, przy tym samym stoliku. Pijemy najtańsze z tanich piw w mieście z oszronionych małych kufelków i piszemy ....
Noworoczne, migające światełka oświetlają mój zeszyt. Styropianowy mikołaj uśmiecha się niewyraźnie. Ulica oblana jest herbacianym światłem, cykady brzęczą, w tle słychać muzykę z okolicznych barów i gwar rozmów w językach świata. Jest przyjemny, ciepły wieczór, na niebie świecą pojedyncze gwiazdy. 

Babska Komitywa

Kiedy weszłyśmy na stację kolejową Ga Saigon, pociąg relacji południe-północ stał już na pierwszym peronie. Weszłyśmy do wagonu i szybko znalazłyśmy nasz przedział. Na dolnej kuszetce leżała wysuszona staruszka. Uśmiechnęłam się do niej i skinęłam głową na powitanie. Odmachnęła mi wiotką, pomarszczoną, piękną dłonią. Drugą zasłaniała usta, by zatuszować braki w uzębieniu. Wystające spod dłoni oczy, błyszczały się żywo od uśmiechu. Nasz przedział przeznaczony był dla 6 osób, po 3 kuszetki po obu stronach. Nasze miejsca były środkowe, na tak zwanym pierwszym piętrze. Wrzuciłyśmy plecaki, starsza pani poklepała miejsce obok siebie, zapraszając nas tym samym do przyłączenia się do niej. Usiadłyśmy. Po kilku chwilach przedział zaczął się wypełniać. Szczupły mężczyzna wskoczył na najwyższą leżankę. Położył się wygodnie i trwał tak do końca swojej podróży. Nawet nie wiem kiedy w przedziale zrobił się tłok. Zaczęłyśmy gubić się w liczeniu przychodzących pasażerów. Starsza Pani informowała wszystkich gdzie są nasze miejsca. Kiedy naliczyłyśmy siedem osób, czyli o jedną więcej niż było miejsc, w ostatniej chwili przed odjazdem, na drugą kuszetkę na samej górze wpełzł dwumetrowy człowiek z zachodu. I takim sposobem była nas ósemka w sześciokuszetkowym przedziale. 


Pociąg ruszył co do minuty, zgodnie z rozkładem. Siedziałyśmy na dolnej kuszetce starszej Pani, która wraz z córką wyjaśniła pozostałym, że jedziemy do Hue. Wszyscy przytakiwali z podziwem i uznaniem. I tak rozpoczęła się nasza 20-to godzinna podróż wietnamską koleją Saigon-Hue. Po kilku minutach odwzajemniania uśmiechów, kiwania głowami i przyjaznego poklepywania należałyśmy do kobiecej wspólnoty przedziałowej. Dziewczyny częstowały nas wszystkim co miały i obgadywały nas otwarcie, obserwując każdy nasz ruch.




Ponieważ była już 23:00, pociąg kołysał sennie, wgramoliłyśmy się na swoje miejsca pod czujnym spojrzeniem naszych towarzyszek. Miarowy stukot pociągu szybko uśpił Martę. Córka staruszki przygasiła światło. Zapaliłam lampkę w swojej kuszetce, wyjęłam książkę i okryłam się szczelnie kocem, by ochronić się przed morderczą klimą. Noc minęła nam spokojnie. Rankiem dziewczyny przywitały nas radosnymi uśmiechami. Zjadłyśmy na śniadanie zakupione w Saigonie - Banh Mi, pyszne bagietki nadziewane czym popadnie, czym wzbudziłyśmy masowy zachwyt oraz serię przyjaznych poklepywań po ramionach. Przed nami wciąż było siedem godzin podróży. Wróciłyśmy na swoje miejsca i ponownie zasnęłyśmy. Za oknem zmieniał się krajobraz, w przedziale zmieniali się ludzie a my jechałyśmy dalej. Zmęczone poziomą pozycją stałyśmy na korytarzu patrząc na zmieniające się pejzaże. Pola ryżowe mieniły się w słońcu. Świeże, soczyste i zielone wyglądały jak miękki koc. Czasem przypominały lustra poukładane na polach, odbijające w wodzie otaczające wzgórza. Innym razem kolorowe poletka przypominały barwne ozdobne kapy zszyte grubymi nićmi. Niebo było błękitne a słońce świeciło bezlitośnie nie zważając na ciężko pracujących na polach ludzi, skrytych pod stożkowymi kapeluszami spiętymi tasiemką pod zmęczoną szyją. 



Na godzinę przed Hue jechałyśmy wzdłuż morza południowochińskiego. Widoki zapierały dech w piersiach. Pociąg to znikał w tunelach, to giął się niczym metaliczny wąż nad skalnymi urwiskami. Do Hue dotarłyśmy po niespełna 20 godzinach podróży. O czasie :)

piątek, 6 marca 2015

W tunelach Cu Chi

Do tunelów Cu Chi jechałyśmy autobusem przez budzące się leniwie miasto. W ulicznych kawiarenkach mieszkańcy raczyli się mocną kawą, wolno spływającą z blaszanych zaparzaczy wprost do kufelka z gęstym, słodkim mlekiem.

W ocienionych zielonych parkach ćwiczyli, tańczyli i biegali ludzie. Następnego dnia rano dołączyła do nich Marta, ćwicząc formę Chum - Kiu.


W zaspanym autobusie pełnym turystów, pełnym werwy głosem powitał nas przewodnik o amerykańskim przydomku "Mr Bean". Niepozorny, szczupły człowiek o smutnych oczach, nerwowo poprawiający pasek w za dużych spodniach, mówił o sobie wietnamską odmianą języka angielskiego (amerykańskiego).

Podróż w upale, w nieznośnych saigońskich korkach znużyła pasażerów. Mr Bean zapytał żywym głosem, czy chcemy wysłuchać jego opowieści. Wziął do ręki mikrofon, po autobusie popłynęła Jego historia.

Jako niespełna 20-latek przyłączył się do Armii Amerykańskiej, by walczyć z siłami Viet-Cong-u. W pierwszych słowach nazwał siebie złym człowiekiem bez kraju i pochodzenia, by nie pozostawić nikomu złudzeń. W autobusie nastała grobowa cisza. Historia Mr Beana towarzyszyła nam do końca dnia i stawała się coraz bardziej prawdziwa z każdym mijanym kilometrem i każdą chwilą. Nikt z nas nie zapytał Mr Beana z jakich pobudek, dlaczego przyłączył się do armii wroga. Po tylu latach od zakończenia wojny, kiedy historia rozlicza przeszłość i nic nie jest jednoznaczne, nurtował mnie początek Jego historii.


Podczas walk w dżungli pod Saigonem, gdzie zakamuflowane tunele Viet-Congu skrywały podziemne magazyny żywności, produkcję broni, bunkry mieszkalne, Mr Bean stracił najlepsze lata swojego życia. Trzymając w błocie karabin i granaty zgubił radość i młodość, swą miłość i szczęście. Jego Kobieta zginęła podczas walk.

dojechaliśmy ...

W dżungli panował nieznośny upał. Powietrze było ciężkie i duszne. Zatrzymaliśmy się przy kraterze po bombie B52. Mr Bean opowiadał zainteresowanym aspekty techniczne, kiedy nagle rozległy się strzały. Oczami wyobraźni przeniosłam się do czasów wojny. Ciarki przeszły mi po skórze. Słyszałam latające helikoptery, przerażający, niosący śmierć huk. Dźwięk karabinów niósł się z pobliskiej strzelnicy, na której turyści mogli wypróbować sprzęt militarny.


Zwiedzaliśmy dalej słuchając opowieści o tunelach i wojnie. Tunele Cu Chi ciągną się ponad 200 km. Wybudowane gołymi rękami przez mieszkańców wioski Cu Chi stały się siedzibą Viet-Congu, dając im niewiarygodną przewagę nad wrogiem. Mr Bean opowiadał nam o próbach znalezienia zakamuflowanych wejść. Opowiadał o sprowadzaniu psów tropiących przez Armię Amerykańską. Również o usilnych próbach podpalenia, zalania czy bombardowania tuneli. Omal wszystkie próby zakończyły się fiaskiem.



Jeden z tuneli prowadził prosto do bazy USA. Żołnierze Viet-Congu skradali się nim w nocy, by kraść amunicję. Las naszpikowany był śmiertelnymi pułapkami. Tunele zostały zdobyte po spuszczeniu bomby napalmowej, która wypaliła cały las i umożliwiła wytropienie ludzi lasu.

Mr Bean usiadł w kucki, wyciągnął papierosa i opowiedział o śmierci przyjaciela z bunkra. Przyjaciela, który był młodym amerykańskim chłopakiem tęskniącym za domem i maminym jedzeniem. Miał na imię Steven, pochodził z Colorado. Kiedy mówił do Mr Beana, że tęskni nawet za tornado w swoim kraju, ten odpowiadał mu "tu masz swoje tornado", myśląc o dźwięku wciąż latających nad głowami helikopterów.


Spali razem, bok przy boku w amerykańskim bunkrze, śpiewając smętnie "Hey Jude", popijając czarnego Johny Walkera.

Steven zginął od strzału. Mr Bean zerwał mu z szyi  śmiertelnik i włożył do ust, by móc go później  odnaleźć. W ten prosty sposób, po latach odnajdywano ofiary wojny. Mr Bean sprowadził do domu tysiące amerykańskich ciał. Jak powiedział smutno, "nawet amerykański tyłek, jest już tylko szkieletem podobnym do każdej innej kościstej dupy". Dzięki śmiertelnikom w ustach rozpoznawał swoich.

Kończąc swoją opowieść prosił, byśmy nie oceniali Amerykanów. Powiedział - "to byli chłopcy, jak ja, którzy musieli walczyć bo kazali ONI". Opowiadał jak w tamtych lasach, w których staliśmy, słuchając zapatrzeni, ginęli ludzie w  imię czego? po co?

Zadawał pytania podniesionym tonem, wszyscy milczeliśmy, nikt nie znał odpowiedzi..

Mr Bean poprawił czapkę, zapalił papierosa i zniknął wśród cieni. Jego historia zawisła w gęstym powietrzu.


Good Morning Vietnam in 2015 year!

Saigon 01.01.2015

Poranek 1-go stycznia w Saigonie był słoneczny i ciepły. Wyruszyłyśmy zaraz po śniadaniu, pełne energii po filiżance wietnamskiej kawy ze słodkim, skondensowanym mlekiem. Dla mnie najlepszej kawy na świecie. Po wieczornym teście sprawności, czyli pokonywaniu saigońskich ulic bez zielonego światła, odważnie wtapiałyśmy się w potok sunących skuterów. Nie straszne nam były trąbiące autobusy, rozpędzone motory czy szaleni rowerzyści. Pewnym krokiem wchodziłyśmy na zapełnione do granic ulice w celu przejścia na drugą stronę. 



Spacerując w palącym słońcu i lepkim smogu, dotarłyśmy w  klapkach z obtartymi stopami do Muzeum Wojny. Dostojny gmach budynku, otwarty na cztery strony Świata, przyciągał turystów wszelkiej maści pomimo noworocznego spragnienia. Przed budynkiem znajdowały się militarne skarby Armii USA z czasów wojny w Wietnamie. Dziesiątki turystów pozowało do zdjęć przy uśpionym helikopterze, który czasy boju na szczęście ma już za sobą. Muzeum choć otrzymało wiele światowych nagród, choć z oczywistych powodów przedstawia jedną stronę wojny. 




Oglądając zdjęcia prasowe z lat 1964-1974, poznając bliżej osobowości Reporterów, przedstawionych na krótkich opisach, doceniłam jeszcze bardziej profesjonalizm ich pracy. Doskonałe zdjęcia, choć w bieli i czerni były prawdziwe do bólu. Pozbawione koloru emanowały cierpieniem, krwią, zmęczeniem i smutkiem. Te nieruchome fotografie przeniosły mnie natychmiast w tamte krwawe czasy, kiedy głód i śmierć spowijały Wietnam. To właśnie zdjęcia wzbudziły we mnie najwięcej emocji. W tamtej chwili, w klimatyzowanej, zatłoczonej sali Muzeum Wojny doznałam smutnego wrażenia, że sztuka reporterska na tym poziomie nieuchronnie zamiera. 

    zdjęcie z internetu


             zdjęcie z internetu
 
zdjęcie z internetu

W ostatniej sali Muzeum Wojny przedstawiono zdjęcia ofiar bomb napalmowych zrzucanych w trakcie wojny przez wojska amerykańskie. Obrazy ofiar, zdeformowanych dzieci, chorych ludzi, zniekształconych ciał, były tak straszne, że nie mogłam na nie patrzeć. Duże formaty fotografii potęgowały wrażenie.

Wyszłyśmy w ciszy, chowając się przed zgiełkiem w cieniu helikoptera. W głowie odbijało mi się tylko jedno pytanie "jak oni mogli im to zrobić"? Potężny helikopter stał uśpiony w słońcu jak wojownik w letargu, gotowy zbudzić się do walki w każdej chwili. W wyobraźni usłyszałam głośny huk młócących powietrze śmigieł ....


Wojna w Wietnamie trwała 18 lat. Od 1962 roku Stany Zjednoczone postanowiły "aktywnie poprzeć" zbrojnie i finansowo antykomunistyczny rząd Wietnamu Południowego. Zginęło w niej prawie trzy miliony ludności, w tym głównie ludność cywilna. Do dziś Wietnam jest najbardziej zaminowanym krajem na świecie. Po dziś dzień w wybuchach ginie lub ulega kalectwu ponad tysiąc osób rocznie. 

W Saigonie "wojna amerykańska" (tak nazywają ja miejscowi) stała się swego rodzaju towarem na sprzedaż. Sprzedaje się bardzo dobrze i z biegiem lat budzi coraz mniej kontrowersji spoczywając na ciężkich kartach historii.

Na co dzień w Saigończykach nie widać już cierpienia, smutku czy bolesnych wspomnień. Życie toczy się dalej, choć pewnie każda z rodzin ma swoją historię i krew na rękach. Ci co walczyli pamiętają, bo zapomnieć się nie da, o czym miałyśmy się przekonać już następnego dnia w tunelach Cu Chi.

"Ale Sajgon" :)

Saigon 31.12.2014

Wylądowałyśmy w Ho Chi Minh City (Saigonie) późnym popołudniem. Ulice miasta pełne były skuterów i sam samochodów. Płynęły w różne strony miasta niczym rzeka w kierunku morza. Ostatnie godziny starego roku spędziłyśmy w wąskiej uliczce, w której znajdował się nasz hotelik. Spacerowałyśmy po okolicy, kosztując pierwsze wietnamskie potrawy, stęsknione ich smaku i aromatu po czterech latach od ostatniej wizyty w tym kraju. 



Przysiadłyśmy na malutkich plastikowych krzesełkach, rozmiarem odpowiednie dla krasnali, by zjeść wietnamskie kluski z mięsem i warzywami. Przyrządzone przez korpulentną, uśmiechniętą Kobietę w trzy minuty, niczym wszędzie dostępne zupki instant. Smakowały wybornie. Z podkurczonymi nogami, uśmiechając się do siebie, poruszałyśmy pałeczkami jak światowej sławy dyrygent. Saigon pełen był ludzi miejscowych i tych z całego świata. Pomimo, iż mienił się światełkami, na wszystkich barach i restauracjach widniał napis "Happy New Year 2015", nie było czuć atmosfery zbliżającego się nowego roku. Spacerując po wąskich uliczkach pełnych barów i restauracji, dotarłyśmy na plac przy markecie Ben Thanh. Z każdym krokiem tłum gęstniał, ulicami płynęły wolno rzeki skuterów. W powietrzu unosił się duszny zapach smogu. Na niewielkim skrzyżowaniu pod Marketem Ben Thanh, stała  rozstawiona scena z wielkim napisem "Happy New Year 2015".


Wietnamczycy tłoczyli się w oczekiwaniu na rozpoczęcie występu. Wśród tłumu migały świecące uszy, kolorowe opaski i inne magiczne, noworoczne gadżety. Na każdym rogu można było kupić sztuczny śnieg w sprayu. Chodniki stały się parkingami dla skuterów. Były ich setki. Zaparkowane równiutko, każdy w innym kolorze. 


Zmęczone podróżą i pierwszym zetknięciem z Saigonem, usiadłyśmy w przyjemnej knajpce, by raczyć się zimnym piwem w ostatniej godzinie starego roku. Z otwartej na ulicę knajpy, obserwowałyśmy klimat osławionego językiem powszechnym miasta. Po prostu "Ale Saigon"!!! Turyści wałęsali się w tę i z powrotem w klapkach i spodenkach. Nikt nie miał na sobie balowych strojów i butów na obcasie. Czas mijał leniwie jak w każdy wtorek czy piątkowy wieczór. Mimo to zegar nieubłaganie wskazywał kres starego roku. Ulicą płynęła kakofonia dźwięków, jakby klaksony chciały zagłuszyć muzykę z okolicznych barów. Ludzie wyglądali na szczęśliwych. My też czułyśmy się bardzo dobrze od pierwszych dni w Saigonie. I zmęczenie nagle gdzieś się ulotniło. Wietnamskie piwo dodało nam animuszu. Kilka chwil przed północą rozpoczęło się grupowe świętowanie. Każdy zegar wskazywał inną godzinę, ale kto, by się tym przejmował. Na ulicach rozbrzmiewał głośno stary, nieśmiertelny kawałek Abby "Happy New Year". Ludzie wspólnie śpiewali, tańczyli i skakali opryskując się obficie sztucznym śniegiem w sprayu. 



Niebo rozświetliły kolorowe spotlighty. Muzyka odbijała się o stare ściany budynków. Witałyśmy Nowy Rok w Saigonie, z ludźmi z całego Świata. Nad głowami wirowało kolorowe konfetti i miniaturowe karty do gry. Złapałam czarne wino, - co znaczy? Nie wiem, w tamtej chwili wszystko oznaczało szczęście. Byłam podekscytowana i przejęta. Saigon tętnił muzyką, dźwiękiem wystrzeliwanych fajerwerków. Wszyscy się uśmiechali i życzyli sobie Dobrego Roku. Jak to zwykle ja, bardzo się wzruszyłam będąc częścią tego wydarzenia. Złożyłyśmy sobie życzenia jak tysiące innych ludzi. Robiłyśmy zdjęcia sobie, a inni z nami. Atmosfera radości rozlała się po ulicach Saigonu. Nie wiem czy to właśnie wtedy, czy nieco wcześniej, a może później, zakochałam się w tym mieście. I nastał Nowy Rok 2015 pomimo, że w Polsce dopiero robiliście sałatki i chłodziliście szampana.