niedziela, 8 grudnia 2013

Alladyn - Farbowany lis

Drugiego dnia w uliczkach Mediny czułyśmy się znacznie swobodniej, poznając miejsca, w których byłyśmy wczoraj. Do garbarni skór pojechałyśmy jednak miejscową taksówką, by uniknąć kontaktu z miejscowymi naganiaczami. Opuściłyśmy mury Mediny, by zatracić się w niej na nowo, wchodząc tym razem przez Bramę Północną - Bab Guissa. Schodziłyśmy coraz niżej, zatapiając się w zaułki i zakręty.

 
Kiedy zapach garbowanych skór nasilał się i drażnił  nos, wiedziałyśmy że jesteśmy coraz bliżej celu.Wystarczyło jednak nie zauważyć maleńkiej uliczki, by oddalić się znów od poszukiwanego miejsca. Powietrze nabierało świeżości, a duszny i kwaśny zapach garbiarni gdzieś znikał wśród piaskowych murów. W pewnej chwili naszym oczom ukazał się młody chłopak z dłońmi ufarbowanymi na żółto. Cały jego strój nosił ślady pracy w garbiarni. Poszłyśmy za nim.

Poprowadził nas wąziutką uliczką, w którą nigdy nie skręciłybyśmy same. Z każdy krokiem ostry zapach nasilał się coraz bardziej. Zza zakrętu wyjechał osiołek objuczony świeżo garbowanymi skórami. Za nim podążała chmara much.


Weszłyśmy jakby do piwnicy, za którą znajdowała się niewielka garbiarnia skór. Unoszący się w powietrzu zapach nie był przyjemny, choć nie tak nieznośny, by używać liści mięty jak sugerują przewodniki.



Wspięłyśmy się na dach budynku, by obserwować z boku poszczególne  procesy. W kadziach z wodą okraszoną moczem (dla lepszej jędrności) moczyły się skóry, które później rozwieszano do wyschnięcia. Gotowe, wysuszone promieniami słońca, farbowano na żółty kolor.

Z delikatnej miękkiej żółtej skóry, w ulicy pantoflarzy powstają pantofle z charakterystycznym czubem w stylu Alladyna. Żółte ciżemki noszone są przez mężczyzn do dziś, na co dzień, białe zaś w piątki i od święta.




Wracałyśmy wzdłuż muru podziwiając widoki rozległej w dole Mediny, ukrytej wśród drzewek oliwnych.

W labiryncie kolorów, mozaiek, misternych wzorów i zapachów odnalazłyśmy Plac Najjarine z przepiękną fontanną o tej samej nazwie. Po prawej stronie fontanny znajdował się jeden z wielu w tej okolicy funduków Był to magazyn cech-mistrzów wykonujących ręcznie lektyki bogato zdobione suknem, służąc do przenoszenia chłopców po ceremonii obrzezania lub pary nowożeńców. Zajrzałyśmy również do szkoły koranicznej Medresy Attarine, której dziedziniec był przykładem misternego zdobnictwa.



Długi spacer dał nam się we znaki. W sobotę w Medinie było tłoczno i duszno. Ciężkie powietrze wisiało nad ciasnymi uliczkami, jakby było mu za ciasno. Skryłyśmy się w niewielkiej kawiarence przy placowej fontannie, by odpocząć od gwaru ciasnych uliczek. Zamówiłyśmy marokańską kawę, która świetnie współgrała z papierosem Marquise.

Po południu nad Fezem zerwał się silny wiatr, naganiając czarne, ciężkie chmury, które okryły niebo mroczną kotarą. W mieście panował gwar i ruch. My znów obserwowałyśmy codzienność mieszkańców, skryte na naszym tarasie, popijając ciężko zdobyte fezkie piwo.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz