wtorek, 9 czerwca 2009

Truskawkowe miasto

Wyruszając z Kuala Lumpur do Cameron Highlands, byłyśmy przekonane, że jedziemy do krainy herbaty, do malezyjskiego Cejlonu. To jak się myliłyśmy okazało się już przy wjeździe do miasteczka Tanah Rata, gdzie przywitała nas monstrualna truskawka. Byłyśmy nastawione na herbaciane szaleństwo, na herbaciane zakupy, sklepy z herbatą, fabryki herbaty, a tu wszyscy byli zwariowani, ale na punkcie truskawek. W każdym sklepie pełno było pluszowych truskawek, truskawek- parasolek, poduszek w kształcie truskawek, koszulek w truskawki.


Kilka dni wcześniej w KL zastanawiałam się dlaczego wszystkie foldery o Cameron Highlands obsypane są graficznymi truskawkami. Na miejscu wszystko stało się jasne. Okolice Tanah Rata, to nie tylko plantacje herbaty, ale jedna wielka farma truskawek. Pomiędzy wzórzami znajdują się szklarnie, w których uprawia się truskawki. Nieco inaczej niż u nas. Sadzonki rosną w workach z ziemią, które umieszczone są na drewnianych stelażach, na wysokości ok. 1,5m od gruntu. Dzięki wężykom, bezpośrednio do woreczków z ziemią doprowadzana jest woda i substancje odżywcze. A wszystko po to by uchronić owoce od szkodników i owadów buszujących w tym regionie. Zbieranie tak rosnących truskawek jest proste i przyjemne. Owoce są soczyście czerwone, mają nieco bardziej wydłużony kształt od naszych rodowitych, a smak jakby mniej truskawkowy. Przy każdej farmie znajduje się sklepik z truskawkowymi produktami. Można tam kupić rozmaite dżemy, konfitury, ciastka, cukierki i suszone truskawki.

Nasz przewodnik opowiadał nam z dumą o truskawkowej produkcji. Dla niego ten owoc był wyjątkowy i jakby egzotyczny. Wyglądał na zawiedzionego, gdy powiedziałyśmy mu, że w Polsce również rosną truskawki. Na truskawkowo - herbacianej wyprawie były z nami dwie dziewczyny z Holandii, które również nie popadły w truskawkowe szaleństwo. Nic dziwnego, przecież zanim urosną polskie truskawki, mamy w sklepach wyjałowione holenderskie.


Rozbawione truskawkowym wariactwem wyruszyłyśmy na plantacje herbaty. Po raz kolejny krajobraz herbacianego gaju, zrobił na nas ogromne wrażenie. Biegałyśmy urzeczone widokiem i zapachem wśród krzaczków herbaty. Wszędzie otaczała nas soczysta zieleń, we wszystkich odcieniach, rywalizująca z błękitem nieba. Nie potrafię opisać co jest tak magicznego w plantacjach herbaty. Pewne jest, że nie chce się stamtąd odjeżdżać. Chciałoby się jedynie spacerować wśród liści, karmić oczy tym wspaniałym widokiem i oddychać powietrzem tak świeżym i pachnącym.

W drodze powrotnej odwiedziłyśmy świątynie buddyjską, różany ogród i farmę motyli. Wieczorem wybrałyśmy się na spacer i kolację. Tanah Rata to małe, urocze miasteczko, klimatem przypomina lankijskie Nuwara Eliya. Jest otoczone zielonymi wzgórzami, klimat jest łagodny a powietrze czyste i rześkie.


Na kolację zjadłyśmy hinduską potrawę podaną na liściach bananowca, popijając piwkiem. W drodze do hostelu towarzyszyła nam kakofonia dźwięków budzącej się do życia natury. O zmroku każde drzewo, krzaczek, źdźbło trawy pełne było gości. Wolałyśmy jednak nie zastanawiać się co spaceruje obok nas. Zmarznięte i pogryzione przez komary poszłyśmy spać marząc już o śniadaniu.


Dużo piszemy o jedzeniu bo uważamy, że kuchnia to część kultury danego kraju. Nie potrafimy zrozumieć ludzi, którzy będąc w dalekich zakątkach Azji, żywią się w McDonalds, czy restauracjach hotelowych, w których potrawy nie mają nic wspólnego z narodowymi. Smakowanie, próbowanie i degustowanie to podróż i przygoda, często w nieznane. Z tym przekonaniem wcześnie rano poszłyśmy na śniadanie do knajpki, gdzie zamiast tostów z dżemem zjadłyśmy pyszne Roti Canai. To słynna malezyjska potrawa w postaci lekkich naleśniczków podawanych z sosem curry. Popijając do tego mocną kawę z lepkim mlekiem podaną w kufelku z grubego szkła, wdychałyśmy świeże i zimne powietrze, nastrajając się na dalszą podróż. Żegnając się z Cameron Highlands nie wiedziałyśmy jak szybko znów tam wrócimy...

niedziela, 7 czerwca 2009

Azjatycki kociołek

Stolica Malezji - Kuala Lumpur - przywitała nas azjatyckiem zgiełkiem i mieszaniną orientalnych zapachów, czyli atmosferą Azji, którą tak kochamy. Nas taksówkarz zagubił się w krętych uliczkach, stracił cierpliwość w korkach i wysadził nas na środku ulicy, informując, że nasz hostel jest gdzieś w pobliżu, ale on nie wie gdzie. Byłyśmy trochę wściekłe i zmęczone podróżą z Singapuru, ale w miarę szybko udało nam się znaleźć Matahari Lodge.



Mieszkałyśmy niedaleko chińskiej dzielnicy i słynnego bazaru na Jalan Petaling. Raj zakupów i niebo dla podniebienia. Wieczorami dzielnica ta tętniła życiem. O zmroku wszyscy handlarze rozstawiali swoje stanowiska z koszulkami, torbami, butami, paskami, plecakami i innymi "markowymi" gadżetami. Tutaj, podobnie jak na Khao San Road w Bangkoku, wpada się w amok zakupów i nie wiedzieć kiedy, ma się kilkanaście koszulek, kilka par butów i dziesiątki bransoletek. Chińska dzielnica KL to nie tylko wariactwo zakupów, ale niesamowita kulinarna przygoda. To tutaj znajdują się knajpki, restauracyjki, bary z boskich jedzeniem. Zapach unoszący się wokół budzi żołądek i wszystkie zmysły. Malajska kuchnia, tak jak cały naród jest swoistą mieszanką. Przez kilka dni pobytu w KL nie mogłam rozróżnić rodowitego Malezyjczyka. Zastanawiałam się ciągle jak wygląda rdzenny mieszkaniec Malezji, gdyż ludność tego kraju to Malezyjczycy, Chińczycy i Hindusi. Główną religią jest Islam, ale też Buddyzm, Hinduizm i Chrześcijaństwo.




Kuala Lumpur jest mieszanką wielu kultur i narodowości. Architektura tego miasta jest kombinacją nowoczesności i tradycji. Zwiedzając stolicę Malezji nie sposób zapomnieć o Petronas Twin Towers. Bliźniacze wieże są dla Malezji taką wizytówką jak wieża Eiffla dla Paryża, czy figura Chrystusa - Corcovado - dla Rio de Janeiro. Petronas Twin Towers mają 452m wysokości i do 2004 r. były najwyższymi budynkami świata. Wieże są połączone mostkiem, tzw. Skybridge o długości 58m na poziomie 42 piętra. Wieże zbudowane są na planie ośmioramiennej gwiazdy, islamskiego symbolu. Trzeba przyznać, że wrażenie jest niesamowite. Obie wieże są piękne, zarówno w dzień gdy pną się do samego nieba, jak i wieczorem, gdy mienią się tysiącem świateł.



Niektóre przewodniki odradzają pobyt w Kuala Lumpur. My jednak zakochałyśmy się w tym azjatyckim bałaganie, który tętni życiem i nastraja pozytywną energią.

wtorek, 20 stycznia 2009

Zapachy Świata

Świat jest jak książka kucharska. Każdy kraj jak inna potrawa. Podróżując poznajemy nie tylko obyczaje, kulturę i historię danego narodu, ale także kuchnię.


Każdy kraj ma swoją wizytówkę, najważniejszą budowlę, rzeźbę i oczywiście narodową potrawę. Wspominając nasze podróże, każda z nich kojarzy mi się z innym zapachem. Zdjęcia przywołują woń, którą zapamiętałam.

Lizbona pachniała ciastkami "pasteis de nata" i smażonymi kasztanami. Ten zapach unosił się wśród krętych uliczek i przebijał przez kłęby dymu w zatłoczonych kawiarenkach.

Zapachem Sri Lanki bez wątpienia są kwiatowe kadzidełka zmieszane z wszechobecną w potrawach kolendrą. Tajlandia pachnie białym ryżem i żółtym curry. Słodko i intesywnie.

Wspominając gorącą Brazylię na myśl przychodzi mi soczysty, cierpki i świeży zapach limonki i cukru trzcinowego. Gdy dodamy do tego zestawu jeszcze jeden składnik - "cachace" (wódka trzcinowa) i skruszony lód wyjdzie nam nic innego jak najsłynniejszy brazylijski drink, o pięknej nazwie "caipirinha". 

Jak pachniał Pekin ...? No cóż, powietrze w tym mieście nie jest zbyt świeże. Nie bez kozery nazywamy Pekin miastem smogu, ale nasze chińskie wspomnienia i przygody pachną zieloną jaśminową herbatą.


Nie pamiętam zapachu Singapuru, pewnie z powodu tej sterylnej atmosfery. Nasza wizyta w Mieście Lwa to przygoda z delfinami. Te wspaniałe stworzenia pachną oczywiście wodą i swoim przysmakiem, czyli rybkami.


Kuala Lumpur to niesamowita gama zapachów. Mieszanka orientalnych przypraw, orzeszków i świeżego mango. Zaduszone, gorące, tłoczne miasto w moich wspomnieniach pachnie urlopem i przygodą. Gdy wracam myślami do dni spędzonych w stolicy Malezji nie sposób zapomnieć słodkiej, mocnej kawy z lepkim mlekiem, która budziła nam zmysły każdego dnia. Podawana w małym kufelku z grubego szkła smakowała wyśmienicie.W naszym duecie podróżników to Olodum testuje wszystkie dziwne, egzotyczne potrawy. Nie straszne jej przysmaki o wyglądzie ptasich móżdżków.


Zawsze staramy się jeść to co jedzą miejscowi i wybieramy tylko te knajpki i bary, gdzie nie ma obrusów turystów i często menu nie jest w języku angielskim. Tym sposobem jedzenie to także przygoda. Często nie wiemy co się przed nami pojawi. Do dziś nie wiem co jadłam w Pekinie na patykach sprzedawanych na ulicy. Olodum najweselej wspomina śniadaniową potrawę z Salwadoru de Bahia, gdzie na talerzu podano jej sine mięsko, zalane kaszą manną na słono z trawiasto zielonym ostrym sosem. Cokolwiek to było - nie dało się zjeść. Gdy wracamy do domu po kilku tygodniach podróży, każda z nas marzy o smażonym kurczaku, ziemniaczkach i surowce z czerwonych buraczków, czyli o klasycznym polskim obiedzie.


Mijają tygodnie, żołądek wraca do normy po ostrych przyprawach i ponownie tęsknimy za orientalnymi potrawami. Niestety kaczka po pekińsku nigdzie nie smakuje lepiej niż w Pekinie. Tajskie curry najlepsze jest w Bangkoku, a zapach caipirinhy najpiękniejszy w Salwadorze. Świat pachnie i smakuje wybornie, dlatego ciągle chcemy go próbować, degustować, smakować i rozkoszować się w jego aromatach i daniach. Na jednym kontynencie widelcem i nożem, na innym łyżką, gdzieś jeszcze pałeczkami, ale zawsze z tym samym nosem, tak czułym na zapach podróży i przygody.


Olodum i Grzybek

czwartek, 18 grudnia 2008

Przygoda z marzeniami!

Singapur zwiedza się głównie przy okazji, w drodze do lub z Malezji. Miasto-państwo jest dobrym miejscem transferu i dwudniową przygodą dla podróżników.
My w Singapurze, poza zwiedzaniem miałyśmy do załatwienia bardzo ważną sprawę. Naszym głównym celem pobytu w Mieście Lwa było spotkanie z marzeniami! Miejscem tego spotkania była Sentosa!

Sentosa to sztuczna wyspa z kilkoma plażami, bajeczny raj nie tylko dla dzieci. Pojechałyśmy na Sentosę bardzo wcześnie rano. Przejęte i pełne emocji, nie mogłyśmy się doczekać kiedy spełni się marzenie naszego życia. Sentosa to jedno z niewielu miejscna świecie, gdzie można pływać z delfinami. Pływać w tej samej wodzie, dotykać je, zobaczyć z bliska, poznać.

Rezerwację na tą trwającą ponad godzinęprzygodę, zrobiłyśmy już w Warszawie. Taki seans odbywa się raz dziennie rano i bierze w nim udział około 10 osób i 4 trenerów. Wszystko zaczyna się od wywiadu o zdrowiu, umiejętności pływania, lekach, które się przyjmuje itd. My byłyśmy już przygotowane i deklaracje o stanie zdrowia przywiozłyśmy wypełnione już z Warszawy. Zaproszono nas do szatni, gdzie dobrano nam buty do nurkowania i kamizelki ratunkowe. Gdy cała grupa była już gotowa, trenerzy opowiadali nam o delfinach, które lada chwila miałyśmy poznać! Były to delfiny różowe. Rodząc się, są szare jak każde inne. Z biegiem czasu różowieją, na ich skórze pojawiają się różowe plamki. Czym bardziej delfin jest różowy, tym jest starszy. Po omówieniu kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa, zdezynfekowano nam dłonie i zaczęło się!

Przypłynęły!!!!!! Cztery piękne stworzenia o śmiejących się oczach. Kolejno, każdy z uczestników powoli i cicho, podchodził w wodzie do delfina by go poznać. Trzeba było poruszać się w wodzie ostrożnie by go nie przestraszyć.

Kolejne etapy seansu działy się tak szybko, że nawet nie wiem kiedy minęła godzina. Wszyscy uczestnicy, podzieleni już na mniejsze 4-osobowe grupy, weszliśmy do wody ( ok 9-10m głębokości ), do świata delfinów. Tam, my byliśmy ich gośćmi, to one nas oprowadzały po swoim basenie i częstowały przygodą. Skakały, piszczały, tańczyły, pływały nad nami, pod nami, obok nas!Trenerki uczyły nas podstawowych zasad i gestów komunikowania się z tymi inteligentnymi stworzeniami. Jedną z najwspanialszych chwil tej przygody było pływanie z delfinem, trzymając go za górną płetwę. Trenerka dokładnie pokazała jak należy do złapać, wydała komendę za pomocą gwizdkai każdy z nas, razem z delfinem, mknął zawrotną prędkością w głąb laguny.
Nie potrafię opisać słowami co wtedy czułam, jego siłę, zwinność, przyjaźń, swoje szczęście, radość, spełnienie - wszystko na raz!

W podziękowaniu za gościnę i wspólną zabawę, karmiłyśmy delfiny rybamii każdy dostał całusa na pożegnanie. Kiedy sesja się zakończyła, dostałyśmy w prezencie zdjęcia, koszulki oraz rysunek namalowany przez naszego delfina.

Było to jedno z najwspanialszych przeżyć w moim życiu. Poznałam te wyjątkowo mądre i piękne istoty. Byłam gościem w ich świecie i jestem im za to bardzo wdzięczna. Nie żałuję ani grosza wydanego na ten cel bo jest to przeżycie z tych bezcennych!!!


-Grzybek i Olodum!

środa, 17 grudnia 2008

Singapur - Miasto Lwa

Wizytę w Mieście Lwa (Singa - lew, pura - miasto) rozpoczełyśmy w hinduskiej dzielnicy Little India, która powitała nas magicznymi dekoracjami z okazji Deepavali - święta świateł. Po wypiciu wspaniałej kawy z gęstym, lepkim od cukru mlekiem wyruszyłyśmy na perfekcyjne ulice miasta-państwa.

Dzielnica Singapuru - Little India w przeddzień święta "deepavali" - święta świateł

Singapur, który w swoim idealiźmie, ma zachwycać, mnie krępował. Pedantycznie czyste ulice, idealne trawniki, palmy wyglądające jak sztuczne i zakazy prawie wszystkiego, powodowały, że czasami czułam się w tym mieście jak w muzeum Azji.

Singapur sprawia wrażenie sztucznej oazy, w której żyje się według ściśle okraślonych zasad. Już w samolocie, każdy pasażer otrzymuje deklarację z opisem kilku podstawowych zakazów obowiązujących w tym kraju. Jednym z nich, który zdziwił mnie najbardziej jest zakaz posiadania, przywożenia i żucia gumy do żucia. w trakcie naszego kilkudniowego pobytu, sprawdzałam w każdym kiosku, sklepie czy rzeczywiście nie ma w tym kraju gum. Potwierdzam - nie ma!

Obowiązkowym miejscem do zobaczenia w Singapurze jest majestatyczne i niesamowite City Center. Centrum drapaczy chmur, które wyglądają jakby konkurowały o tytuł najpiękniejszego, wzbijając się w niebo!

Panorama na biznesową część Singapuru

Spacerując po Mieście Lwa, nie można zapomnieć o wizycie u Pana Merlina, który jest wizytówką miasta państwa.

Biznesowa część Singapuru i miniaturowy Merlin

Zwiedzając Singapur nie sposób nie zauważyć, że jest to państwo duriana - owocu, który ma tyle samo zwolenników co wrogów. Durian charakteryzuje się wyjątkowo grubą skórką z kolców i bardzo nieprzyjemnym zapachem. W Singapurze, jak i w innych krajach, spożywanie duriana jest zakazane w miejscach publicznych. Nie wolno go przewozić komunikacją miejską i wnosić do hoteli czy barów. Jego smak można określić jako mieszankę smażonego czosnku, cebuli, śmietanowego sera i migdałów. W przypadku pobrudzenia ubrania sokiem, jego ostry i odurzający zapach, utrzymuje się przez wiele godzin.

W Singapurze, na cześć duriana, zbudowano dwa budynki na kształt tego owocu, w których mieszczą się sale koncertowe i centrum kulturalne miasta.

Centrum kulturalne Singapuru w kształcie duriana

Durian właściwy - Durio zibethinus

Singapur zachwyca, zawstydza, irytuje zakazami, porusza swym urokiem i kusi. Bogaty, kolorowy i uporządkowany w ciągu dnia pachnie kwiatami i olejkami a nocą, mieni się światłami jak bożonarodzeniowa choinka.

- Olodum i Grzybek!

piątek, 12 grudnia 2008

Smak chińskiej herbaty

.... Otwórz puszkę z herbatą, a wyruszysz w podróż.

Podaj herbatę w czarce lub miseczce a rozpoczniesz aromatyczną przygodę ....

Hinduski książę Bodhidharma przybył do Chin, by nauczać buddyjskiej wiary, poprzysiągł , że przez siedem kolejnych lat, nie zmruży oka. Gdy zdarzyło mu się zasnąć , ze wstydu odciął sobie powieki i zakopał je w ziemi. Z tego "ziarna" wyrósł pierwszy krzew herbaty, który rozrósł się po całych Chinach.

Legenda mówi również o cesarzu, który odpoczywał w swoich ogrodach, popijając wodę z czarki. Gdy oddawał się medytacji, z rosnącego w pobliżu krzewu, spadł listek zielonej herbaty, wprost do naczynka z wodą. Kiedy cesarz napił się tego naparu w jego ciało wstąpiła siła, rozjaśniły się myśli i uradowało serce. Tak powstała herbata, której kolebką są Chiny.

Odkrycie herbaty w Chinach zrewolucjonizowało styl życia mieszkańców i władców oraz z czasem ... całego świata.

Cesarze następnych dynastii, posiadali już herbaciane ogrody i bogate zapasy tego boskiego napoju. Liście herbaty zbierane były przez szczupłe, delikatne palce młodych dziewcząt.

Z biegiem lat, tradycja picia herbaty, stała się rytuałem. Literaci pisali o tej roślinie poematy, dokonywali klasyfikacji i ustalali zasady degustacji. Chińczycy mieli w zwyczaju pić herbatę o każdej porze dnia.

Powtawały herbaciarnie, w których spędzano czas na degustacji boskiego napoju. Bywalcy, udawali się tam, również po to by przeczytać gazetę, zagrać w mah-jong, go lub porozmawiać. Wieczorami przybywali panowie z klatkami, w których mieszkały ptaszki. Wierzyli, że wtedy ich siła witalna ( ch i ) występowała w najczystszej postaci. Kobiety mogły wejść do herbaciarni dopiero od 1930 roku. W herbaciarniach sprzedawano wodę do gotowania i przyrządzania herbaty. Podróżnicy mogli tam nie tylko się umyć ale spędzić noc.

W Chinach, picie herbaty stało się ważną ceremonią, w której obowiązują zasady. Niektórzy miłośnicy tego naparu, mieli w swoich domach, specjalnie wyznaczone pokoje, w których odbywała się degustacja. Mistrz ceremonii musiał przestrzegać rytualnych gestów. Proces parzenia odbywał się bez pośpiechu i w skupieniu.Obyczaj wymagał, aby zarówno goście, jak i sam mistrz wąchali aromat naparu i degustowali go małymi łyczkami.

Mistrzowie herbaty uczą " nie szukajcie przepisów, poznajcie ducha herbaty...". " Picie herbaty zawiera w sobie dążenie do uzyskania piękności gestów, przedmiotów i serca, by ofiarować ją przyjaciołom".

Herbata oczarowała wielu. Jej bogactwo można opisać tysiącem słów. Jej smak zależy nie tylko od gatunku ale wody i naczynia, z którego pijemy. Każdy łyk tego boskiego napoju, przenosi nas w inne miejsce. Jest swoistą podróżą po egzotycznym świecie aromatów.

Pijąc Darjeeling, zwaną inaczej "szampanem", wśród czarnych herbat, przenosimy się do Indii, skąd pochodzi. Gdy zaparzamy Olong - smoczą herbatę, zwiedzamy zmysłami Chiny i Tajwan. Earl Grey zabiera nas w podróż po Sri Lance. Biała herbata opowiada nam historię chińskich prowincji Fujian i Hunan.

Dla nas herbata była już przewodnikiem po Sri Lance i Pekinie. Teraz mamy nadzieję, spotkać ją ponownie we wrześniu, w Cameron Highlands w Malezji.

Herbatę pija się na całym świecie. Każdy kraj ma swój sposób jej parzenia i podawania. W Polsce zabijamy herbatę cytryną, ale czy to nie wspaniały sposób na jesiennozimowe wieczory ... ?

- OLODUM I GRZYBEK!

Made in Beijing

Nasza podróż do Pekinu nie była skrupulatnie przygotowana. Pomysł zwiedzenia stolicy Chin pojawił się nagle. Trzeba było szybko się spakować i kupić przewodnik. Na pobyt w prawie 15-milionowym mieście, miałyśmy tylko tydzień. Plan nakreślony w trakcie lotu był bardzo napięty. Wiedziałyśmy, że mamy zbut mało czasu by poznać to ogromne miasto i jego mieszkańców. By zyskać na czasie, wbrew zasadom urlopu, codziennie wstawałyśmy bardzo wcześnie. Nasze organizmy zwariowały. Wyjątkowo źle znosiłyśmy zmianę czasu. Nie przeszkadzało nam to jednak w zobaczeniu najważniejszych miejsc chińskiej metropolii. O ogromie Pekinu przekonałyśmy się już pierwszego dnia.

Zwiedzenie Zakazanego Miasta i Placu Tiananmen, z wielkim portretem przewodniczącego Mao Zedonga, zajęło nam cały dzień.

Olodum w Zakazanym mieście

W sandałach, z zieloną herbatą w butelkach, przemierzałyśmy kolejne cesarskie pawilony i świątynie. Późnym popołudniem, ledwie powłócząc nogami wróciłyśmy do naszego hostelu, gdzie każdego dnia klimat tego miejsca przywracał nam siły i budził zmysły. Mieszkałyśmy w starej części Pekinu, w dzielnicy hutongów. Nasz hostel reprezentował typową, starochińską zabudowę. Były to cztery szare, przylegające do siebie budynki z dziedzińcem. Drzwi i okna pomalowane były tradycyjnie na kolor szczęścia i pomyślności - czerwony. Każdego ranka budził nas śpiew ptaków, mieszkających w bambusowych klatkach zawieszonych na drzewie. Pijąc z czarek zieloną herbatę, codziennie witałyśmy się z żółwiami i złotymi rybkami. Wieczorami nasz hostel oświetlany był czerwonymi lampionami i rozbrzmiewał tradycyjną muzyką chińską. Przechodząc próg hostelu, miałyśmy wrażenie, że wkraczamy do innego świata, do przeszłości. Za drzwiami zostawał głośny, zatłoczony i nowoczesny Pekin z drapaczami chmur.

Nasz hostelik - Beijing Houhai Youth Hostel

Godzinami siedziałyśmy na naszym dziedzińcu, pijąc wspaniałe chińskie piwo i rozmawiając z młodymi właścicielami hostelu. W naszym przypadku, byli to jedyni Chińczycy, którzy choć trochę mówili po angielsku. To Oni, każdego dnia przygotowywali nam karteczki z chińskimi nazwami miejsc, które chciałyśmy zobaczyć. Bardzo nam to ułatwiło poruszanie się taksówkami. Również dzięki naszym znajomym z hostelu, udało nam się skosztować wyśmienitej kaczki po pekińsku i degustować conajmniej dziwnych potraw z mongolskiego kociołka. Wspaniałe, orientalne, chińskie jedzenie było nagrodą po całym dniu zwiedzania.

Już drugiego dnia wyruszyłyśmy do Badalling, by wspiąc się na najwyżej położony i dostępny fragment Chińskiego Muru. Po dwóch godzinach drogi, ukazał się naszym oczom wielki, majestatyczny Mur Chiński, który jak leniwy wąż wił się pomiędzy górami. Jak zwykle w takich miejscach, przystanełyśmy na chwilę, by nacieszyć oczy, nakarmić duszę a wszystko zarejestrować naszymi aparatami. Widziałyśmy historię, tradycję, budowlę, którą jako jedyną widać na planecie Ziemi z kosmosu.

Wielki Mur Chiński - Badalling

Nastęnego dnia, wczesnym rankiem wyruszyłyśmy autobusem w kierunku Pałacu Letniego. Ogromny kompleks letniej rezydencji cesarza, zwiedzałyśmy cały dzień, zauroczone magią i nastrojem tego miejsca. Płynąc smoczą łodzią popijałyśmy zimną, zieloną herbatę. To miejsce wyjątkowo nas urzekło.

Grzybek i Olodum w Pałacu Letnim

Kolejne dni spędzałyśmy na zwiedzaniu świątyń: Lamaistycznej i Konfucjusza. Szczególnie ta druga zrobiła na nas duże wrażenie. Udzieliłam się nam wszeogarniający spokój i harmonia. Siedziałyśmy na ławeczce pod drzewem, słuchając wiatru tańczącego w dzwonkach.

Nie brakło nam też czasu by zobaczyć Świątynię Nieba o imponującym niebieskim dachu. Świątynię, która została zbudowana bez użycia ani jednego gwoździa.

Byłyśmy również w Parku Beihai, gdzie każdego ranka, starsi przedstawiciele chińskiego narodu, ćwiczą Tai Chi. Zanim rozpoczną ćwiczenia i medytację, nakreślają mokrym pędzlem chińskie znaki na betonie, wokół miejsca, w którym mają zamiar trenować.

Grzybek w parku Beihai

W Pekinie czułyśmy się bardzo bezpiecznie. Poruszałyśmy się głównie taksówkami, ale też i metrem, które ma cztery linie doskonale opisane w języku angielskim. Chińczycy, nieco dla nas za głośni, wydali nam się mili i pomocni. Żałowałyśmy, że nie mówią po angielsku ani jednego słowa i że "rozmowa" z nimi jest taka trudna. Czasami byłam poirytowana brakiem kojarzenia z ich strony. Robiłam wszystko ( na migi ), by mnie zrozumieli. Oni jednak sprawiali wrażenie, jakby ktoś zamroził im mózg. Nie ma co się dziwić, gdyż przez całe życie ktoś za nich myślał. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy kilka razy musiałyśmy pozować do zdjęć jako atrakcja. Było to dziwne uczucie występować w roli małpki, ale śmieszne.

Handlowa ulica Wangfujing w Pekinie

Pekin jest ogromną metropolią, która dziś jest wielkim placem budowy, pokrytym pyłem cementu. Na każdej ulicy trwają prace remontowe. Chińczycy w pocie czoła przygotowują się do olimpiady. Nieprawdą jest, że burzy się stare budynki i stawia tylko wieżowce. Miejsce rowerów rzeczywiście zajęły samochody, ale nadal dba się tam o tradycję i historię. Zbliżające się wielkimi krokami, igrzyska olimpijskie wywołują wiele kontrowersji. Chiny to kraj, w którym codziennie łamane są prawa człowieka, ale też kraj wielu milionów zwykłych ludzi, dla których olimpiada nie jest imprezą polityczną a wyróżnieniem chińskiego narodu!

Olodum i Grzybek!!!

Z lizbońskich dzienników

Largo De Santa Luzia oblane jest słońcem. Z tarasu rozciąga się widok na błękitny Tag. Białe żagielki suną sennie, tańcząc z niedzielnym wiatrem. Czerwone dachy kamienic, tworzą schody do tajemniczej Alfamy. Pomimo niedzieli białe wieżyczki kościołów, wydają się śpiące. Milczące dzwony, błękitne niebo, niemrawe tramwaje.

Lizbona w całej swojej okazałości :-)

Ostatni dzień tygodnia, pierwszy dla chrześcijan, jest wyjątkowo spokojny w tym mieście. Bary, sklepiki, kawiarenki odpoczywają dziś wraz z ich pracownikami. Nam także kończy się drugi tydzień pobytu w Lizbonie, kończy się urlop. Te ostatnie dni zawsze są takie dziwne, milczące, wolniejsze. Nie mamy już precyzyjnych planów, tylko serca pełne wspomnień. Dopieszczamy ostatnie chwile nastrojem. Siedzimy na tarasie Santa Luzia i upajamy się magią tego miejsca.

Dziś jeszcze kolory mienią się w fasadach kamienic, barwne kafelki odbijają promienie słońca, błękit nieba rywalizuje z bielą kościołów. Za kilka dni ogarnie nas szarość późnej jesieni w Warszawie i tylko opalona skóra, zakupione pamiątki i Muzyka z Lizbony, pomogą nam przetrwać bez kolorów i słońca. Do następnego razu ...!

Grzybek :-) ...

... i Olodum :-)

-OLODUM I GRZYBEK!!!

W ustach piekieł

Kiedy poznałyśmy już Lizbonę, przestałyśmy się gubić a mięśnie nóg przyzwyczaiły się do pokonywania setek schodów dziennie, wyruszyłyśmy na prowincję Portugalii. Przez ostatni tydzień, każdego ranka, nieco zaspane, szłyśmy przez miasto w kierunku dworca Cais do Sodre, by tam wsiąść w pociąg, który wiózł nas nad Ocean.

Trasa wiodła wzdłuż wybrzeża, widok zapierał dech. Codziennie wysiadałyśmy na innej stacji, poznając urocze miejsca. Dzień rozpoczynałyśmy od mocnego espresso nad samym Oceanem. Godzinami spacarowałyśmy po małych miasteczkach. W Cascais mijałyśmy skaliste plaże by dotrzeć do Boca do Inferno ( usta piekieł lub inaczej wrota piekieł), miejsca, które skrywa wąskie, skalne jaskinie. Wpływająca tam woda, rozbryzguje się o skały, tworząc niesamowity widok. Nakarmiłyśmy tu nasze aparaty pięknymi widokami i ruszyłyśmy w dalszą drogę.

Latarnia w Cascais - plaża St.Marty :-)

Boca do Inferno

Cascais i Estoril łączy deptak, prowadzący wzdłuż plaż, przy których ciągną się rzędy barów, barków i restauracyjek.

Urocze miasteczko Cascais

W Estoril znalazłyśmy niewielką plażę, na której odpoczywałyśmy przez kilka dni czerpiąc energię ze słońca i szumu Oceanu.

Brakło nam czasu, by zwiedzić Sintrę i postawić stopy na najdalej wysuniętym skrawku Europy.

I tak każdego dnia, na dworcu Cais do Sodre, kupowałyśmy bilet, za niewiele ponad euro, w tym samym okienku, w tej samej wiekowej kasie. Zdradzałyśmy Lizbonę, by poznać jej mniejsze, lecz nie brzydsze siostry.

Wieczorami, tą samą trasą, wracałyśmy do ukochanej Lizbony na kolację w klimatycznej knajpce przy butelce czerwonego wina. Późno w nocy spacerowałyśmy po tłocznym Bairro Alto i wyludnionym Baixa. Lizbona nocą, odkrywała przed nami swe kolejne oblicze. Podświetlona tysiącami świateł, była jeszcze bardziej dostojna i magiczna.

Upojone nastrojem, słońcem i czerwonym winem, wracałyśmy do hostelu by następnego ranka znów wsiąść w pociąg do Cascais i poczuć na twarzy wiatr wiejący od Oceanu ...;)

-OLODUM I GRZYBEK!!!

Port odkrywców

Do Belem dotarłyśmy w niedzielne przedpołudnie. Klimat tej portowej dzielnicy urzekł nas tuż po tym jak wysiadłyśmy z tramwaju. Pogoda była piękna, cudowny słoneczny dzień, wiatr od Tagu przywiewał wspomnienia i legendy.

Grzybek w Belem :-)

To tutaj w porcie Belem wszystko się zaczęło. Stąd rozpoczynała się każda wielka wyprawa portugalskich żeglarzy - odkrywców. Siedząc pod palmą wyobrażałyśmy sobie Lizbonę 08 lipca 1497, kiedy to Vasco da Gama wyruszył w wyprawę do Indii, w taki sam piękny słoneczny dzień. Miał pod swoimi rozkazami cztery okręty Sao Gabriel, Sao Rafael, Berrio i okręt transportowy, oraz 160 ludzi załogi, z czego znaczną część stanowili skazańcy. Pierwotnie, wyprawę tę miał poprowadzić ojciec Vasco - Estavao da Gama, który zmarł w trakcie przygotowań.

Trasa wyprawy wiodła przez Atlantyk. Pomimo, że część drogi była już znana, rejs nie należał do łatwych. Vasco musiał pokonać bunty załogi, wielokrotne sztormy i szkorbut, który zbierał żniwo wśród żeglarzy. Do celu dotarł 20 maja 1498 roku.

W drodze powrotnej, na szkorbut zmarła znaczna część załogi. Z 160 osób do Portugalii wróciło jedynie 55. Po swoim wielkim powrocie do Ojczyzny we wrześniu 1499 , Vasco da Gama otrzymał tytuł admirała mórz indyjskich i został powitany jako bohater i odkrywca.

To była pierwsza wielka wyprawa, lecz nie ostatnia. Vasco da Gama przyczynił się do sukcesów Portugalii i wzrostu potęgi kolonialnej. Zmarł w Koczinie, w południowej części Indii. Pochowano go w pierwszym indyjskim kościele katolickim, skąd póżniej przywieziono jego szczątki do Ojczyzny.

Manueliński sarkofag ze szczątkami Vasco da Gamy w klasztorze Hieronimitów w Belem.

Dziś można spotkać ducha Vasco w klasztorze hieronimitów w Belem, gdzie setki lat temu, modlił się wraz z załogą, przed każdą wyprawą za ocean.

Klasztor Hieronimitów w Belem na zachodnim przedmieściu Lizbony

-OLODUM I GRZYBEK!!!

Inwazja kogutów z Barcelos :-)

Spacerując magicznymi uliczkami Lizbony, poczułyśmy na sobie czyjś wzrok. Setki małych oczek, przypatrywało się nam z witryn sklepowych. Półki z pamiątkami uginały się od figurek kogucików z Barcelos. Wizerunek kolorych ptaszków ozdabiał wszystko, od koszulek po serwetki i torby. Wszechobecne figurki kogucików wzbudziły naszą ciekawość. Tak jak na Sri Lance, w każdym domu, hostelu, sklepie czy restauracji stała figurka złotego koguta przynoszącego szczęście, tak i w Portugalii, ten ptak ma swoją legendę.

Wiele wieków temu pewien galicyjski pielgrzym został niesłusznie oskarżony o morderstwo. Jego ostatnim życzeniem przed egzekucją było złożenie oświadczenia przed sędzią, który zgodził się go wysłuchać w trakcie kolacji. Przyprowadzono pielgrzyma przed oblicze przedstawiciela prawa, który siedział za suto zastawionym stołem. Wtedy pielgrzym rzekł, wskazując na półmisek z pieczenią: "to, że jestem niewinny, jest tak samo pewne, jak to, że kogut zapieje, gdy zostanę powieszony".

Gdy skazańcowi zawieszono pętlę na szyję, lężacy na półmisku sędziego upieczony kogut wstał i zapiał.

Pielgrzyma ułaskawiono, sędzia stracił główne danie kolacji, a kogut stał się symbolem narodowym i talizmanem szczęścia.

- OLODUM I GRZYBEK!!!